
Dlatego każda metoda, która pozwala lepiej rozumieć i przewidywać takie epizody, jest dziś czymś więcej niż ciekawostką dla astronomów. I właśnie tu pojawia się rekord: po raz pierwszy udało się niemal bez przerwy śledzić jedną, wyjątkowo agresywną plamę słoneczną przez całe trzy obroty Słońca.
Rekord 94 dni i trik, który go umożliwił
Z Ziemi widzimy aktywny obszar na tarczy Słońca najwyżej przez około dwa tygodnie. Potem obrót gwiazdy chowa go za krawędzią i zostajemy z luką w historii: nie wiemy, co działo się po drugiej stronie, gdy pole magnetyczne dojrzewało albo rozładowywało się serią rozbłysków.
Tym razem udało się to obejść, łącząc obserwacje z dwóch perspektyw: sondy krążącej po orbicie wokół Słońca, która potrafi podejrzeć jego dalszą stronę, oraz satelity obserwującego naszą stronę gwiazdy praktycznie non stop. Taki duet pozwolił złożyć niemal ciągły zapis ewolucji jednego regionu aktywnego przez 94 dni.
W centrum tej historii był region oznaczony numerem NOAA 13664. Narodził się na niewidocznej dla Ziemi stronie 16 kwietnia 2024 roku, a zanikł po 18 lipca 2024 roku. Przez ten czas zdążył przejść pełny cykl życia i zrobić sporo zamieszania także po naszej stronie Układu Słonecznego.
Co tak naprawdę zobaczono w tej słonecznej telenoweli?
Ten region nie był zwykłą plamą, tylko złożonym układem pól magnetycznych, który przez większość życia utrzymywał wysoką niestabilność. W praktyce oznacza to, że w jego strukturze gromadziło się dużo energii gotowej do gwałtownego uwolnienia. W danych widać też, że obszar rozwijał się skokami, przez kolejne epizody wynurzania się strumieni pola magnetycznego przez około 20 dni, osiągając szczyt złożoności mniej więcej miesiąc po starcie.
Kluczowe jest to, że ta złożoność nie była jednorazowym wyskokiem. Zespół badaczy zestawił parametry opisujące niestabilność pola magnetycznego w długiej, ciągłej serii czasowej i zauważył ich mocną zgodność z aktywnością rozbłyskową. W samym zestawie zdarzeń zliczono setki rozbłysków, co daje wyjątkowo gęstą bazę do nauki prognozowania pogody kosmicznej.
W maju 2024 region wszedł na stronę zwróconą ku Ziemi i był powiązany z wyjątkowo silnymi burzami geomagnetycznymi, uznawanymi za najsilniejsze od 2003 roku. To wtedy zorze polarne pojawiały się bardzo daleko od biegunów, a służby monitorujące satelity i sieci energetyczne miały pełne ręce roboty.

Dlaczego to ważne dla ludzi, którzy nie śledzą Słońca na co dzień?
Wysoka aktywność słoneczna przestaje być abstrakcją w momencie, gdy zaczyna się walka o stabilność usług, które traktujemy jak tlen: GPS, synchronizacja czasu, łączność satelitarna, a nawet część systemów energetycznych. W przeszłości silniejsze epizody potrafiły przyspieszać opadanie satelitów na niższych orbitach, co kończyło się stratami sprzętu i pieniędzy.
Wątek przyziemny bywa jeszcze ciekawszy. Zakłócenia nie uderzają wyłącznie w astronautykę: wrażliwe są też systemy sterowania i komunikacji na Ziemi. W relacjach z tamtego okresu pojawiały się przykłady problemów w sektorach opartych o precyzyjne sygnały satelitarne, od transportu po rolnictwo wykorzystujące drony i czujniki.
I tu wraca sens rekordu 94 dni. Jeśli umiemy obserwować ten sam region dłużej niż standardowe dwa tygodnie, to możemy lepiej zrozumieć, kiedy pole magnetyczne skręca w stronę groźnej konfiguracji i czy grozi nam pojedynczy wielki wybuch, czy raczej seria mniejszych. Dziś to wciąż trudne, ale właśnie takie długie sekwencje danych są paliwem do ulepszania modeli.
Co dalej i po co nam takie rekordy?
Najciekawsze w tej historii jest to, że rekord nie wynika z jednorazowego szczęścia, tylko z geometrii i coraz lepszej współpracy obserwacyjnej. Gdy sondy i teleskopy stają po dwóch stronach Słońca, da się zszyć obraz w niemal ciągłą narrację, a nie w serię urwanych kadrów.
To szczególnie ważne teraz, gdy Słońce przechodzi przez okres wzmożonej aktywności w swoim cyklu. Każdy dodatkowy miesiąc danych o tym, jak rodzi się i umiera niebezpieczny region, zwiększa szansę, że ostrzeżenia przed burzami kosmicznymi będą bardziej konkretne niż ogólne ryzyko podwyższone.
W tle jest też szersza perspektywa: misje słoneczne zaczynają patrzeć na naszą gwiazdę z nietypowych kątów, a nie tylko z płaskiej płaszczyzny planet. To otwiera drogę do lepszego zrozumienia pól magnetycznych i źródeł wiatru słonecznego, czyli rzeczy, które finalnie decydują o tym, czy Ziemia dostanie kosmiczny strzał w najgorszym momencie.