Język ich ciał jest naturalny. Cała grupa sprawia wrażenie, jakby falowała. To wydarzenie rozgrywa się właściwie na naszych oczach. Może dlatego przez stulecia nie słabnie magnetyzm malowidła. Obraz Willikensa, pusty wieczernik o uwspółcześnionej architekturze i detalach, robi kolosalne wrażenie. Mówi on dzisiejszemu widzowi, że po Chrystusie i po przymierzu Boga z człowiekiem, zawartym podczas Ostatniej Wieczerzy, nie pozostało już nic. Głucha pustka. Ale możliwa jest też inna interpretacja. Człowiek współczesny może odczytać pustkę wieczernika jako zaproszenie. Do kontemplacji. Do jasności czekającej za drzwiami. A także jako zachętę, by wprowadzić do wieczernika to, co dla niego samego jest akurat szczególnie ważne. Może więc to być obraz o pustce, ale i o wolności. Korzystać z wolności można mądrze lub głupio. Reklama dżinsów francuskiego domu mody Marithe & Francois Girbaud to dwanaście pięknych, eleganckich kobiet i jeden półnagi facet, skupieni wokół blatu unoszącego się w powietrzu, najwyraźniej bez podparcia. Autorzy reklamy nawiązali do kontrowersji wokół faktycznej liczby osób na obrazie Leonarda (na którym oglądamy, rzekomo, o jedną dłoń za dużo) i na zdjęciu umieścili dodatkowo dwie dłonie. Nie wiadomo, do kogo należą. Jest też gołębica (symbol Ducha Świętego), kielich i ryba na talerzu. Modelka zajmująca miejsce Jezusa rozkłada ręce w geście błogosławieństwa.

Reklama została w 2005 roku decyzją rady miasta wycofana z ulic Mediolanu, a rozpowszechniania jej we Francji zakazał sąd. Reprezentujący francuski Kościół adwokat Thierry Massis podczas rozprawy grzmiał, że „jutro Chrystus na krzyżu będzie sprzedawał skarpetki”. Podobne oburzenie wywołała w Irlandii w tym samym roku reklama internetowego kasyna paddypower.com, jeszcze dosłowniej nawiązująca do przedstawienia „Ostatniej Wieczerzy” Leonarda. Tutaj głównym powodem spotkania przy stole był hazard, a nie ustanawianie eucharystii. Obie reklamy zdradzały silny wpływ „Kodu Leonarda da Vinci”. W reklamie dżinsów półnagi mężczyzna znajdował się po prawicy kobiety- Chrystusa. Natomiast na zdjęciu reklamującym internetowe kasyno u boku grającego w pokera Chrystusa siedzi piękna kobieta. Przypomnijmy – Dan Brown lansuje w swym bestsellerze tezę, że postać u boku Chrystusa to nie święty Jan, lecz Maria Magdalena.

To właśnie kobiety, zwłaszcza na polu sztuki, czują szczególną potrzebę wtargnięcia w przestrzeń słynnego obrazu. Chodzi im zapewne o wyrównanie rachunków z kulturą patriarchalną. W 1996 roku brytyjska artystka Sam Taylor-Wood umieściła się – nago – pośrodku stołu, wokół którego tłoczą się zblazowani imprezowicze. Kompozycyjnie praca nawiązywała oczywiście do „Ostatniej Wieczerzy”. W 2001 roku czarnoskóra artystka Renée Cox wywołała gniew republikańskiego burmistrza Nowego Jorku Rudolfa Giulianiego swoją wystawą w Brooklińskim Muzeum Sztuki. Jej praca „Yo Mama Last Supper” była fotograficzną opowieścią o „Ostatniej Wieczerzy” czarnej kobiety pośród czarnych mężczyzn. Tylko jeden – Judasz – był biały. Chrystusa odegrała, oczywiście nago, sama artystka. Giuliani ogłosił, że praca jest „antykatolicka”, „obrzydliwa” i „doprowadzająca do szału”. Zaproponował wprowadzenie „komitetów przyzwoitości”, nadzorujących działalność budżetowych placówek kulturalnych.

Tymczasem praca Cox była po prostu głosem na temat miejsca czarnej kobiety w społeczeństwie. Posłużenie się motywem „Ostatniej Wieczerzy” stanowiło też, choć pewnie nieświadomie, powtórzenie tego, co czynili wszyscy artyści renesansu. Renesans był bowiem jednym wielkim zapożyczaniem, oczywiście z antyku. Sama nazwa epoki – odrodzenie – przypomina, że po wielu stuleciach świat zachodni otworzył się na kulturę klasyczną. Zapożyczanie nie oznaczało jednak wcale kopiowania czy parodii, ale twórcze przetworzenie. Właśnie umiejętność twórczego przetworzenia decyduje o tym, że Andy Warhol był ważnym artystą, nie zaś utylizatorem surowców wtórnych. „Ostatnia Wieczerza” Leonarda da Vinci była dla Andy’ego wielką życiową przygodą. Od dzieciństwa widział ją na obrazku, który jego matka Julia nosiła w książeczce do nabożeństwa. A zarówno matka, jak i sam Andy przeżyli całe życie w głębokiej wierze.

To była jedna z tajemnic artysty. Niemal codziennie modlił się w kościele, nie opuszczał nigdy niedzielnych mszy. Gdy matka zmarła, Warhol zachował obrazek „Ostatniej Wieczerzy” jako najważniejszą pamiątkę po niej. Anonimowe przetworzenie wielkiego arcydzieła miało dla Warhola wymiar symbolu. W 1985 roku króla popartu zaproszono do zrobienia wystawy w pałacu, leżącym na wprost wejścia do klasztoru Santa Maria delle Grazie. Tematem była, oczywiście, „Ostatnia Wieczerza”. Warhol stworzył ponad 100 prac – serigrafi i, obrazów akrylowych i rysunków na papierze, na których fragmenty szkiców Leonarda i obrazu wymieszane zostały z wizerunkami typowymi dla kultury masowej: znakami towarowymi czipsów ziemniaczanych, słonych orzeszków, motocykli. Szalone kolory. Ciął „Ostatnią Wieczerzę” na kawałki, składał we własne kompozycje. To była najdojrzalsza, najbardziej osobista, a zarazem – ostatnia praca Warhola. Równocześnie wyraz własnej głębokiej religijności i zrozumienia dla współczesnego świata. Parę miesięcy po wystawie w Mediolanie zmarł. Związek Warhola z malowidłem sprzed pół tysiąca lat to doskonały dowód, że sztuka jest tak naprawdę jedna – nie ma sztuki dawnej, dobrej, i współczesnej, złej. Wygląda więc na to, że wszechobecna „Ostatnia Wieczerza” Leonarda da Vinci wciąż pozostaje najbardziej aktualnym dziełem sztuki na świecie.


Marcel Andino-Velez