Szacuje się, że dziecko, które przyszło na świat w Polsce w roku 2012 będzie żyło nieco ponad 76 lat, podczas gdy zaledwie pół wieku wcześniej przepowiadano by mu życie aż o dziewięć lat krótsze. To i tak nieźle, bo w średniowiecznej Europie niewielu dożywało 30. urodzin. Borykanie się ze starością jest więc stosunkowo nowym problemem naszej cywilizacji. Niestety, mimo że średnia długość życia na przestrzeni kilku ostatnich dekad znacznie wzrosła (i ten trend nadal się utrzymuje), to nie notuje się kolejnych rekordów długowieczności.

W tej chwili tytuł najdłużej żyjącej osoby należy do zmarłej w 1997 Francuzki Jeanne Calment. W chwili śmierci kobieta miała skończone – bagatela! – 122 lata i pięć miesięcy. Choć na świecie żyje, jak się szacuje, od 300 do 450 tzw. superstulatków, czyli osób, które mają co najmniej 110 lat, rekord madame Calment nie zostanie pobity przynajmniej przez najbliższe sześć. Zgoła inna rzecz trapi osoby, u których zdiagnozowano tzw. zespół Wernera, czyli progerię. Chorzy zaraz po wejściu w okres dojrzewania zaczynają się starzeć znacznie szybciej niż ich rówieśnicy. W rezultacie w wieku 30–40 lat wyglądają jak sześćdziesięciolatkowie – mają siwe włosy i zmarszczki. Umierają przedwcześnie z powodu typowych dla podeszłego wieku chorób układu krążenia i nowotworów.

Różnice w tempie starzenia się gatunków to jedna z cech życia na Ziemi. Słoń afrykański żyje przeciętnie około 70 lat, podczas gdy pies – tylko 14. Z kolei stułbie zdają się w ogóle nie mieć problemu z procesem starzenia. Te malutkie bezkręgowce, zasiedlające zbiorniki słodkowodne mają wyjątkowe zdolności regeneracyjne, które w skrajnych przypadkach pozwalają im odtworzyć cały organizm z jednej tylko komórki. Według niektórych naukowców taka umiejętność może sugerować, że z biologicznego punktu widzenia stułbie są nieśmiertelne.

Zegar genetyczny

Krokiem milowym w wyjaśnieniu przyczyn skomplikowanego procesu, jakim jest starzenie się organizmów było odkrycie, że komórki ludzkiego ciała nie mogą się dzielić w nieskończoność. Udowodnili to w 1965 roku dwaj amerykańscy lekarze – Leonard Hayflick i Paul Moorheadem. Wszystko stało się jasne: komórki dzielą się przez całe swoje życie, ale po dokonaniu pewnej ustalonej liczby podziałów uruchamiają się w nich mechanizmy prowadzące do obumierania. Maksymalna liczba podziałów, nazywana dzisiaj limitem Hayflicka, jest różna dla różnych tkanek. Dla komórek jest jednak wartością niezmienną. To oznacza, że gdy komórka ma zaprogramowany limit 50 podziałów, to po tylu właśnie obumrze. Nie stanie się to ani wcześniej, ani później. A co by się wydarzyło, gdybyśmy naszą 50-podziałową komórkę zamrozili w ciekłym azocie po 30. podziale? Nic – po rozmrożeniu podzieli się jeszcze dokładnie 20 razy i zakończy żywot. Naukowcy uważają więc, że w celu określenia dokładnego stanu komórek, należy podawać liczbę osiągniętych podziałów, a nie ich wiek.

Nasuwa się więc pytanie: skąd komórka „wie”, kiedy ma się przestać dzielić i obumrzeć? Wiele wskazuje, że ma to związek z tzw. telomerami, czyli strukturami, które znajdują się we wnętrzu wszystkich komórek jądrowych. DNA, czyli materiał genetyczny w jądrze komórkowym, jest ściśle uporządkowany i tworzy struktury zwane chromosomami. To właśnie dzięki genom w chromosomach komórka wie, że ma wytwarzać potrzebne jej białka, enzymy i inne cząsteczki. Telomery natomiast znajdują się na końcówkach chromosomów i są pozornie bezużyteczne, ponieważ nie zawierają żadnych genów. W dodatku z każdym podziałem ulegają skróceniu!