Wtedy to spotkałem ludzi, którzy zajmowali się tym zawodowo, tzn. żyli z tego i czerpali całkiem spore korzyści.

Zasada ich działania była bardzo prosta. Po ogłoszeniu jakiegoś przetargu lub nawet w trakcie przygotowań do niego upatrywali sobie dwie-trzy firmy, które miały największe szanse na otrzymanie zamówienia, i rozpoczynali działania. Zgłaszali się do firmy, oferując pośrednictwo w załatwieniu kontraktu (chociaż to były przetargi publiczne), a dla wzmocnienia swojej pozycji organizowali spotkanie z decydentem odpowiedzialnym za dany temat, oficjalne, w biurze lub na jakiejś imprezie.

Ludzie zajmujący się tym mieli doskonałe rozeznanie, jak zorganizować takie spotkanie, utrzymywali też szerokie kontakty towarzyskie, dzięki którym potrafili się wkręcić na każdą imprezę. W większości znanych mi przypadków taki decydent nie miał nawet zielonego pojęcia, w co jest wplątywany. Po przekonaniu firmy o swoich „wpływach” wystarczyło poczekać na rozstrzygnięcie przetargu i zgłosić się po tzw. prowizję.

 

Czytaj także:  Załatwiacze - nowa mafia w biznesie

Było to o tyle niebezpieczne zjawisko, że załatwiacze powoływali się wtedy na konkretne nazwiska decydentów, informując, że jest to łapówka dla nich za podjęcie korzystnej decyzji dla danej firmy. Można powiedzieć, że robota łatwa i przyjemna. Wystarczyło mieć trochę wyczucia rynku, czyli oferować swoje usługi najbardziej prawdopodobnym zwycięzcom, i jak najwięcej bywać na „salonach”, aby mieć możliwość organizacji odpowiedniego spotkania przy nadarzającej się okazji.

Przechodząc do pracy w MSWiA, miałem o tyle łatwiej, że znałem wszystkie sztuczki i triki. Dlatego też w departamencie, którym kierowałem, była pełna polityka otwartości: systematyczne otwarte spotkania z dostawcami, informacje na stronach internetowych. Ponieważ nigdy nie miałem pewności co do intencji osób, jakie się do mnie zwracały, pilnowałem, aby spotkania, w których miałbym uczestniczyć, były zawsze organizowane przez mój sekretariat.

Poza załatwiaczami, dla których jest to forma pracy, pojawiali się niestety też „byli” koledzy, którzy także chcieli coś ugrać na tym, że znają kogoś na stanowisku.

Miałem takie przypadki, że umawiałem się na spotkanie z którymś z kolegów z branży, a ten, nie informując mnie, przyprowadzał na to spotkanie firmę, która bardzo chciałaby coś sprzedać do MSWiA. Szczytem wszystkiego było zachowanie prezesa pewnej spółki, który przyjechał do mnie na spotkanie z asystentką (bardzo ładną zresztą). Po krótkiej prezentacji firmy zaproponował mi, że oni te wszystkie prace dla MSWiA wykonają, a on zadba o to, by żyło mi się dostatnio, zaś w dowód wielkiej przyjaźni zostawia mi „do użytku” swoją asystentkę.