Wieść o znalezieniu zwłok pracowni­ka Zjednoczone­go Banku Gruzji, kierownika jego departamentu zagranicznego, obiegła Gruzję 28 stycznia 2006 roku. Na poły ob­nażone ciało Sandra Girgvlianiego było pokiereszo­wane, nosiło ślady wymyślnych tortur. Gdy oprawcy go porzucali, młody bankier mógł jeszcze żyć; zabiło go zimno. Media zaczęły drążyć i odsłaniać kulisy odraża­jącego mordu. Najbardziej dociek­liwe dochodzenie przeprowadziła stacja telewizyjna Imedi (Nadzie­ja), będąca wówczas w rękach nie­żyjącego już oligarchy Badriego Patarkaciszwilego. Półtora roku później kanał rozgromiono i za­mknięto, oddziały policji wdarły się do środka, dewastując, co się tylko da, a ludzi traktując jak jeń­ców wojennych. Nie jest tajemnicą, że jedną z przyczyn skandalicznego zbrojnego najścia na siedzibę tej te­lewizji były m.in. ujawnione przez reporterów materiały odnoszące się do sprawy Girgvlianiego. A oto jak, zdaniem dziennikarzy śledczych, doszło do tragedii.

Wszystko zaczęło się od incy­dentu w elitarnym lokalu Sharden Bar w Tbilisi. Bawiło się w nim to­warzystwo zaproszone na przyjęcie urodzinowe przez inspektora gene­ralnego MSW Vasila Sanodzego. Na imprezę przyszły też m.in. żona szefa MSW Wano Merabiszwilego Tako Salakaia, jej koleżanka Tamar Majsuradze, nawiasem mówiąc, dziewczyna Sandra Girgvlianiego, oraz Baczo Achalaja, naczelnik departamentu bezpieczeństwa konsty­tucyjnego MSW i jego zastępca Oleg Mielnikow. Przypadkowo tego samego wieczoru Sandro wstąpił do knajpy z kompanem Lewanem Bu- chaidze i gdy ujrzał swoją flamę, miał być zdziwiony i zirytowany. Tamar zeznała, że najpierw ją spytał, dlaczego w ogóle siedzi w knajpie z obcymi ludźmi. Odparła, że to bez znaczenia - ważne jest, że przy stole zebrali się znajomi jej dobrej przy­jaciółki Tako. Wtedy Sandro miał podniesionym tonem zakrzyknąć: Jak ty w ogóle możesz się zadawać z tą ciotą? - wskazując na Gurama Donadze, kierownika biura praso­wego MSW.

Buchaidze zaprzecza, by tak było. Zdaniem innych świadków, gdy scysja dobiegła końca, obaj koledzy wyszli z baru. A na ulicy wpadli na niezidentyfikowanych osobników, którzy ich wepchnęli do srebrzystego mercedesa i wy wieźli do Okrokany, na przedmie­ście Tbilisi. Lewan zdołał zbiec. Sandra zamęczono i pozostawiono na pastwę losu w pobliżu lokalnego cmentarza. Naturalistyczne, pre­zentowane przez media opisy wyglądu denata, wywołały niedowie­rzanie, potem złość i przerażenie wśród Gruzinów. Ruszyły dzienni­karskie śledztwa, po dwóch tygodniach Imedi przedstawiła raport, który wstrząsnął sceną polityczną.

Szczegóły mordu poruszyły Gruzinów. Matka ofiary Erina Enukidze oskarżyła funkcjonariuszy MSW, że to oni stali za bezpardonowym uśmierceniem syna. Żądała, by w trybie natychmiastowym przesłuchać przedstawicieli resortu, którzy uczestniczyli w feralnej kolacji. Do chóru oburzonych przyłączyli się polityczni przeciwnicy Saakaszwilego.

SPRAWCY SKAZANI I JUŻ WYPUSZCZENI

Domagano się drobiazgowego zbadania zbrodni, wstępnie sugerowano, że wśród porywaczy Girgvlianiego i Buchaidze był m.in. Oleg Mielnikow, pracownik MSW. Głos zabrał rzecznik resortu Guram Donadze, który pamiętnej nocy miał być wyzywany i obrażany przez ofiarę. Stanowczo negował jakikolwiek związek ze zbrodnią. W zaparte szedł również szef MSW Wano Merabiszwili (8 lat na stanowisku ministra, a potem przez kilka miesięcy premier), odrzucający możliwość zdymisjonowania kogokolwiek z urzędników wymienianych w doniesieniach medialnych i wskazywanych przez opozycyjnych polityków jako sprawcy nieszczęścia. Minister nie zmienił zdania nawet wtedy, gdy Buchaidze na zademonstrowanym mu zdjęciu „niemal w stu procentach” rozpoznał Mielnikowa. Rozpoznał jako jednego z czterech oprawców, któ­rzy już w samochodzie mieli upro­wadzoną dwójkę okładać pięściami i szarpać. Ale Buchaidze zobaczył tę fotografię nie dzięki śledczym, tylko dzięki parlamentarzyście Zwiadowi Dzidziguriemu. Telewi­dzowie pytali, czemu oficjalnie nie dokonano podobnej konfrontacji. Już nie na żarty wołano, że bezkarne MSW kryje kryminalistów. Mimo to Merabiszwili nie widział jeszcze powodów, by kogokolwiek z pod­władnych wyrzucić z pracy.

Oświadczył też, że stawiane mu przez przeciwników zarzuty mają zniesławić jego rodzinę, zdyskre­dytować policję i że są rozsiewane celowo, by mu szarpać nerwy.

Napór społeczny i kolejne rewe­lacje medialne zmusiły Merabiszwilego do działania. 6 marca obwie­ścił, że z jego polecenia w kajdanki zakuto czterech funkcjonariuszy Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Za mury aresztu trafili Gia Alania, Avtandil Aptsiauri, Aleksandre Gaczawa i Micheil Bibiluri. Zdradził, że są podejrzani o udział w głośnej zbrodni, lecz nie wyjawił motywów czynu przestępczego kwartetu. Nie wymienił Olega Mielnikowa.

Bezpośredni sprawcy zostali skazani, ale już od czterech lat są na wolności. Najpierw skrócono im karę o pół roku, później spraw­ców makabry ułaskawił prezydent Micheil Saakaszwili. Zdumieni obywatele przecierali oczy we wrześniu 2009 roku, oglądając na ekranach TV czterech mężczyzn modlących się w monumentalnej świątyni Sameba górującej nad Tbilisi. Przed rokiem Gia Alania uciekł z kraju, szuka go Interpol.

 

OFIARĄ STAŁ SIĘ „ŚWIETNY ZAWODNIK”

Tymczasem czarne chmury gro­madziły się nad głową szefa MSW. Następny cios wymierzyła dziew­czyna zamordowanego, czyli Tamar Majsuradze. Zeznała, że Mielnikow podążył śladem Girgvlianiego i Buchaidzego, tłumacząc to tym, że musi kupić sobie papierosy.

Nie było go 40 minut, bo rzeko­mo nie mógł nabyć ulubionej marki w pobliżu baru Sharden i wypuścił się po nią aż do odległego super­marketu. Jednak kamery przemy­słowe nie odnotowały tego faktu. Zaraz potem nastąpiła interwencja rzecznika praw obywatelskich Sozara Subariego. Apelował, by odeszli z urzędu wszyscy oficjele posą­dzani o związki z makabrycznym zdarzeniem. Oznajmił, że słyszał, iż w łonie MSW aktywne są stojące ponad prawem ekipy karne, które mają „licencję na zabijanie”.

Niebawem Mielnikow i jego przełożony Dato Achalaja popro­sili, by ich czasowo zawieszono w obowiązkach na okres trwającego postępowania. Obaj opowiadali, że czynią tak, ponieważ poczuwają się do moralnej odpowiedzialności. Ale sam Merabiszwili był nietykalny - w jego obronie stanął prezydent Saakaszwili, zapewniając, że obiektem ataku stał się „świetny zawodnik”.

Przez ulice gruzińskich miast przetoczyły się protesty, wiece, ogłaszano strajki głodowe. Bez­trosce Saaki sprzeciwiali się zmo­toryzowani, urządzając w Tbilisi koncerty „kociej muzyki”. Policja wyłapywała „warchołów” i wlepia­ła im mandaty. Ale jednocześnie kontynuowano proces. Głównym oskarżonym obwołano Gię Alanię. 6 lipca 2006 roku wlepiono mu osiem lat odsiadki, pozostałym trzem oficerom - po siedem. Całą czwórkę skazano za znęcanie się nad ofiarą i zadanie śmiertelnych ran. Werdykty rozjuszyły Gruzinów. Pro­ści ludzie, prawnicy, reprezentanci organizacji pozarządowych, wresz­cie rodzina Sandra Girgvlianiego nie kryli, że wyroki są zasłoną dymną. Że sąd tak naprawdę przyłożył się, ale głównie do tego, by zaciemnić sprawę i by zapobiec zdemaskowa­niu całej prawdy. Podobne stanowi­sko wyraził nawet ambasador USA w Gruzji, najwyższy przedstawiciel państwa gorąco dotąd popierające­go M. Saakaszwilego i jego środowi­sko polityczne. John Tefft przekazał agencji Associated Press, że sprawiedliwość musi być wymierzona wszystkim winnym.

Na razie za kratkami przebywa Wano Merabiszwili. Zarzuca mu się akty korupcyjne: nielegalne wypłaty znajomkom, a także posiadanie willi na czarnomorskim wybrzeżu. Potem dołożono mataczenie w sprawie Girgvlianiego. Zaufany druh Miszy - jak familiarnie nazywają Saakaszwilego przyjaciele - stery nawy rządowej oddał w październiku 2012 r. I to tylko dlatego, że w wy­borach parlamentarnych zwycięstwo odniosło Gruzińskie Marzenie, czyli koalicja stronnictw sklecona naprędce przez miliardera Bidzinę Iwaniszwilego.

Wiele wskazuje na to, że Wano Merabiszwili chcąc się wyłgać od za­rzutów łapówkarskich i politycznej odpowiedzialności za bestialską roz­prawę z Sandrem Girgvlianim, po­szedł na układ ze śledczymi. Jego ze­znania mogą pogrążyć wiele gwiazd gruzińskiego establishmentu.