Olbrzymie bestie to motyw wiecznie żywy w kinie. Największą popularnością cieszył się w latach 50. ubiegłego wieku, powstały wtedy takie klasyki gatunku jak „Godzilla”, „Atak 15-metrowej kobiety” lub „Them!” – o gigantycznych drapieżnych ważkach. Jednak pierwszym i najsłynniejszym monstrum, które zaistniało w świadomości kinomanów, był „King Kong”. Goryl gigant pojawił się na ekranach już w roku 1933. Czy takie zwierzę mogłoby kiedykolwiek istnieć?

Olbrzymy przeszłości

Wedle twórców pierwszej wersji przygód King Konga, małpa gigant miałaby mieć 50 stóp, czyli 15 metrów. W dziejach Ziemi istniały już takie olbrzymy: roślinożerny Argentozaurus (30 m) czy pierwowzór Godzilli Tyrannosaurus rex (13 m). Istniała też Maganeura, gigantyczna drapieżna ważka o rozpiętości skrzydeł dochodzącej do metra. Żyła około 300 milionów lat temu. Według niektórych naukowców jej istnienie było możliwe dzięki wyższemu stężeniu tlenu w ówczesnej atmosferze. Owady mają bowiem wyższe zapotrzebowanie na tlen niż organizmy kręgowe.

Podobnie rzecz się miała zresztą z Jaekelopterus rhenaniae, dalekim krewnym współczesnych skorpionów, dwumetrowym drapieżnikiem, który żył w mętnych słodkich wodach około 400 milionów lat temu. Superorzeł Argentavis magnificens to z kolei największy ptak jaki kiedykolwiek latał. Żył około 6 milionów lat temu na terenach obecnej Argentyny. Rozpiętość jego skrzydeł dochodziła do 8 metrów (podobnie jak samolotu Cessna 152). Polował on nawet na duże drapieżniki, np. szablozębne torbacze Thylacosmilus, ważące około 150 kg. Współczesny mu Baluchitherium był pozbawionym rogu nosorożcem, który osiągał wysokość około 5 metrów i ciężar 20 ton (2 razy tyle co słoń).

W wodzie łatwiej

Ale w poszukiwaniu zwierząt gigantów nie trzeba się cofać w czasie. Wystarczy zajrzeć do morza: płetwal błękitny, największe zwierzę, jakie kiedykolwiek żyło na Ziemi, ma 33 metry długości i waży 190 ton.

– Łatwiej osiągać duże rozmiary organizmom lądowym czy wodnym? – pytam prof. Jana Kozłowskiego, biologa z Uniwersytetu Jagiellońskiego.

– Wodnym – mówi prof. Kozłowski. – Wielkie zwierzę wytwarza mnóstwo ciepła, woda pozwala organizm łatwo schłodzić. Po drugie w wodzie słabiej działa siła ciążenia. Olbrzymy lądowe muszą mieć bardzo mocne nogi. Takie zauropody miały niesłychanie masywne kości, nie wiadomo, czy mogły chodzić po lądzie.

Faktycznie według niektórych badaczy, między innymi Donalda M. Hendersona z Uniwersytetu w Calgary, wspomniane 30-metrowe zauropody mogły być w rzeczywistości zwierzętami ziemno- wodnymi, tak jak współczesne hipopotamy. Z kolei największy lądowy mięsożerca Spinosaurus miał skórny grzebień na grzbiecie, pomagający mu się chłodzić w czasie mezozoicznych upałów.

Gigant z platfusem

Innym problemem byłoby zachowanie przez goryla giganta dwunożnej postawy ciała, która według biologa Andrew Biewenera z Harvardu będzie przy zwiększeniu masy ciała pociągała ze sobą nieproporcjonalnie większe obciążenie kości. Gdyby King Kong mógł nawet chodzić, jego stopy uległyby zmiażdżeniu pod wpływem ciężaru jego ciała.

Wraz ze zwiększaniem się masy ciała zwiększa się też siła reakcji, z jaką podłoże działa na ciało zwierzęcia np. przy upadku. Większe zwierzęta są znacznie bardziej podatne na urazy. Mysz spadająca z dużej wysokości przeżyje, szczur może doznać lekkiego urazu, lecz koń poniesie śmierć na miejscu. King Kong, doznając urazów takich jak te w filmie, nie miałby szans... Dinozaury radziły sobie z tym problemem wykształcając masywne ogony i (np. w wypadku tyranozaurów) masywne tylne nogi, dzięki czemu utrzymanie wyprostowanej postawy ciała na lądzie stawało się możliwe. Albo – tak jak zauropody – część życia spędzały w w wodzie.

Reasumując: gdyby istniał 15-metrowy goryl, bez dodatkowych przystosowań pomagających mu walczyć z przegrzaniem i siłą ciążenia, mógłby ewentualnie żyć na jakiejś tropikalnej wysepce. Ale tylko wtedy, gdyby znalazła się tam sadzawka, w której mógłby się beztrosko pluskać.