Moje wrogie nastawienie do szczepionek wyszło na jaw przypadkiem. Po kolejnych doniesieniach o zachorowaniach na odrę i o rosnącej liczbie Polaków, którzy odmawiają szczepień, moja żona spytała niewinnie, czy aby na pewno nasi synowie zostali zaszczepieni zgodnie z kalendarzem. Szybki rzut oka do książeczek zdrowia, do internetu... i oblałem się rumieńcem wstydu. W jednym przypadku (szczepionka MMR na odrę, świnkę i różyczkę) mieliśmy prawie roczne
spóźnienie, w drugim (błonica, tężec i krztusiec) – prawie dwuletnie. Faktem jest, że w ostatnich latach moi synowie chorowali bardzo rzadko. Nie bywaliśmy z nimi w przychodni, więc pewnie nie było okazji, by nam przypomnieć o obowiązkowych szczepieniach. Jednak gdy się tam w końcu zgłosiłem, dowiedziałem
się, że przychodnia już o szczepieniach nie przypomina. Jak wyjaśnił mi dr Paweł Grzesiowski z Centrum Medycyny Zapobiegawczej i Rehabilitacji, obecnie to na rodzicach ciąży odpowiedzialność za realizację programu szczepień. – Według prawa jest pan osobą, która nie przyszła w terminie z dzieckiem na szczepienie i powinno to zostać zgłoszone przez przychodnię do Sanepidu – dr Grzesiowski nie miał litości. – Ten zaś wzywa pana do wyjaśnienia i jeśli pan nie odpowie na to wezwanie lub odpowie negatywnie, to uznaje się pana za osobę uchylającą się od szczepień.

Wezwania co prawda nie dostałem, ale było blisko. I gdybym z jakiegoś powodu to wezwanie przegapił – i naprawdę się uchylił – zostałbym oficjalnie antyszczepionkowcem. Co jest o tyle ironiczne, że jako lekarz z wykształcenia nie tylko popieram szczepienia, ale sam jestem zaszczepiony m.in. przeciwko grypie sezonowej, kleszczowemu zapaleniu mózgu (bo lubię chodzić po lesie) czy tężcowi (bo lubię pracować w ogrodzie). Moja przygoda pokazuje, że wbrew temu, co twierdzą działacze antyszczepionkowi, ustawowy przymus szczepienia jest u nas dość słabo egzekwowany. Owi działacze twierdzą też, że w Polsce nie monitoruje się odpowiednio tzw. niepożądanych odczynów poszczepiennych. To akurat też sprawdziłem osobiście, ponieważ jeden z moich synów po szczepionce MMR przez kilka dni miał gorączkę i powiększone węzły chłonne. Zgłoszenie tego było bardzo proste – wystarczyło pobrać formularz (ze strony www.urpl.gov.pl) i przesłać go drogą elektroniczną do Urzędu Rejestracji Produktów Leczniczych, Wyrobów Medycznych i Produktów Biobójczych (żeby było bardziej formalnie, wysłałem dokument przez urzędową platformę ePUAP2).

Jedyne, do czego mógłbym się przyczepić, to fakt, że urząd w ogóle nie zareagował na zawiadomienie. Owszem, skutki uboczne szczepienia były łagodne i szybko minęły, ale – jako obywatel, rodzic i lekarz – wolałbym wiedzieć, że dane, które przesłałem, do czegoś się przydadzą. Elektroniczna odpowiedź z urzędu, nawet standardowa, to naprawdę nie powinien być problem w XXI wieku.

Jan Stradowski – szef działu nauki „Focusa” z wykształcenia lekarz, z zamiłowania biolog i przyrodnik.
W radiu TOK FM prowadzi audycję „Człowiek 2.0”