Kto kupiłby poradnik zatytułowany „Ironia i sarkazm dla początkujących”, „Jak zrozumieć dowcip w pięć sekund” albo „Poczucie humoru od podstaw”? Raczej niewielu i nikt, przynajmniej na serio, nie powiedziałby, że z jego poczuciem humoru jest coś nie tak. „Prędzej przyznamy się do mordu, peruki i sztucznych zębów niż do braku poczucia humoru” – twierdziła dr Anna Radomska specjalizująca się w psychologii pozytywnej w Zakładzie Psychologii Rozwoju Człowieka na UW. Jednocześnie dodawała, że ludzi kompletnie pozbawionych poczucia humoru jest na świecie niewielu. Humor i śmiech – jak czytamy w niedawno wydanej „Filozofii dowcipu” – są zjawiskami wrodzonymi. „Śmiech pojawia się spontanicznie we wczesnym dzieciństwie (nawet u dzieci od urodzenia niewidomych i niesłyszących)” – piszą autorzy książki Matthew Hurley, Daniel Dennett i Reginald Adams – zaś „istnienie humoru jest uniwersalną cechą wszystkich ludzkich kultur”.

 

STAN WYSOKIEGO NAPIĘCIA

Nauka na poważnie zainteresowała się humorem stosunkowo niedawno. Pod koniec XX w. prof. Martin Seligman, przewodniczący Amerykańskiego Towarzystwa Psychologicznego, zauważył potrzebę szczegółowego zbadania tych wszystkich zjawisk, które sprawiają, że „warto żyć”. Były to m.in. szczęście,
dobre samopoczucie, inteligencja emocjonalna. A także poczucie humoru, które – jak dowodzą badania przeprowadzone przez naukowców z University of Western Ontario w 2014 r. – jest wartością decydującą o jakości naszego życia.

Prof. Piotr Oleś, kierownik Katedry Diagnozy Psychologicznej w SWPS w Warszawie, zwraca uwagę, że poczucie humoru: „to właściwość obrazująca dystans wobec siebie, świata i innych ludzi”. A dystans ten „może stanowić warstwę ochronną przed światem, jak również przed samym sobą”. Tak rozumiane poczucie humoru otwiera wiele drzwi: w życiu uczuciowym (sypialnie), zawodowym (gabinety) i towarzyskim (salony). Prawdziwi mistrzowie, niczym saperzy, potrafią za jego pomocą rozbroić każdą minę. Czy tę cechę można rozwijać? Zdaniem dr Anny Radomskiej – tak. Psycholożka uważała, że dobry humor to przede wszystkim lata ćwiczeń, dzięki którym utrwalamy zdolność dostrzegania i rozumienia zabawnych sytuacji. Chodzi przy tym o coś więcej niż o perspektywę, z jakiej patrzymy na świat. Dzięki poczuciu humoru oswajamy rzeczywistość i uzyskujemy choćby minimalne poczucie kontroli nad nią.

Radomska w jednym z wywiadów podała następujący przykład: kiedy huragan Katrina zmiótł w 2005 roku w Nowym Orleanie 350 tys. domów, ktoś wywiesił na płocie zalanej posesji napis: „Przeminęło z wiatrem”. Rozbrojenie sytuacji śmiechem było jedynym kołem ratunkowym, które ofiara żywiołu mogła rzucić sobie sama w obliczu katastrofy. Rozbawienie – czyli przyjemna emocja związana z humorem – jak piszą Kuba Gryś i Bogdan Wojciszke na łamach „Psychologii Społecznej” – bywa pomocne w sytuacjach napięcia. Zastępując gniew, „może być czynnikiem rozładowującym spiralę agresji” – stwierdzają. Potwierdza to historia, która przydarzyła się amerykańskiej policjantce Rebece Dilhout. Pewnego dnia została wezwana do awantury domowej. Zbliżała się już pod wskazany adres, gdy usłyszała dobiegający z góry rozwścieczony męski głos. W tej samej chwili tuż przed nią rozbił się wyrzucony z drugiego piętra telewizor. Rebecca weszła po schodach i zapukała do drzwi. „Kto tam?” – warknął ten sam męski głos. W pierwszym odruchu policjantka sięgnęła po broń, lecz zamiast wyciągnąć pistolet, odpowiedziała: „Naprawa telewizorów”. Po kilku sekundach pełnych napięcia rozległ się tubalny śmiech. Mężczyzna otworzył drzwi i konflikt udało się rozładować.

 

O tym, jak bardzo poczucie humoru może pomóc w przypadku ciężkiej choroby, świadczy historia prof. Normana Cousinsa, amerykańskiego publicysty. Po tym, jak zdiagnozowano u niego zapalenie stawów kręgosłupa, a lekarze oznajmili, że ból będzie mu towarzyszył do końca życia, Cousins zamknął się w pokoju z filmami braci Marx. Już wkrótce policzył, że dziesięć minut śmiechu to dwie godziny snu bez bólu. Żył o wiele dłużej, niż wróżyli to lekarze, wykładał na Uniwersytecie Kalifornijskim i opanował do perfekcji umiejętność właściwą ludziom inteligentnym – „zdolność wzięcia w cudzysłów czegoś ważnego i dostrzeżenia drugiej tego strony – komicznej, groteskowej”.

 

ODTRUTKA NA POLITYKĘ

Dystans do rzeczywistości, radzenie sobie z traumą i chorobą – z czym jeszcze pomoże nam się uporać poczucie humoru? Chociażby z polityką. W maju 2016 roku TNS Polska zapytał rodaków o preferowany przez nich rodzaj żartów. Na pytanie „Czyje postępowanie w największym stopniu nadaje się na przedmiot dowcipów?” aż 44 proc. badanych odpowiedziało, że polityków, a 35 proc., że policjantów. Na dalszych miejscach znaleźli się lekarze i księża. Według Krzysztofa Skiby, lidera zespołu Big Cyc, obecna sytuacja w Polsce jest dla satyryków ogromnym wyzwaniem. Jeszcze do niedawna politycy obrywali śmiechem równo ze wszystkich stron. Dziś każdy kabareciarz musi mieć mapę wyborczą: żarty, które rozgrzewają widzów na Podkarpaciu, przyjmowane są chłodno na północy czy zachodzie Polski. Skiba ubolewa nad tym, bo uważa, że każda władza to wdzięczny obiekt do żartów. Jego zdaniem proces utraty dystansu jest w zaawansowanej fazie i cała nadzieja w Polakach, że nie ulegną wojenno-parlamentarnej retoryce.

W polityce gorszy od braku poczucia humoru jest tylko jego agresywny, dyskredytujący typ, mający na celu ośmieszenie lub upokorzenie drugiej osoby. Jego narzędziem bywa sarkazm lub chamstwo. W 1997 r., wychodząc w Kaliszu ze śmigłowca, minister Marek Siwiec nakreślił w powietrzu znak krzyża. Wysiadający za nim urzędujący prezydent Aleksander Kwaśniewski zapytał: „Czy minister Siwiec całował już ziemię kaliską?”. Słysząc to, rozochocony Siwiec uklęknął i ucałował płytę lotniska. Co charakterystyczne, papież na wieść o tym nie mrugnął nawet powieką. Jak wspominał w swoich dziennikach kard. Dziwisz, Jan Paweł II stwierdził: „No, to nic takiego, myśmy się też ze swoich profesorów nabijali”.

 

NARZĘDZIE DYPLOMATÓW

Poczucie humoru może być bardzo przydatne nie tylko dla wyborców, ale i samych polityków. Prof. Jacek Wódz z Uniwersytetu Śląskiego przytacza przykład trudnych negocjacji koalicyjnych w Belgii pomiędzy socjalistami flamandzkimi i walońskimi. Rozmowy utknęły w martwym punkcie, przywódcy obu frakcji usztywnili się i wtedy ktoś opowiedział dowcip: Na Górze Synaj Mojżesz miał odebrać od Pana tablicę z dziesięciorgiem przykazań. Wahał się jednak, czy je przyjąć czy nie, zawołał więc do swego ludu: „Co mam zrobić?” I wtedy ktoś z tłumu odkrzyknął: „Przyjmij, zinterpretujemy później”. Atmosfera na sali obrad rozładowała się i negocjacje zostały doprowadzone do pomyślnego końca.

 

Szczególnie ceniony za poczucie humoru jest były prezydent USA Barack Obama. Gdy na początku kadencji grono jego przeciwników upierało się, że urodził się w Kenii (co uniemożliwiałoby jego prezydenturę) podczas dorocznego spotkania korespondentów z Białego Domu Obama zapowiedział projekcję wideo ze swoich narodzin. Po chwili oczom zdumionych oficjeli ukazał się fragment narodzin z... „Króla Lwa”. Przez salę przetoczył się pomruk zaskoczenia. Prezydent wytrzymał chwilę i dorzucił ze śmiertelnie poważną miną: „To był żart. To nie jest wideo z moich narodzin. To kreskówka dla dzieci”.

 

MENEDŻER NA LUZIE

Dystans przydaje się nie tylko na wysokich szczeblach władzy, lecz także w codziennej pracy. Jeremi Mordasewicz, ekspert Polskiej Konfederacji Pracodawców Prywatnych Lewiatan, uzasadnia to następująco: „Prezesi i dyrektorzy też są ludźmi, więc po prostu lubią osoby z poczuciem humoru, towarzyskie, sympatyczne. Jeśli ktoś potrafi w odpowiednim momencie zażartować i rozładować tym samym atmosferę, należy to traktować jako zaletę zawodową”. Osoba obdarzona tzw. afiliacyjnym poczuciem humoru (służącym do komunikowania się) przyczynia się do powstawania więzi w zespole, a jej sposoby rozbawiania ludzi (wspólne opowiadanie żartów, dobroduszne żartowanie z działalności grupy) „służą rozwijaniu społecznej jedności, atrakcyjności i wartości, zmniejszaniu konfliktów i napięć – pisze Anna Rusek z Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie w pracy „Wielowymiarowość humoru”.

Mówiąc zwięźle, gdzie humor afiliacyjny, tam współpraca. Nal Lehmann-Willenbrock z Vrije Universiteit w Amsterdamie analizował, jak humor pojawiający się w rozmowach w pracy wpływa na wydajność ludzi. Odkrył, że zespoły, które opowiadają sobie częściej dowcipy i wspólnie się z nich śmieją, także w sprawach zawodowych wypowiadają się bardziej konstruktywnie i wspierająco. Mówią np. „to świetny pomysł” lub „możemy rozwiązać ten problem, robiąc to i to”. W rezultacie działają bardziej efektywnie i sprawniej rozwiązują problemy. Z kolei Alison W. Brooks z University of Pennsylvania badała, jak oceniamy poczucie humoru osób starających się o pracę lub dokonujących prezentacji. Okazało się, że ludzie, którzy żartowali – i w jednym, i drugim przypadku – byli postrzegani jako bardziej pewni siebie, chętniej podejmujący ryzyko, bardziej inteligentni i kompetentni. Wzrastał ich status, a co za tym idzie, stawało się bardziej prawdopodobne, że zostaną wybrani na lidera grupy.

Zdaniem Jacka Walkiewicza, psychologa i autora programów szkoleniowych, tak jak kierowca powinien robić sobie od czasu do czasu przerwę w prowadzeniu auta – tak w pracy dobrze jest znaleźć miejsce i czas na to, żeby się „zresetować”. On sam dba w swoich wykładach o lekką formę, choć jednocześnie dostrzega, że wielu menedżerów postępuje inaczej. Nawet na wyjeździe integracyjnym zawsze znajdzie się ktoś, kto zauważy sarkastycznie: „Nie jesteśmy tutaj dla przyjemności”. – Różne są sposoby na to, żeby się nie dać w to wkręcić – mówi Walkiewicz. – Można wypuścić nadmiar powagi, stosując wizualizację i wyobrazić ich sobie np. w czapkach krasnali.

 

Wspomina, jak jego kolega z branży Jakub B. Bączek, trener mentalny reprezentacji narodowej siatkarzy, przygotowywał drużynę w 2014 r. podczas mistrzostw świata do tego, by stawiła czoła tzw. grupie śmierci. Sportowcy czuli, że mają małe szanse, już sama nazwa ich obezwładniała, dopóki trener nie przekręcił jej na „grupa śmierdzi”. – To był moment przełomowy, nabrali dystansu, przestali się tak denerwować i wyszli z grupy, w której nikt nie dawał im szans – opowiada Walkiewicz.

W kontrze do tego przypomina sobie swój wykład motywacyjny, po którym prezes firmy – zaniepokojony, że ludzie tak dobrze się bawią – wyszedł na scenę i podsumował: „Bardzo ładnie pan Jacek to powiedział, ale ja wam powiem prościej: Prawda jest taka, że trzeba – tu prezes użył bardziej dosadnego słowa – zasuwać, a jak się komuś nie podoba, to nikt go nie będzie trzymał”. – Wszyscy się z tego śmieli, bo to oczywiście jest śmieszne, ale myślę, że na poziomie podświadomym zostaje lęk – mówi Walkiewicz. – To wydarzenie potwierdza tylko, jak ważne jest poczucie dystansu. W każdej chwili mogę się przecież zaśmiać, wysiąść z tego pociągu i wsiąść do jakiegoś innego.

 

PRĘŻENIE ŻARTÓW

Droga do serca mężczyzny nie prowadzi już, jaki mawiały nasze babki, przez żołądek, ale przez GSOH. GSOH, czyli  akronim słów „good sense of humor” (duże poczucie humoru), to najczęściej spotykany skrót na portalach randkowych. Doczekał się wielu dodatkowych interpretacji, np. Good Salary Own House (dobre zarobki, własny dom) lub Good Standard of Hygiene (dobry standard higieniczny). Od razu trzeba zaznaczyć, że jest to wymaganie stawiane obu płciom. Dobrze, by i on i ona mieli poczucie humoru, bo to zwiększa atrakcyjność w oczach partnera – i raz na zawsze ucina dyskusję na temat przyczyn sukcesów miłosnych mężczyzn postury Woody’ ego Allena. Psychologowie są zgodni: jeśli ona śmieje się z twoich żartów, to znaczy, że masz szanse. Dlaczego? Bo wysyłasz czytelny sygnał: mój mózg pracuje na wysokich obrotach, mam silne geny, jestem odporny psychicznie, czytaj: ten materiał genetyczny jest do wzięcia (reprodukcji).

Można to ująć też inaczej: „Jeśli śmiech i humor stanowiły cechy preferowane przez ewolucję, musiały mieć własną rację bytu, pełnić funkcję adaptacyjną, a plan tego rodzaju »odruchów« musiał zostać w jakiś sposób zakodowany w naszych genach” – piszą autorzy „Filozofii dowcipu”. Co ciekawe, badania Erica Bresslera (Westfield State College, USA) we współpracy z kanadyjskim McMaster University wykazały, że większość mężczyzn woli kobiety, które doceniają ich żarty od tych, które same je inicjują. Ma to nawet sens – gdyby obie strony w związku miały równie duże poczucie humoru i skłonności narcystyczne, mogłoby dojść do kolizji na drodze do serca: nikt nie lubi, kiedy kradnie mu się show. Dwóch stand-uperów w związku to katastrofa – podobnie jak udawanie, że podobają się nam czyjeś dowcipy.

 

ŚMIECH DOBRY W KAŻDYM WIEKU

Niestety poczucie humoru zmienia się z wiekiem. Jak wykazały badania naukowców z Baycrest Centre for Geriatric Care w Toronto – ludziom starszym trudniej jest dostrzec dowcip w niektórych typach żartów. Może dlatego, że jako pierwsze starzeją się (i jako ostatnie dojrzewają) płaty czołowe, odpowiedzialne za poczucie humoru. Ćwiczenie ich do późnych lat wydaje się zatem słusznym podejściem – wiek zresztą to też sprawa względna. Michał Rusinek, kiedy jeszcze pełnił rolę asystenta Wisławy Szymborskiej, przyznał, że przy noblistce, która zachowuje dziecięcą ciekawość świata, czuje się „jak zgrzybiały starzec”. Sporo starszy od niego Michael Palin z ekipy Monty Pythona, mógły powiedzieć coś wręcz przeciwnego. Kiedy realizował w 2006 roku w Polsce swój cykl dokumentalny, dał się namówić na wspólny występ z Kabaretem Ani Mru Mru. Tak go potem skomentował: „Wystąpiłem w scenie przebrany za bobasa. Poskakałem sobie w śpioszkach i świetnie mi to zrobiło”.

 

MEGAMASAKRYCZNIE ŚMIESZNIE

O tym, co bawi Polaków, dlaczego ważna jest znajomość kontekstu i w jakim kierunku zmierza nasze poczucie humoru, mówi kulturoznawca prof. Wiesław Godzic

Focus: Co piąty Polak nie lubi już dowcipów, 20 lat temu – tylko co dwudziesty. Czy poczucie humoru nas opuszcza?

Wiesław Godzic: Myślę, że nie. Wzrasta nawet liczba osób, które uważają, że humor jest dla nich ważny, tylko że dziś, zamiast opowiadać sobie żarty, wysyłamy memy. Kiedyś były popularne książeczki typu „100 dowcipów o małym fiacie”. To minęło. Każdy z nas może być twórcą memu, i to jest siła internetu. One mają potężną moc, żyją intensywnie, ale po tygodniu nikt się już z nich nie śmieje. W porównaniu z dowcipem mówionym powodują inny rodzaj śmiechu. Tamten był powolny, tutaj jest pac! Jednorazowe, silne uderzenie.

Krótko a dobrze?

- Krótko, mocno, i od razu przechodzimy do „co dalej”? Proszę sobie przypomnieć film „Truman show”. Strażnicy widzą, że na ekranie gaśnie mydlana opera, podczas której podglądali „prawdziwe” życie człowieka, i mówią: „Przełącz na inny kanał”. Potrzeba nieustannego śmiania się jest i będzie, ale zmienił się jej typ, charakter, odbiorca, a przede wszystkim to, o czym mówiłem, czyli twórca.

W jakim kierunku zmierza nasze poczucie humoru?

- To jest źle postawione pytanie. Zamiast dociekać, czy poczucie humoru się zmienia, trzeba zapytać, jak ono się zmienia? Na jakie drogi weszło? Słynna książka Zygmunta Freuda o dowcipach [„Dowcip i jego stosunek do nieświadomości” – przyp. red.] bazowała na przekazie ustnym, potem było kino i telewizja, a dziś mamy fragmenty telewizji włożone do sieci. Jest taki piękny żart rysunkowy i myślę, że on najlepiej pokazuje naszą współczesność. Są trzy osoby – w środku tłumacz, po lewej i po prawej ludzie, którzy mówią tylko swoimi językami, natomiast sami nie są w stanie się porozumieć. Jeden z nich opowiada coś tłumaczowi i strasznie się śmieje. Tłumacz przekazuje to drugiemu i ten drugi też strasznie się śmieje, ale tłumacz już nie. Dzisiaj znajomość kontekstu jest najważniejsza. Memy opowiadane komuś, kto ich nie widział, nie są śmieszne. Liczy się tu i teraz, natychmiastowość. Śmiejemy się z tego, co obce, czego nie rozumiemy, i to jest, niestety, wyraz naszego prymitywizmu kulturowego.

 

Subtelności są zarezerwowane dla nielicznych?

- „Kiepscy” idą w telewizji już od 18 lat, a to serial, który nie jest apologią, tylko naśmiewaniem się z Kiepskich. Jeśli tak długo trzeba się z nich naśmiewać, to może nowe pokolenie też tego potrzebuje?

Myślę, że ten serial ma tzw. twardy elektorat.

- No właśnie, tutaj dochodzimy do tego, że nie ma dobrej odpowiedzi na pytanie, czy Polacy mają poczucie humoru, bo zaraz pytam: którzy? Ci mieszczanie z kredytami we frankach czy sześćdziesięciolatkowie? Bardzo nam się to zindywidualizowało grupowo.

W zindywidualizowanym społeczeństwie trudniej jest trafić na kogoś z identycznym poczuciem humoru?

- To poszło jeszcze dalej. Dowcip zaczął być kierowany do nisz – korporacyjnych, uczniowskich… Proszę zwrócić uwagę na język. Mnie np. określenie, że coś jest megamasakryczne śmieszy, bo nie można użyć tych dwóch słów jednocześnie – masakry, która odnosi się do negatywnego kontekstu, i mega. Dla mnie to jest dowcip, śmieję się z tych, którzy mówią megamasakrycznie, ale oni sami z siebie się nie śmieją, ponieważ inni ich pokroju, mniej świadomi tych elementów językowych, też tego zwrotu używają.

W czasach PRL-u Polacy mieli opinię najweselszego baraku w obozie. Dalej nim jesteśmy?

- Politycy oduczają nas żartowania sobie. Mówią: polityka jest piekielnie poważną sprawą, nie próbujcie dowcipkować. Obecna władza kreuje się na powagę, dowcip jest gdzieś bardzo daleko, jeśli już, to taki rechotek. Obawiam się artykułu 212 kodeksu karnego, który mówi o zniesławieniu, dlatego że każdy
dowcip zawiera jakiś element satyry. Gdzie jest granica, kiedy możemy powiedzieć, że ktoś jest np. bałwanem? Narodziły nam się nowe konwencje, stand-upy albo roasty, które celowo powiadają – a teraz będzie gorąco, będzie ostro, zgodziłeś się na to, ale może sam nie wiedziałeś, na co się zgadzasz.

 

Będziemy się naśmiewać z ciebie, z twoich wad, także tych potencjalnych, nieistniejących. Jest na to przyzwolenie artystyczne. Konwencja polityczna powiada – zaraz, zaraz, spokojnie. Możesz sobie ze mną poczynać, ale nie za bardzo, bo pójdziemy do sądu.

Humor, jak piszą znawcy tematu, to także „życzliwa postawa wobec siebie i świata”.

- Jeśli umiem się śmiać z siebie, to prawdopodobnie wszystko jest ze mną w porządku. Widzę swoje wady, potrafię nie być śmiertelnie poważny, obrócić w żart czyjś atak. Pracować nad sobą. Moja studentka oddaje mi ostatnio pracę o blogach i mówi: „Wyszło na to, że kobiety więcej szerują”. „Co? Może szorują?” – pytam. Na co ona pyta: „A co to jest szorować?” A ja: „Co to jest szerować?”. Pośmialiśmy się oboje. Chciałbym, żeby błyskotliwe riposty były udziałem nas wszystkich, bo niedługo już zostaną nam tylko memy obrazkowe. Cieszę się, że jeszcze wymagają słów.