Nazwa brzmi może niezbyt zachęcająco, ale to „zabrudzenie” odnosi się wyłącznie do mętnej, aksamitnej konsystencji, jaką napój zyskuje po dodaniu mlecznego akcentu. W efekcie powstaje gęsty, potwornie słodki, bezalkoholowy drink, przypominający skrzyżowanie gazowanej coli z kremowym shake’iem.
Domowy eksperyment przeniósł się do restauracji
Nie od dziś wiadomo, że to, co trenduje w social mediach szybko ktoś próbuje spieniężyć. Ostatnio zrobił się szał na fryzurę typu bob, a kiedy ostatnio byłam w galerii handlowej, na witrynie salonów fryzjerskich już widziałam stosowne reklamy i oferty pod ten trend. Z jedzeniem jest dokładnie tak samo. Ktoś wymyśli jakieś połączenie, pokaże to na TikToku i zaczyna bić jakieś nieprawdopodobne rekordy popularności. Niedługo później widzimy to samo w sklepach, restauracjach czy kawiarniach.
Nie inaczej jest z „dirty soda”. To, co jeszcze do niedawna brzmiało jak dziwaczny eksperyment z domowej kuchni, dziś staje się absolutnym gigantem sprzedażowym. Wystarczy spojrzeć na dane platformy Tastewise analizującej rynek spożywczy – zainteresowanie Gen Z personalizowanymi napojami wzrosło w ciągu ostatniego roku aż o 42 procent.
Rozwiązania znane dotychczas głównie ze Starbucksa, gdzie bez problemu można modyfikować każdy element kawy, na dobre zadomowiły się w okienkach drive-thru. Giganci tacy jak McDonald’s coraz chętniej wprowadzają do menu limitowane koktajle i zachęcają do tworzenia własnych kompozycji. Chcesz klasyczny napój z potrójną dawką syropu kokosowego, limonką i śmietanką? Proszę bardzo. Klienci coraz częściej podjeżdżają do fast foodów nie po burgery czy frytki, ale właśnie po swój unikalny kubek z napojem.
Mały luksus na trudne czasy i idealny kadr na sociale
Dlaczego akurat ten trend tak mocno trafił w serca (i kubki smakowe) młodszego pokolenia? Odpowiedź kryje się w tak zwanej kulturze „drobnych przyjemności”. Nie da się ukryć, że żyjemy w czasach rosnących kosztów życia i niepewności, nic więc dziwnego, że młodzi ludzie szukają niedrogich sposobów na szybkie poprawienie sobie nastroju.
Z badań wynika, że 40 procent Amerykanów robi drobne zakupy wyłącznie po to, by poczuć się lepiej – a w przypadku pokolenia Z ten współczynnik rośnie do aż 53 procent. Kiedy nie stać Cię na drogie wakacje, luksusowy ciuch czy nowy sprzęt, spersonalizowany, deserowy napój przygotowany dokładnie pod Twoje dyktando staje się małym, przystępnym cenowo luksusem na co dzień.
Nie bez znaczenia pozostaje też rola mediów społecznościowych. Kolorowe, wielowarstwowe napoje z gęstą pianką i pływającymi owocami wyglądają niesamowicie fotogenicznie na ekranie smartfona. Nagranie krótkiego filmu z degustacji nowej, zakręconej kompozycji na TikToka czy wrzucenie zdjęcia na Instagrama daje poczucie uczestniczenia w czymś unikalnym.
I jasne, nie jest to zdrowe, ale w sumie sama cola z Maka też nigdy zdrowa nie była. To po prostu trochę więcej kalorii i jeszcze więcej przyjemności. Nie wiem, czy bym tego spróbowała, bo trochę ta mieszanka mnie odrzuca, jednak nie dziwię się też, że „dirty soda” zyskuje popularność, bo nie chodzi tu tak naprawdę o napój. Chodzi o to, by za kilkanaście złotych mieć spersonalizowaną przyjemność. Niby niewielką, ale wciąż poprawiającą humor po ciężkim dniu pracy czy sesji płacenia rachunków za coraz droższe życie.
