Oktawia Nowacka, brązowa medalistka Igrzysk Olimpijskich w Rio de Janeiro w pięcioboju, postanowiła zdrowiej się odżywiać, by szybciej wrócić do formy po kontuzji. Dziś nie je mięsa, ryb, jajek i produktów mlecznych. „W miarę możliwości unikam też wszystkich przedmiotów, przy których produkcji wykorzystywano zwierzęta. Wyjątkiem są służące mi od wielu lat skórzane buty do jazdy konnej. Poza tym wsiadając na konia zakładam najmniejsze możliwe ostrogi, a bat mam przy sobie tylko dla zasady – wyznaje. – Ja się po prostu dobrze czuję z tym, że nie przykładam ręki do cierpienia zwierząt”. Coraz więcej osób czuje się z tym dobrze.

Dziś wegetarianie i weganie stanowią około 3 proc. dorosłych Polaków, czyli ponad milion osób – wykazały badania przeprowadzone dla LightBox przez Instytut Badania Opinii Homo Homini w 2013 roku. Widać też, że nasz apetyt na mięso spada. W 2010 roku przeciętny Polak jadł 73,7 kg mięsa rocznie, dziś – ok. 67 kg. 9 proc. Polaków deklaruje, że je mięso najwyżej kilka razy w miesiącu – to o dwa procent więcej niż w 2010 r. Szacuje się też, że w ciągu 10 lat liczba wegetarian może wzrosnąć w Polsce do kilku milionów.

Podobne trendy widoczne są na Zachodzie. Na Wyspach Brytyjskich jest dziś o 350 proc. więcej wegan niż 10 lat temu. Jednocześnie ponad 860 tys. tamtejszych wegetarian i wegan unika niespożywczych produktów odzwierzęcych. Wszyscy ci, którym zależy dziś na kupowaniu produktów cruelty-free (wolnych od okrucieństwa), nie mają jednak łatwego życia.

Substancje pochodzenia zwierzęcego są wszechobecne: sproszkowane kości zwierząt wchodzą w skład past do zębów, rybie łuski nadają połysk w cieniach do powiek, w lekarstwach kryją się substancje pozyskiwane z krowiej dwunastnicy, a do sklejania dykty używa się kleju, w którego skład wchodzi m.in. fibryna – jeden ze składników krwi. „Uczyniliśmy ze zwierząt towar, na którym przedsiębiorcy zbijają ogromne sumy pieniędzy. Ja nie chcę brać w tym udziału” – tłumaczy Maciej Weryński, redaktor naczelny magazynu „Vege”. „Jem czasem miód i nie jestem w stanie skontrolować każdej tabletki, którą połykam, dlatego nie nazywam siebie weganinem, tylko restrykcyjnym wegetarianinem. Mam świadomość, że zawsze będę miał coś na sumieniu, ale chodzi mi o to, żeby mieć jak najmniej”.

 

Modni inaczej

Projektantka ubrań Stella McCartney w swoich kolekcjach nie używa skór i futer, mówi o tym, że zabijanie na potrzeby mody pół miliarda zwierząt rocznie jest skrajnym nieporozumieniem. Podkreśla też negatywny wpływ produkcji materiałów odzwierzęcych na środowisko. „Powinniśmy się poważnie zastanowić nad ilością wody, której używa się w garbarniach, a także nad stosowanymi tam substancjami chemicznymi” – apeluje, mając na myśli m.in. formaldehyd, chrom i barwniki na bazie cyjanku, których używa się podczas preparowania skór.

Uszyte z nich kurtki i futrzane czapki to oczywiście nie jedyne okupione cierpieniem zwierząt elementy garderoby. Za wełnianymi rękawiczkami kryją się okaleczane podczas golenia owce, za angorowym swetrem – króliki o zdeformowanych kościach żyjące w ciasnych klatkach, a za jedwabnymi sukienkami – gotowane żywcem gąsienice jedwabników. Z większością używanych w przemyśle odzieżowym materiałów (takich jak zamsz, moher, pióra, puch czy wężowa skóra) wiążą się podobnie okrutne praktyki.

Na szczęście coraz więcej firm (w tym i takich, które odniosły sukces dzięki produktom stricte skórzanym, jak Dr. Martens) decyduje się na poszerzenie swojego asortymentu o produkty zrobione z materiałów wegańskich i syntetycznych, takich jak konopie, płótno czy plastik. Powstają też marki w pełni wegańskie – polskie koszulki Veganise! są szyte z nieszkodzących środowisku materiałów, a bluzy produkuje się w fabryce napędzanej wyłącznie energią słoneczną i wiatrową. „Moje ubrania są dla wegan, czyli dla ludzi świadomych tego, co się wokół nich dzieje – tego, co jedzą, co kupują i co noszą” – tłumaczy Zuzanna Rogatty, założycielka marki Veganise! produkującej również wegańską żywność. „Moim celem było wyprodukowanie ładnych rzeczy, które można nosić bez wyrzutów sumienia”.

Od 2013 roku na terenie Unii Europejskiej obowiązuje całkowity zakaz testowania kosmetyków i ich składników na zwierzętach oraz sprzedaży w ten sposób testowanych produktów.

Nie oznacza to jednak, że w naszych drogeriach takich kosmetyków nie ma. Po pierwsze zakaz dotyczy wyłącznie nowo wprowadzanych produktów i składników, a po drugie gdy pojawią się obawy dotyczące bezpieczeństwa jakiegoś składnika kosmetycznego, państwo członkowskie Unii Europejskiej ma prawo zwrócić się do Komisji Europejskiej z prośbą o pozwolenie na przeprowadzenie takich testów. Weganom i wrażliwym na cierpienie zwierząt pozostaje więc baczne przyglądanie się opakowaniom kosmetyków i wybieranie tych, na których widnieje znak ze skaczącym króliczkiem lub napis: „Not Tested On Animals” albo „Cruelty Free”. Warto mieć też świadomość, że zdarza się, iż marka, której kosmetyki opatrzone są takimi napisami, należy do koncernu, który swoje produkty sprzedaje do Chin, gdzie warunkiem wprowadzenia kosmetyku na rynek jest przetestowanie go na zwierzętach. Uwagę na ten problem zwróciła kampania producenta kosmetyków Lush zorganizowana w witrynie londyńskiego sklepu. 24-letnią Jacqueline Traide przez 10 godzin poddawano testom, które muszą przechodzić zwierzęta. Zakraplano jej oczy, karmiono na siłę, podawano zastrzyki, ogolono głowę i podłączano elektrody na oczach przechodniów i klientów

 

 

Dla urody i bez szkody

Pszczeli wosk, kozie mleko, lanolina, pochodzący ze skóry świń kolagen, wydzielina z gruczołów jelenia piżmowego, śluz ślimaka chilijskiego, pozyskiwana z dorsza atlantyckiego witamina A – to jedne z wielu produktów odzwierzęcych, które wklepujemy sobie w skórę, używając kosmetyków powszechnie dostępnych w drogeriach. Lecz urodę da się też pielęgnować inaczej. „Kiedy zaczynałyśmy, ludzie pukali się w czoło: wegańskie kosmetyki? W kraju kotleta schabowego? A jednak minęło parę lat i nastawienie jest już całkiem inne. I bardzo nas to cieszy” – wyznaje Sylwia Dziegieć, która z siostrą założyła w 2012 roku Zielone Laboratorium.

Dziewczyny produkują kosmetyki z surowców w 100 proc. wegańskich i bez chemii, dobierają składniki wolne od GMO, kupują polskie opakowania, aby wspierać rodzimych producentów i wybierają firmę transportową, która deklaruje, że nie zajmuje się przewozem zwierząt do rzeźni. Co więcej, część zysków ze sprzedaży przeznaczają na wspieranie organizacji prozwierzęcych. „Zaczynasz od wyeliminowania z diety mięsa. Widzisz, że nadal wykorzystujesz zwierzęta, więc robisz następny krok – eliminujesz miód i nabiał.

Pozostaje zgrzyt przy kupowaniu butów ze skóry czy wełnianych swetrów, więc z nich też rezygnujesz. Zaczynasz interesować się tym, jak działają firmy, których produkty kupujesz. Później sam chcesz robić coś dobrego” – podsumowuje Sylwia Dziegieć. „Obie z siostrą jesteśmy wegankami. Założenie firmy zaangażowanej społecznie było więc w naszym przypadku naturalną koleją rzeczy” – dodaje, udowadniając, że tzw. dietetyczne kultury nie są jedynie akademickim wymysłem.

Wszelkie diety – wegańska, paleo, bezglutenowa – opierają się bowiem na konkretnych wartościach, które decydują nie tylko o sposobie odżywiania się, ale są też podstawą określonego stylu życia i wpływają na wszystkie konsumenckie wybory. A wegańscy konsumenci – jak twierdzą autorzy raportu dotyczącego dietetycznych kultur, opublikowanego w 2015 roku na stronie amerykańskiego Nutrition Business Journal – szczególnie interesują się motywami i wartościami producentów i chcą być etyczni w każdym wymiarze.

 

Era empatii

Na takie świadome podejście do konsumpcji mogą pozwolić sobie na razie tylko mieszkańcy bogatszej części świata. Mleko roślinne wciąż jest kilka razy droższe od krowiego. Wędliny sojowe nie są powszechnie dostępne, a ich skład nie jest w pełni naturalny. Wytrzymałość sztucznej skóry pozostawia wiele do życzenia, a asortyment wegańskiej odzieży i obuwia wciąż jest ograniczony. Według amerykańskich analityków rynku weganizm jest dziś jednak najszybciej rozwijającym się stylem życia. „Mamy coraz większą świadomość moralnych, estetycznych i duchowych kosztów, jakie ponosi społeczeństwo, wykorzystując zwierzęta dla własnego dobrobytu. Swój udział mają w tym z pewnością kampanie organizacji prozwierzęcych, takich jak PETA.

Zanim ujawniły one cierpienia zwierząt wykorzystywanych w przemyśle, nie mieliśmy po prostu świadomości, że chociażby nasz nowy tusz do rzęs jest tygodniami testowany na gałce ocznej królika – mówi socjolożka Barbara Majchrowicz. – Wiedza o tym, na co skazujemy zwierzęta, sprawiła, że zmieniliśmy podejście do pozornie błahych wyborów konsumenckich i zaczęliśmy – zarówno konsumenci, jak i producenci – szukać nowych rozwiązań”. Według Macieja Weryńskiego taka postawa jest dowodem światopoglądowego postępu ludzkości: „Jeszcze niedawno zupełnie naturalne było przyznawanie sobie lepszej pozycji w stosunku do osób o odmiennym kolorze skóry, kobiet albo homoseksualistów. To się zmienia i dotyczy również naszego stosunku do zwierząt. Przestajemy się zgadzać na wyzysk. Paradoks polega na tym, że przypada to na czas, kiedy produkcja oparta na zwierzętach przekracza wszelkie granice okrucieństwa”.