Nie jestem wrogiem dyplomów jako takich. Sam prowadzę kursy, których są zwieńczeniem. Ale ich uczestnikom mówię, że papier, który dostali, jest najmniej ważnym elementem naszej interakcji. Znam biznesmena, nazwijmy go Adamem, który skarżył się, że dyplomy ukończenia różnych szkoleń, a ma ich już ponad trzydzieści, w ogóle nie przełożyły się na poziom szczęścia w jego życiu. Nauczył się kilku technik, ale nie zmieniło się w nim to, co najistotniejsze – perspektywa patrzenia na życie.

Adam po lekturze „Rozmyślań” Marka Aureliusza uświadomił sobie, że tkwi po uszy w monstrualnym błędzie poznawczym – wyobrażeniu, że ludzie dzielą się na lepszych i gorszych, że on to ten lepszy, bo tak mówią certyfikaty, i że powinien być jeszcze lepszy w porównaniu z ponurą masą nieudaczników. Dyplomy tylko pogłębiały ten błąd. Bycie na przykład certyfikowanym liderem, jak zauważył Adam, może być cegiełką do konstrukcji gigantycznego ego. Tyle że ego nie da się nakarmić. Nigdy. To już lepiej – co sugerują antyczne tradycje filozoficzne – spróbować je zagłodzić.

Zainspirowany słowami Adama ogłaszam ruch w przeciwną stronę. Serię szkoleń, których zwieńczeniem będzie tytuł „Kupa atomów”, niepoparty certyfikatem, tylko świadomością, że jest się częścią procesu życia, ani lepszą, ani gorszą niż inne istoty. To szkolenie będzie się kończyć na każdym etapie egzaminem, którego częścią będzie podarcie kilku starych certyfikatów z własnym nazwiskiem, a tym samym uwolnienie od dławiącego uścisku ego. Zda ten, kto podrze certyfikaty bez ukłucia żalu w sercu. Udowodni bowiem, że jest wolny. Że nie wiąże swojej wartości ani wartości innych ludzi z ich przypadkowymi cechami: majątkiem, wykształceniem, władzą, certyfikatami geniuszu w tej czy innej dziedzinie.

I co mu to da? Kilka rzeczy – łatwiej będzie mu znosić zmianę. Mniej będzie cierpiał z powodu niepochlebnych opinii innych ludzi. Lepiej mu będzie żyć z sobą. I łatwiej mu będzie umierać. Bo nauczył się trochę rozluźniać tendencję umysłu do przywiązywania się.

Cytat z Marka Aureliusza jest minikontemplacją nad tym tekstem. Wyobraźmy sobie kości Aleksandra Wielkiego – faceta, o którym czytają wszystkie dzieci na świecie w podręcznikach do historii, a potem kości jego poganiacza mułów. A teraz pomyślmy, że z punktu widzenia tych kości nie ma znaczenia, kim było ciało, które nosiło je za życia.

Adam odbył tę kontemplację w skupieniu i uśmiechnął się. Wyszedł ode mnie jakby lżejszy. Na pożegnanie poradziłem mu zażywanie lekarstwa, którego nie można przedawkować – wolności. Kiedy pojawi się w nim myśl, by wziąć udział w szkoleniu – włączając te, które ja proponuję – niech się zastanowi po co. Bo jeśli po to tylko, by urosło jego ego, to może byłoby lepiej, żeby wydał te pieniądze na najbliższe hospicjum. Jeśli szkoli się pod wpływem poczucia uszkodzenia, wyrwy w sercu ziejącej przekonaniem, że nie jest się dość dobrym – to niech wie, że nie zasypie jej kolejną kartką czerpanego papieru ze złotym szlaczkiem i znakiem wodnym.