Dochodziła czwarta nad ranem. 25-letni Carlos Lopez, kaskader z Hollywood, zwinnie wskoczył na parapet okna w pokoju hotelowym w Lizbonie. Przystojny, świetnie zbudowany mężczyzna mieszkał ze swą dziewczyną na czwartym piętrze. Choć był na wakacjach, nie przestał ćwiczyć, doskonaląc swój kaskaderski kunszt. Pomimo próśb partnerki oraz apeli dyrekcji hotelu Goodnight, by się opamiętał, od kilku dni wykorzystywał budynek oraz okoliczne kamienice do biegania po dachach, skoków z balkonu na balkon i wspinaczki po ścianach.

Rozespana dziewczyna Lopeza uniosła powiekę, ale nie zareagowała, ujrzawszy go na parapecie. Wiedziała, że wszelkie prośby są daremne. Przystanąwszy chwilę na oknie, śmiałek spojrzał uważnie na balkon budynku stojącego naprzeciwko. Wymierzył na oko odległość, zaczerpnął powietrza i odbił się mocno od parapetu. Wyciągając dłonie, widział zbliżającą się błyskawicznie poręcz balkonu.

Ale jego palce schwyciły tylko powietrze. Potem była chwila straszliwego przerażenia, gdy uświadomił sobie, że leci w dół na chodnik. Może próbował jeszcze Uchwycić się poręczy niżej położonych balkonów. Wszystko na nic. Spadł z wysokości 16 metrów, rozbijając się o beton. – Obudziło mnie głośne plaśnięcie – mówiła mieszkająca w sąsiedztwie Natercia Gama, cytowana przez gazetę „Correio da Manha”. – Podbiegłam do okna i zobaczyłam ciało młodego mężczyzny. Chyba jeszcze nigdy nie widziałam tyle krwi – relacjonowała.

LOT KU SKAŁOM

Śmiertelny wypadek Lopeza 2 października 2014 r. to kolejne memento dla wszystkich młodych zapaleńców, którym marzy się praca kaskadera. Ten zawód oznacza często igranie ze śmiercią. Carlos Lopez był uznawany za profesjonalistę, zatrudniano go w czołowych produkcjach hollywoodzkich. Zagrał w ponad 25 filmach i programach, m.in. w „Igrzyskach śmierci. Kosogłos”, „Nieustraszonych Żółwiach Ninja”, „Olimpie w ogniu”. Jednak talent i umiejętności na nic się zdały, gdy liczył metry przed skokiem z okna lizbońskiego hotelu.

– Odczuwam żal z powodu jego śmierci, współczuję rodzinie, ale musimy odróżniać kaskaderów od tzw. ekstremalistów czy po prostu idiotów – mówi nam Marek Sołek, polski kaskader i koordynator kaskaderski.

– Lopez zginął na własne życzenie, przecież wiedział, że nie ma żadnego zabezpieczenia. Ja skakałem nawet z ponad 40 metrów, ale zawsze miałem na dole poduszkę powietrzną. Nawet gdybym z jakiegoś powodu stracił w locie przytomność, to miałbym miękkie lądowanie – tłumaczy Sołek. Jak podkreśla, swoim uczniom wbija do głów podstawową zasadę: „Dwa razy więcej treningu, trzy razy mniej brawury!”.

Brawura cechuje jednak w tym zawodzie nie tylko młodych wilczków, ale czasem też doświadczonych zawodowców. Przykładem kaskader światowej sławy Mark Sutton. Ten 42-letni stary wyga zastępował Daniela Craiga we wszystkich niebezpiecznych scenach „Bondów”, to on wylądował też na spadochronie na środku stadionu podczas ceremonii otwarcia igrzysk olimpijskich w Londynie przed trze- ma laty. Kres jego wielkiej kariery nadszedł podczas pokazów skoków  w tzw. skrzydlatym kombinezonie, które odbywały się w Alpach Szwajcarskich. Tę trzydniową imprezę zorganizowała w sierpniu 2014 r. telewizja Epic TV, specjalizująca się w sportach ekstremalnych.

Ostatnie zdjęcie Suttona wykonano tuż po tym, jak wyskoczył z helikoptera. Uśmiechając się, ubrany w kolorowy kombinezon kaskader patrzy na piękny krajobraz gór w promieniach letniego słońca. Chwilę po zrobieniu fotki Sutton poszybował z wielką prędkością w dół, w kierunku stromych alpejskich grani. Ostro szarżował, jakby bagatelizował niebezpieczeństwo. Omijając jedną ze skał, nie spodziewał się prawdopodobnie, że góra tuż za nią będzie tak blisko. Nie dał już rady poderwać się i ominąć przeszkody, która wyrosła mu nagle przed oczami. W pełnym pędzie uderzył głową w skałę, ponosząc śmierć na miejscu.

 

WYMAZYWANIE LIN

Wielu ludzi zadaje sobie pytanie: po co to wszystko? Życie ludzkie nie może przecież mniej ważyć na szali niż nasza chęć oglądania na ekranach ekstremalnych doświadczeń. Po co zresztą – pytają laicy  – narażać się na takie ryzyko, skoro można kręcić sceny z karkołomnymi wyczynami za pomocą komputerowych trików?

Otóż nic bardziej mylnego! Jakiś czas temu kaskaderzy rzeczywiście obawiali się, że rozwój filmowych technik komputerowych wróży zmierzch ich profesji. – Tak naprawdę okazało się jednak, że komputer tchnął nowe życie w nasz zawód – podkreśla Mark Vaneslow, utytułowany kaskader, który występował m.in. w „Liście Schindlera” i „Piratach z Karaibów”. Mrożące krew w żyłach wyczyny kręci się obecnie, używając kombinacji gry kaskaderów oraz technik obróbki komputerowej.

W ten sposób można na przykład zrobić bardzo realistyczną scenę samobójczego skoku z dachu. Kaskader w specjalnym chomącie, przywiązany grubą liną do dźwigu, skacze z dachu, zawisając oczywiście na linie. Potem specjaliści od efektów specjalnych wymazują w komputerze chomąto i linę, i scena wygląda jak prawdziwa. Uzyskuje się efekt, jakiego na pewno nie można byłoby osiągnąć bez udziału kaskadera. Tej metody użyto np. w filmie „Krocząc wśród cieni”. Podczas kręcenia sceny jakiś przypadkowy przechodzień dojrzał skaczącego z budynku mężczyznę i wrzasnął z przerażenia. Reżyser Scott Frank był bardzo zadowolony; ten autentyczny krzyk został nagrany i jest na ścieżce dźwiękowej obrazu.

W filmie „Krew za krew” podobną technikę zastosowano, używając helikoptera. Mark Vaneslow, dublujący aktora Liama Neesona, skoczył znad szczytu 34-metrowego wodospadu, przywiązany liną do śmigłowca. – Zrzucili mnie nad krawędzią na linie bungee, wpadłem w kaskadę wody, a potem bungee uniosło mnie w górę i z powrotem wyleciałem w powietrze. To był najbardziej niesamowity wyczyn w moim życiu – mówił dziennikowi „The Guardian”. Komputerowi specjaliści od efektów wymazali potem linę, uzyskując pożądany efekt. Kiedyś nakręcenie tego rodzaju sceny w ogóle nie byłoby możliwe; dopiero technika komputerowa spowodowała, że kaskader może dostać takie zlecenie. Ale oznacza to jednocześnie, że przed śmiałkami stają nowe wyzwania, zwiększa się zawodowe ryzyko.

ADRENALINA JAK HEROINA

Kaskaderami zostają z reguły ludzie lubiący poczuć adrenalinę; mówi się czasem, że ten hormon działa na niektórych jak narkotyk.

W 2009 r. David Holmes, stały dubler Daniela Radcliffe’a, przygotowywał się w brytyjskim studiu Warner Bros. do występu w kolejnym filmie o Harrym Poerze. Miał zastąpić aktora m.in. w scenie, w której Pottera zmiata podmuch eksplozji. Podczas jednej z prób 25-letni Holmes zgodnie z planem został „zmieciony”, uderzył w mur wzniesionej w studio konstrukcji, po czym spadł na ziemię.

I już się nie podniósł. – Nie czuję nóg – wyszeptał, gdy dobiegli do niego jego koledzy i inni filmowcy. – Ściśnij mnie za rękę! – krzyknął zdenerwowany szef ekipy kaskaderskiej, podając mu dłoń. Holmes zdołał podnieść prawicę, ale nie był w stanie ruszyć palcami. Mężczyznę natychmiast odwieziono do szpitala. Tam dowiedział się, że doznał poważnego urazu kręgosłupa i do końca życia nie będzie chodził. Dla świetnie zarabiającego kaskadera i gimnastyka sportowego był to szok nie do opisania.

31-letni obecnie Holmes jeździ na wózku inwalidzkim. Ale odzyskał pogodę ducha i… powrócił do ekstremalnych wyczynów! Przystosowano dla niego samochód rajdowy i były kaskader uczestniczy w wyścigach. Uzależnienie od adrenaliny ukazało swą szatańską moc.

Do niebezpiecznych sytuacji dochodzi nie tylko podczas kręcenia filmów, ale również na popularnych pokazach kaskaderskich. Czasami trzeba błyskawicznie podjąć decyzję, która może zadecydować o życiu lub śmierci. Marek Sołek nigdy nie zapomni imprezy w Krakowie przed kilkunastu laty. Zwisał na linie z Mostu Grunwaldzkiego w specjalnym ubraniu ochronnym i palił się podziwiany przez tłumy publiczności. Nagle płomienie buchnęły z niesłychaną mocą i ogarnęły go całego. – Zdałem sobie sprawę, że za chwilę mogę spłonąć. W ułamku sekundy musiałem podjąć decyzję, czy się odczepić i spaść. Wiedziałem, że upadek z 17 metrów do wody głębokości 1,40 metra może się źle skończyć – wspomina Sołek.

Dokonał wyboru – płonąc niczym pochodnia, spadł w dół i zniknął pod powierzchnią wody. Wiele osób myślało, że już po nim. Jedna z pracownic biura produkcji doznała szoku nerwowego i na  20 minut straciła zdolność mówienia. Policja zaczęła wydzwaniać do prokuratury, żeby zawiadomić o śmierci człowieka. Ale Sołkowi nic się nie stało. Po chwili wyszedł z wody. I ani przez chwilę potem nie pomyślał, że mógłby zrezygnować z kaskaderstwa.

 

BLONDYNECZKA  KONTRA CZOŁG

Polscy kaskaderzy często narzekają, że w kraju brakuje im warunków do rozwinięcia skrzydeł. Filmy sensacyjne i wojenne robi się szybko, a niskie koszty produkcji uniemożliwiają drobiazgowe przygotowanie scen z karkołomnymi wyczynami. W Hollywood przygotowania do filmu trwają nawet rok, w Polsce trzeba się często uwinąć w miesiąc. Z reguły nie można też liczyć na precyzyjne komputerowe wymazywanie lin, podpórek i całych konstrukcji, jak to robią w USA. W efekcie nie pokazuje się u nas dramatycznych wydarzeń w pełni. Przedstawiając np. wypadek, filmowcy kręcą dwa pędzące na siebie samochody, po czym kamera gdzieś się odwraca i tylko słychać zza kadru huk. W następnej scenie widzimy jedno z roztrzaskanych aut leżące na dachu. Tego, jak samochody się zderzyły, a potem jeden z nich przekoziołkował, widzowie nie zobaczą. Takie metody robienia filmów rodzą oczywiście frustrację kaskaderów.

Dlatego szczególną estymą cieszą się wśród nich reżyserzy usiłujący przełamywać schemat, „aby jak najszybciej i najtaniej”. Władysław Pasikowski bardzo dokładnie przygotowywał się do „Jacka Stronga” i dał kaskaderom poszaleć w licznych scenach pościgów samochodowych. Wyjątkowym przedsięwzięciem polskiej kinematografii był też ostatni ekranowy hit „Miasto 44”.

– Producent nie szczędził środków na inscenizacje i pozwolił naszej ekipie wykonać porządną pracę – mówi Maciej Andrzej Maciejewski, koordynator kaskaderów i reżyser scen akcji „Miasta 44”. – Wynajęto halę, w której przez miesiąc przygotowywaliśmy się do pracy z aktorami, bo reżyserowi zależało, by sami aktorzy odegrali większość scen kaskaderskich. Było dużo dni zdjęciowych, czasem jedną scenę batalistyczną kręciliśmy przez dwa, trzy dni. Wyjątkowo zaawansowana jak na nasze warunki była też post-produkcja, czyli komputerowa obróbka filmowego materiału – podkreśla Maciejewski.

Najtrudniejsze zadanie kaskaderskie stanęło przed śliczną drobną blondynką Klaudią Ludwiczak. Dublowała aktorkę Annę Próchniak w jednej z końcowych scen filmu. W tej wstrząsającej scenie niemiecki czołg z bliskiego dystansu strzela do granej przez Próchniak bojowniczki AK. Pocisk eksploduje pod nogami dziewczyny, wyrzucając ją w powietrze, po czym bohaterka spada zmasakrowana na kupę gruzów.

– W tej scenie użyliśmy eksplozji pirotechnicznej i techniki o nazwie ratchet – mówi Maciejewski. – W chwili wybuchu Klaudia została gwałtownie wyrwana do góry na specjalnej linie, po czym spadła na materace. Potem linę i materace wymazano na komputerach – wyjaśnia.

Świetnie wyszła też scena, w której pociski z niemieckiego działka trafiają inną bohaterkę, rzucając ją na ścianę. Tę trudną kaskaderską scenę aktorka Jaśmina Polak odegrała bez dublerki, z czego koordynator jest szczególnie dumny. Jak zaznacza, ściskające za gardło sceny „Miasta 44” to efekt wyjątkowo dobrego zgrania wielu elementów: pracy aktorów i kaskaderów, reżyserii, zdjęć, montażu, komputerowej obróbki i dźwięku.

Mimo tych pierwszych jaskółek zmian Polacy nie mogą na razie marzyć o rywalizacji ze światową czołówką. Wybitny polski kaskader i koordynator kaskaderski Zbigniew Modej dwukrotnie stawał w szranki o kaskaderskiego Oscara, czyli nagrodę Taurus World Stunt, ale laurów nie zdobył. Przed trzema laty był nominowany w kategorii film zagraniczny za koordynację sceny akcji w „Bitwie Warszawskiej. 1920” w reżyserii Jerzego Hoffmana. Wcześniej, w 2009 r., rywalizował o nagrodę, wystawiając 6,5-minutową scenę akcji z serialu Pasikowskiego.

– Powiedzmy sobie szczerze: my nie mamy czego pokazywać, jesteśmy po pro-stu za ciency – mówi Marek Sołek, który jest członkiem akademii Taurus World Stunt. – Pamiętam, jak stanęliśmy do konkursu ze sceną, gdzie samochód przejeżdża przed zbliżającym się pociągiem. Po prostu sobie przejechał i tyle! Mało się ze wstydu nie spaliłem; z perspektywy tego, co się obecnie robi za granicą, okazało się to po prostu żenujące.

 

JEST RYZYKO,  ALE SĄ TEŻ PIENIĄDZE

Chętnych do zawodu kaskadera w Polsce nie brakuje. Wiadomo, że robi się u nas coraz więcej filmów, a najlepsi mogą jeszcze liczyć na zlecenia obcych kinematografii. Profesja jest prestiżowa i dobrze płatna – kaskader może zarobić 1700–2200 zł za dzień zdjęciowy. Zawodowcy wyciągają 100–250 tysięcy złotych rocznie, przy czym suma zarobków zależy od renomy danej osoby i ilości zleceń, które otrzyma. Z tym bywa zaś bardzo różnie. – Miałem raz rok, w którym przepracowałem 163 dni zdjęciowe i przygotowawcze. Ale raz zdarzyło się, że w ciągu ośmiu miesięcy przepracowałem jedynie kilka dni – zaznacza Maciejewski.

Kaskaderstwo nie jest zawodem, który wybiera się na zasadzie: „coś przecież muszę robić”. Najczęściej wstępem do tej pracy jest kariera w jakiejś dyscyplinie sportowej. Klaudia Ludwiczak z „Miasta 44” zdobyła tytuł młodzieżowej mistrzyni Polski w zapasach kobiet w stylu wolnym. Dobrze przygotowani pod względem fizycznym kandydaci do zawodu mogą następnie ukończyć specjalną szkołę przy Stowarzyszeniu Filmowców Polskich lub w dawnym Łódzkim Centrum Filmowym. Uczą się tam m.in. akrobatyki, sportów walki, zasad pracy na planie filmowym.

Wyższym stopniem wtajemniczenia jest praca koordynatora kaskaderów i reżysera scen akcji. W Polsce może nim zostać osoba z co najmniej średnim wykształceniem i 6-letnim doświadczeniem w. pracy kaskaderskiej. Koordynator opracowuje poszczególne „numery”, dbając o bezpieczeństwo ich wykonawców. Przystępując do pracy, musi zazwyczaj pogłębiać swoją wiedzę teoretyczną. Koordynator pracujący na przykład na planie filmu historycznego z XVII wieku nie może się obejść bez dokładnej znajomości broni i amunicji z tego okresu oraz sposobów ich używania, techniki jeździeckiej, metod walki na koniu itd.

W Hollywood koordynatorzy kaskaderscy rutynowo już współdziałają ze specjalistami od komputerowej obróbki materiału filmowego. Razem opracowują metody kręcenia dramatycznych scen o wysokim poziomie realizmu. To dzięki ich wspólnym wysiłkom widzowie pytają po wyjściu z kina: „Jak oni to, do cholery, zrobili?!”. Takie pytania będą zapewne co-raz częściej padały również po seansach polskich filmów.