Codzienność przerywana wibracjami
Kiedy dzisiaj się obudziłam, miałam na telefonie około dwudziestu różnych powiadomień. Nie należę do osób, które są bardzo aktywne w mediach społecznościowych, ale i tak Facebook, Instagram czy X potrafią wygenerować mi całkiem sporo notyfikacji. Do tego dochodzi Gmail, aplikacje sklepów, komunikatory, Duolingo i apki systemowe, takie jak Pogoda. Oczywiście, poświęciłam chwilę, żeby je przejrzeć, potem usunąć i dopiero wstać. Potem była standardowa rutyna poranna, spacer z psem, podczas którego mój zegarek przypomniał, że trzeba się napić wody. Gdy wróciłam, usiadłam do pracy. Przeglądając tematy, dostałam powiadomienie o nowym mailu – sprawdziłam. Potem ktoś napisał na Messengerze, Duolingo przypomniało o codziennej serii, zegarek o tym, że za długo siedzę w jednej pozycji, ktoś zadzwonił, telefon znów dał znać o jakiejś notyfikacji i… tak w kółko.
Powiadomienia są nieodłączną częścią naszego życia i nawet jeśli podczas pracy nie odpisujemy na prywatne wiadomości, to i tak wiemy, że one się pojawiły. Nawet odkładając językowe lekcje na później wiem, że Duolingo znów zaspamowało mnie powiadomieniami. Widzicie już o co chodzi? Nie zagłębiając się dokładnie w treść notyfikacji i tak wiemy, że coś przyszło, bo to jedno piknięcie albo krótka wibracja wyrwały nas z tego, co właśnie robiliśmy. Brzmi prozaicznie i niegroźnie, bo chyba nikt nie wyobraża sobie, że ta sekunda odwrócenia wzroku w stronę telefonu albo rogu pulpitu komputera, może cokolwiek zmieniać. Tymczasem zmienia bardzo wiele.
Od narzędzia do agenta manipulacji, czyli trochę o ewolucji powiadomień
Zanim przejdziemy do skutków życia pod ciągłym ostrzałem powiadomieniami, pochylmy się chwilę nad samą funkcją, ponieważ jest to ciekawsze, niż mogłoby się wydawać, i ściśle związane z transformacją urządzeń mobilnych, które z pasywnych odbiorników sygnałów rozwinęły się w aktywnych zarządców ludzkiej percepcji. Zaczęło się jednak prymitywnie – od pagerów. U nas raczej nie było to zbyt popularne rozwiązanie, ale sporo osób może kojarzyć je ze starszych seriali oraz filmów: mały, zwykle czarny gadżet, który pikał lub wyświetlał krótkie powiadomienie tekstowe. Jak tak sobie przypominam, najczęściej kojarzyło mi się to z lekarzami, bo na ekranie telewizora właśnie takie postacie nosiły go najczęściej. Tak czy inaczej, takie powiadomienie miało charakter czysto utylitarny i ograniczony. Ta informacja służyła nadawcy i odbiorcy (no i trochę operatorowi, bo zarabiał na tej usłudze).
Momentem zwrotnym, definiującym nowoczesny model interakcji z technologią, było wprowadzenie rozwiązania o nazwie „Push”. Tutaj największą rolę odegrała firma Research In Motion, czyli producent telefonów BlackBerry. To właśnie oni stali za interfejsem komunikacyjnym – tzw. Push Service – który zrewolucjonizował sposób korzystania z elektronicznej poczty. Wcześniej sprawdzanie maili przypominało trochę rytuał, bo trzeba było celowo połączyć się z serwerem i pobrać dane. Mogę się spodziewać, że dla osób dopiero przyzwyczajających się do takich „wynalazków”, pamiętanie o regularnym zaglądaniu na pocztę było często problematyczne. Dlatego BlackBerry postanowiło ułatwić ludziom życie, tym samym stawiając podwaliny dla świata, w jakim przyjdzie później żyć ówczesnym i kolejnym pokoleniom

BlackBerry sprawiło, że informacje zaczęły docierać do użytkowników już w momencie ich wygenerowania, wprowadzając erę permanentnej dostępności i reaktywności. Najpierw nowość trafiła do świata biznesu, bo telefony marki celowały właśnie w takich klientów i to oni najczęściej potrzebowali być na bieżąco z mailami. Jak więc powiadomienia dotarły do zwykłych ludzi? Chyba nikogo nie zdziwi fakt, że stał za tym Apple. Czerwiec 2009 roku był momentem, w którym na rynku zadebiutował iOS 3.0, a wraz z nim Apple Push Notification Service (APNs). Nie przesadzę, jeśli powiem, iż był to początek nowej epoki.
Deweloperzy dostali w swoje ręce narzędzie pozwalające zewnętrznym aplikacjom na przesyłanie powiadomień do urządzeń w czasie rzeczywistym, nawet jeśli sama apka była nieaktywna. Trzy lata później Google uruchomił Google Cloud Messaging (GCM) dla systemu Android, co ostatecznie przypieczętowało dominację powiadomień push jako domyślnego sposobu interakcji z przestrzenią mobilną.
Potem poszło już lawinowo. To, co zaczęło jako proste komunikaty tekstowe, z czasem ewoluowało do tzw. bogatych powiadomień, zawierających obrazy, wideo czy interaktywne przyciski. W 2015 roku, pojawiły się Web Push Notifications, co rozszerzyło ten model na przeglądarki internetowe, przez co również praca przy komputerze zaczęła podlegać tej samej logice ciągłego przerywania. Choć wydawałoby się, że nic więcej w tym temacie nie da się zrobić, na rynku pojawiła się sztuczna inteligencja i uczenie maszynowe. Najpierw zaczęły one optymalizować powiadomienia pod kątem czasu wysyłki treści, by w ten sposób zmaksymalizować prawdopodobieństwo kliknięcia. Najnowszym krokiem na tej wyboistej i trwającej ponad ćwierć wieku drodze są z kolei podsumowania powiadomień. Apple był pierwszy i nawet jeśli nie wyszło mu to najlepiej, dał początek kolejnemu trendowi.
Uwaga jako najrzadszy surowiec
Żeby zrozumieć, dlaczego powiadomienia kradną naszą uwagę, muszę wyjaśnić jeszcze jedną kwestię, zahaczając teraz o kontekst ekonomiczny. Bo o ile można uznać, że pagery czy nawet rozwiązanie BlackBerry były rozwiązaniami działającymi w dużej mierze na korzyść użytkowników, o tyle późniejsze powiadomienia przestały zwracać uwagę na to, co naprawdę jest dla nas dobre. Dlaczego? Bo nasza uwaga to bardzo cenny surowiec, który każdy chce pozyskać. Termin „gospodarka uwagi” został ukuty jeszcze w latach 70. XX wieku przez Herberta A. Simona. Zauważył on, że w erze cyfrowej to nie informacja jest cennym zasobem (bo jest jej pod dostatkiem), lecz ludzka zdolność do jej przetworzenia. Bogactwo informacji pociąga za sobą niedobór uwagi, która musi zostać efektywnie rozdzielona pomiędzy źródła bodźców.
I właśnie na tym opierają się modele biznesowe współczesnych technologicznych gigantów pokroju Google’a czy Mety – na zbieraniu, analizowaniu i monetyzowaniu naszego czasu uwagi. W tym systemie uwaga jest walutą, z firmy pełnią rolę giełd, licytując dostęp do naszej świadomości. Brzmi to trochę przerażająco, ale taka prawda. Algorytmy nie powstają z myślą o naszej wygodzie ani o dostarczaniu nam prawdziwych i wiarygodnych treści. Służą one maksymalizacji naszego zainteresowania, dlatego właśnie najbardziej clickbaitowe tytuły skupiają się na skrajnych emocjach, takich jak oburzenie i lęk. Mają wywoływać sensację, zmuszać nas do kliknięcia, nawet jeśli normalnie temat nas nie interesuje.

Nasze mikrointerakcje – pauzy w czytaniu, kliknięcia, reakcje na powiadomienia – są wykorzystywane do budowania cyfrowych profili, a na ich podstawie algorytmy przewidują nasze zachowania. To takie haczyki, a my jesteśmy rybami, które się na nie łapią. Wracamy potem do aplikacji, mimowolnie wyświetlamy reklamy, dając firmom kolejne dane. I właśnie tak się to odbywa. Powiadomienia wydają nam się najbardziej podstawową i darmową usługą w cyfrowym świecie. Cóż, faktycznie, nikt nie woła za to pieniędzy, ale jak zauważa Tim Wu, profesor prawa z Kolumbii, płacimy za to inaczej – swoją autonomią poznawczą i zdolnością do refleksyjnego rozumowania.
Miłość czy uzależnienie? Dlaczego ciągle łapiemy się na powiadomienia?
Niestety, im dalej w las, tym robi się mniej przyjemnie. Zapewne większość z was, czy to na własnej skórze, czy tylko w internecie, doświadczyła zjawiska zmęczenia technologią. W świecie przeładowanym informacjami, w końcu mamy ochotę powiedzieć „dość”. Pomijając jednak nieliczne przypadki, mało kto jest w stanie na stałe odciąć się od powiadomień. To zjawisko tłumaczy z kolei psychologia behawioralna i neurobiologia układu nagrody. Psycholog Burrhus Frederic Skinner, eksperymentując kiedyś ze szczurami i gołębiami, odkrył bardzo interesujący fakt – najbardziej uzależniającym wzorcem nagradzania nie jest ten, w którym wiemy, że za daną czynność dostaniemy nagrodę, ale ten, w którym harmonogram wzmocnień jest zmienny.
Na czym to polega? W modelu zmiennym nagroda pojawia się nieprzewidywalnie – czasem jest mała, czasem duża, a czasem nie pojawia się wcale. Właśnie ta niepewność sprawia, że bardziej się angażujemy. Co to ma jednak wspólnego z powiadomieniami? Bardzo wiele, bo nasze smartfony to tak naprawdę kieszonkowe „pudełka Skinnera”. Każda notyfikacja daje nam bowiem szansę na otrzymanie nagrody w postaci wiadomości od kogoś bliskiego, ważnego maila, promocji czy polubienia. Oczywiście może to też być nieistotny spam, co właśnie daje nam ten element nieprzewidywalności. W efekcie słysząc wibrację, piknięcie lub widząc mrugającą diodę powiadomień, mózg wydziela dopaminę, będącą też neuroprzekaźnikiem motywacji i pożądania. Co ciekawe, jej poziom wzrasta nie w fazie otrzymywania nagrody, ale wtedy, gdy mamy nadzieję na jej otrzymanie.
I właśnie w ten sposób wpadamy w pętlę informacyjną. Nasz mózg każe nam sięgnąć po telefon, bo być może czeka nas tam coś dobrego. Dodajmy do tego jeszcze fakt, że ten cykl uzależnienia nie wymaga od nas praktycznie żadnych kosztów – do sprawdzenia telefonu nie potrzeba zbyt wiele wysiłku ani czasu. Możemy więc dostać nagrodę praktycznie za nic. I jasne, powiadomienia można zignorować, zostawić na później. Problem w tym, że to również nie jest łatwe, bo cały ten mechanizm żeruje na tzw. efekcie Zeigarnik. Pod tą nazwą kryje się tendencja naszego umysłu do pamiętania i faworyzowania zadań niedokończonych nad tymi ukończonymi. Chcemy więc dokończyć tę otwartą przez sygnał dźwiękowy pętlę, inaczej ciężko nam będzie się skupić na właśnie wykonywanych czynnościach – „sprawdzę i będę miał spokój”.
Wielozadaniowość to mit
Pracujesz, sprawdzasz pocztę, rozmawiasz ze współpracownikami, odbierasz telefony. Dla wielu z nas to całkowita normalność, ukryta pod nazwą „multitasking”, czyli po prostu „wielozadaniowość”. Producenci smartfonów czy tabletów szumnie obiecują „wielozadaniowość na jeszcze wyższym poziomie”, pracodawcy oczekują takich umiejętności od pracowników… szkoda tylko, że w rzeczywistości jest to nic innego, jak mit. Nasz mózg nie potrafi przetwarzać wielu złożonych zadań jednocześnie, zamiast tego przełącza (i to dość gwałtownie) między nimi uwagę, a każdą z tych zmian okupuje tzw. kosztem przełączania, co z kolei drastycznie obniża naszą sprawność operacyjną.
Często cytowane (choć równie często też krytykowane) badanie przeprowadzone na zlecenie Hewlett-Packard przez dr. Glenna Wilsona wykazało, że pracownicy rozpraszani przez ciągłe e-maile i telefony doświadczali spadku wydajności w testach rozwiązywania problemów o równowartość 10 punktów IQ. To dwukrotnie więcej niż u osób, które są pod wpływem marihuany. Oczywiście mowa tu o spadku czasowym, wynikającym z chwilowego rozproszenia, ale cofnijmy się teraz do pierwszego zdania w tym tekście: przeciętna osoba dostaje około stu powiadomień dziennie. Czyli potencjalnie właśnie tyle razy się rozpraszamy, permanentnie obniżając swoją sprawność intelektualną, co jest szczególnie odczuwalne w pracy lub przy nauce.

Żeby zamknąć temat nieistniejącej wielozadaniowości, wspomnę jeszcze o pojęciu nazywanym „osadem uwagi”. Sformułowała go Sophie Leroy i jest ono silnie związane właśnie z codziennym rozpraszaniem się. Kiedy przerywamy jedno zadanie (A), żeby sprawdzić powiadomienie (zadanie B), to nasz mózg nie przełącza się całkowicie na tę nową czynność. To trochę jak zrobienie jednego kroku, by wejść do domu – jedna noga wciąż jest na progu, podczas gdy druga już znalazła się w korytarzu. Nasz mózg „przykleja” część zasobów poznawczych w poprzednim zadaniu, więc nawet krótkie zerknięcie na powiadomienie sprawia, że wracając do czynności A, nie jesteśmy w stanie poświęcić jej całej naszej uwagi. Jeśli pierwotne zadanie nie zostało ukończone, osad uwagi jest szczególnie gruby. Z kolei, jak wykazują badania, powrót do głębokiego czasu skupienia po jednym takim rozproszeniu może zająć średnio nawet 20 minut.
Tu wchodzi prosta matematyka – dobra jest za krótka, by w natłoku powiadomień odzyskać rozproszoną wcześniej uwagę. W ten właśnie sposób większość ludzi funkcjonuje w stanie ciągłej fragmentacji uwagi, przez co ciężko jest nam zrealizować zadania o wysokim stopniu złożoności. Być może czynności, które teraz uważamy za trudne, nigdy nie sprawiałyby nam takiego problemu, gdybyśmy mogli poświęcić im 100% naszego potencjału.
Wyłączenie sygnału dla powiadomień wcale nie rozwiązuje problemu
Pisząc ten artykuł miałam w głowie przeświadczenie, że przecież nie mogę rozpraszać się aż tak często, jak mówią statystyki, skoro mam wyciszone większość powiadomień. Zegarek wyświetla mi jedynie kilka typów, telefon leży sobie cicho z boku. Tylko że, jak wykazało przeprowadzone w 2017 roku przez Adriana Warda badanie, destrukcyjny wpływ powiadomień nie ogranicza się tylko do momentu, w którym telefon wydaje dźwięk. Już sama obecność urządzenia w zasięgu wzroku redukuje dostępną pojemność poznawczą.
W serii eksperymentów, zebranych w ramach badania „Brain Drain” wzięło udział blisko 800 osób, a ich zadaniem było rozwiązywanie testów mierzących pojemność pamięci roboczej oraz inteligencję płynną. Żeby nie było tak łatwo, podzielono ich na trzy grupy:
- Smartfon na biurku (ekranem do dołu).
- Smartfon w kieszeni lub torbie.
- Smartfon w innym pomieszczeniu.
Wszystkie telefony były wyciszone, więc nie generowały dźwiękowych ani wzrokowych powiadomień. Mimo tego wyniki były jednoznaczne – grupa, która zostawiła telefony w innym pokoju, znacząco wyprzedziła grupę mającą telefon na biurku, a także grupę trzymającą urządzenie w kieszeni. Stało się tak, że kiedy sprzęt jest w pobliżu, nasz mózg zużywa część procesów w aktywne ignorowanie urządzenia i powstrzymywanie się, by po nie nie sięgnąć. Kiedy natomiast telefon jest w innym pomieszczeniu, również te zasoby mogą zostać zużyte na rozwiązywanie zadań. Konkluzja jest zatem prosta – nasz smartfon „drenuje” mózg z energii potrzebnej do myślenia, nawet wtedy, gdy aktywnie z niego nie korzystamy. Zaskoczeni? Cóż, uczestnicy badania też byli, bo przed poznaniem wyników byli pewni, że lokalizacja telefonu nie ma żadnego znaczenia.
Jednak raczej nikogo nie zaskoczy już fakt, iż drenaż ten jest silniejszym im bardziej jesteśmy zależni od smartfona. Jeśli coraz bardziej polegamy na urządzeniu, upośledza to naszą zdolność do funkcjonowania bez niego, a nasze naturalne rezerwy poznawcze są coraz słabsze.
Cyfrowe przeciążenie ma także fizjologiczne skutki
Kiedy żyjemy w ciągłej ekspozycji na powiadomienia, w pewnym momencie nasz organizm przechodzi w stan permanentnej gotowości do akcji, co z kolei jest tożsame z reakcją na zagrożenie. To, co postrzegamy jako zwykłą notyfikację o wiadomości, nasze ciało traktuje jako czynnik stresowy. Efektem jest chroniczny stres i podwyższony poziom kortyzolu we krwi. Na krótką metę zwiększony kortyzol pomaga mobilizować energię, jednak kiedy oddziałuje na mózg cały czas, staje się toksyczny.
Badania neurologiczne wykazały, że chroniczny stres cyfrowy (połączony oczywiście z innymi czynnikami, bo nasze życie rzadko jest sielanką) prowadzi do wielu problemów, takich jak:
- problemy z koncentracją i zapamiętywaniem,
- reakcje lękowe,
- uczucie niepokoju,
- bardziej emocjonalne reakcje na nieistotne bodźce,
- zmęczenia decyzyjnego.
Tak, to właśnie ciągłe rozpraszanie może być jednym z istotnych czynników powstawania problemów z regulacją emocji i deficytami uwagi. Nasz mózg, zamiast rozwijać ścieżki głębokiego przetwarzania, musi szukać innej drogi, przestrajając się na powierzchowne reakcje, bo przez ciągłe interesowanie się alertami nie ma czasu na nic innego.
Powiadomienia zbudowane na architekturze manipulacji
Dla większości z nas takie szczegółowe wyniki badań, opisujące działanie powiadomień na mózg i organizm, mogą być niepokojącą nowością, zmuszającą (mam nadzieję) do zastanowienia się nad codziennymi nawykami. Dla twórców oprogramowania i aplikacji są z kolei prawdziwym paliwem napędowym. Jak już wcześniej ustaliliśmy, notyfikacje to zysk, dlatego muszą być jak najbardziej skuteczne.
I tu właśnie wchodzi czerwona kropka. Kolor nie jest przypadkowy, kojarzy nam się z alarmem, krwią, ogniem albo dojrzałym owocem, czyli ogólnie bodźcem, na który musimy natychmiast zareagować. Tak został zaprogramowany nasz mózg. Te niepozorne, czerwone kropki same w sobie generują miliardy godzin zaangażowania i to bez użycia ani jednego dźwięku. Widząc taki znaczek przy ikonie aplikacji, czujemy wewnętrzny przymus, żeby się go pozbyć.

To są świadome wybory projektowe (nazywane „dark patterns”), których celem jest nakłanianie użytkowników do działań niezgodnych z ich najlepszym interesem. Do tych mrocznych wzorców zalicza się nie tylko wspomniana kropka, ale też:
- Roach Motel – często spotykany przy subskrypcjach. Łatwo w nie wejść, podczas gdy rezygnacja z usługi jest ekstremalnie trudna. W efekcie tracimy czas i pieniądze.
- Confirm-shaming – polega na manipulacji emocjonalnej. Klikamy w coś, bo czujemy, że jeśli tego nie zrobimy, będziemy głupi lub gorsi. Skutkuje to poczuciem winy przy próbie rezygnacji lub ograniczenia użytkowania.
- Infinite Scroll – ciągłe ładowanie treści bez punktu końcowego. Kiedy strona nie ma końca, tracimy czas i wpadamy w tzw. „zombie scrolling”.
- Disguised Ads – reklamy udające treść redakcyjną lub przyciski nawigacyjne. Takie przypadkowe kliknięcia mogą skutkować dezinformacją.
- Forced Continuity – ukryte odnawianie subskrypcji po darmowym okresie próbnym, co skutkuje niechcianymi opłatami i trudnościami z odzyskiwaniem środków.
Wracając jednak do powiadomień. Twórcy aplikacji wiedzą, co robią. Celem rzadko jest nasze dobro i to, byśmy dowiedzieli się czegoś użytecznego lub sprawdzili, co dzieje się u znajomych. Alerty typu „X dodał post po raz pierwszy od tygodnia” służą jedynie nakłonieniu do otwarcia apki i utknięcia w niej na kolejne kilka(naście) minut.
Phubbing i Smombie, czyli o tym, jak powiadomienia niszczą społeczne relacje
Jeśli myśleliście, że negatywne skutki ograniczają się tylko do nas samych, to muszę was rozczarować – mogą one również przyczyniać się do niszczenia fundamentów interakcji międzyludzkich. Nie chcę tu niczego demonizować, bo to nie tak, że to jedyny czynnik, ale na pewno w dzisiejszym świecie trzeba zaliczyć go do tych bardziej istotnych.
Kiedy ciągle sprawdzamy lub chociaż myślimy o telefonie, ignorujemy osoby w naszym otoczeniu. Jest to forma ostracyzmu, która ma mierzalne negatywne skutki dla dobrostanu psychicznego ofiar. Właśnie to zjawisko nazywa się „phubbingiem” (skrzyżowanie słów phone i snubbing, czyli ignorowanie/lekceważenie kogoś). Wyobraźcie sobie sytuację – mówicie bliskiej osobie o czymś dla was istotnym, a ona nagle odwraca się i sprawdza powiadomienie na telefonie. Zresztą, nie musi nawet go sprawdzać, wystarczy, że rzuci okiem na urządzenie. Już samo to wybija nas z rytmu, przerywając nawiązaną wcześniej nić empatii i zrozumienia. Ofiary phubbingu zgłaszają obniżone poczucie przynależności, kontroli oraz sensu istnienia, bo im dłużej to trwa, czujemy się pominięci i mniej ważni od smartfona.

To zjawisko jest szczególnie alarmujące w relacjach rodzic-dziecko. Dzieci ignorowane przez rodziców z powodu telefonów wykazują wyższy poziom agresji reaktywnej, czują się mniej wspierane i częściej doświadczają problemów emocjonalnych w późniejszym życiu. W środowisku pracy phubbing ze strony przełożonego niszczy zaufanie i motywację zespołu, prowadząc do obniżenia wydajności całej organizacji.
Z kolei „smombie” (smartphone zombie) to osoby tak pochłonięte swoimi urządzeniami, że stają się niebezpieczne dla siebie i innych w przestrzeni publicznej, tracąc kontakt z otoczeniem. Stąd wypadki na drogach. Niby wszyscy wiedzą, że nie można korzystać z telefonu podczas jazdy, ale rokrocznie nadal jest to przyczyną naprawdę sporej ich liczby.
Dlaczego więc kochamy powiadomienia?
Smutna prawda jest taka, że nas tego nauczono. Młodsze pokolenia dorastają już w otoczeniu ciągłych alertów, wszechobecnych ekranów, presji na to, by być ze wszystkim na czasie. Tu wchodzi FOMO, czyli lęk przed przegapieniem czegoś, gdy nie jesteśmy online. Chcemy być na czasie, bo kiedy coś nas omija, czujemy się pominięci. Kolejne i następne powiadomienie wciąga nas w pętlę informacyjną, zmuszając nas do sięgania lub chociaż zerkania na telefon. To nie miłość, tylko uzależnienie. Nasz mózg potrzebuje impulsów dopaminy i poczucia bycia na bieżąco, ale cena, jaką za to płacimy jest ogromna. Nasza zdolność do głębokiej refleksji zanika, a wraz z nią kreatywne myślenie.
I wiecie, to nie tak, że powiadomienia same w sobie są złe, to stojące za nimi mechanizmy i algorytmy zmieniły je w coś szkodliwego. Niestety, na tym etapie nie ma już łatwych rozwiązań, bo mainstream nie chce nam ich dać. Nie jest jednak tak, że całkowicie nie da się niczego z tym zrobić. Na rynku dostępnych jest kilka niszowych rozwiązań, takich jak Light Phone 3, Mudita Kompakt czy Minimal Phone. Łączy je brak inwazyjnych powiadomień i nastawienie tylko na to, co kiedyś było istotą telefonu, czyli połączenia, wiadomości czy muzyka.
Rozumiem jednak, że nie każdy może sobie na to pozwolić. Obecnie smartfony są integralną częścią naszego życia. Przechowujemy na nich ważne dane, korzystamy z aplikacji bankowych czy uczelnianych. Ciężko jest więc przerzucić się na takie podstawowe – i często skrajne – rozwiązania.
Dlatego na koniec zostawiam was z zadaniem domowym, a nagrodę za jego wykonanie da wam wasz własny mózg. Bo mimo wszystko notyfikacje same w sobie nie są problemem – problem pojawia się dopiero wtedy, gdy przestajemy mieć nad nimi kontrolę. Dlatego w miarę możliwości starajcie się zostawiać telefon w drugim pokoju, gdy uczycie się, pracujecie albo czytacie książkę. Jeśli na początku to za dużo, trzymajcie go w kieszeni lub torbie, bo już samo zniknięcie z oczu dużo daje. Znajdźcie też chwilę na przejrzenie ustawień powiadomień i zastanówcie się, które z nich naprawdę są wam niezbędne. Już nawet wyeliminowanie kilku z nich może zmniejszyć liczbę codziennych rozpraszaczy.
Są to rzeczy, których nikt za nas nie zrobi, więc to my sami musimy świadomie wziąć sprawy w swoje ręce i nie bać się odłączenia od cyfrowego szumu. Tylko w ten sposób powstrzymamy pogłębianie się „głupoty” wywoływanej przez ciągłe bombardowania powiadomieniami.
