Sierżant Bernard w policyjnej służbie osiągał coraz lepsze wyniki – nie tylko w ściganiu uciekających z prokuratury złoczyńców. Czynność przyjmowania zawiadomień o dokonanym lub niedokonanym przestępstwie była w jego wykonaniu przedniej jakości.


Na dyżurach nocnych potrafił skutecznie zniechęcać do zawiadamiania policji. A to spojrzeniem przeszywającym na wylot, a to konfidencjonalną informacją, że praska policja ściga w tym momencie najgorszego zbója i nie ma czasu na duperele. Petent, zanim odszedł z kwitkiem, musiał wysłuchać kazania na temat ciężkiej pracy funkcjonariuszy, którzy zamiast zastawiania pułapki na przestępcę (groźnego, to oczywiste) byliby zmuszeni do przegrupowywania sił i koncentrowania się na rzeczach – z punktu widzenia interesu społecznego – całkiem błahych.


Sprawność w wysyłaniu obywateli na przysłowiowe drzewo została zauważona przez przełożonych. Doceniali oni sierżanta – w końcu nie ma lepszego sposobu podwyższenia wykrywalności jak nieprzyjmowanie „pierdół bez wyjścia na sprawcę”.


Sierżant miał jednak pewien problem, a mianowicie niewielką wiedzę policyjną. Dotychczas ukończył tylko skromniutki kurs podstawowy, zresztą z dosyć miernymi wynikami. Wiedzę czerpał tak naprawdę z rozmów z doświadczonymi kolegami w wolnych chwilach na komendzie. Niestety, ten rodzaj korepetycji drożał w miarę... polewania. Poza tym doświadczeni koledzy zmieniali język z prawniczo-kryminalistycznego na mowę mocno potoczną z dużą naleciałością łaciny.


Sierżantem Bernard został w wyniku fuksa, bo ktoś, zmieniając przepisy, czegoś nie dopatrzył, i z wojskowego kaprala zrobiono go od razu sierżantem, z poziomem wiedzy posterunkowego. Tymczasem on marzył o prawdziwym policyjnym kształceniu – o szkole podoficerskiej, aspiranckiej i – szczyt  marzeń – szkole oficerskiej.


W trzecim roku służby Bernarda, stołeczny generał, co go przywiało ze Szczecina, spowodował, że w Wyższej Szkole Policyjnej rozszerzono nabór specjalnie dla warszawiaków. Pojawiła się szansa dla Bernarda, który nie zamierzał jej zaprzepaścić. Wykazując się poparciem przełożonych i sprytem własnym, został dopuszczony do egzaminu kwalifikującego na podchorążego policji.


Wraz z bardzo liczną grupą kandydatów na przyszłych oficerów czekał przed drzwiami sali, gdzie komisja egzaminacyjna odprawiała kolejne osoby z kwitkiem. Zdecydowana większość wychodziła ze słowami na ustach: „po cholerę tu przyjeżdżałem? Strata czasu”.


W miarę oddalania się od egzaminatorów używali słów znacznie prostszych i jednocześnie znacznie bardziej dosadnych. W końcu przyszedł czas na Bernarda – został wezwany tubalnym głosem przez jednego z członków komisji. Przyszły gwiazdor stołecznej policji (to ocena redakcji, nie samego felietonisty – przyp. red.) wkroczył na wacianych nogach do obszernej sali.


Szanowna komisja składała się z czterech wyższych oficerów, w tym trzech „szczytnowskich”. Przewodniczył jej kierownik jakiejś katedry z tej kuźni policyjnej. Ten był najważniejszy, taki bóg-car policyjnych karier w początkowej fazie. Jego mało sympatyczna fizjonomia sugerowała, że wykształcił już kilka pokoleń oficerów, będących zbrojnym ramieniem pewnej partii. Było wielce prawdopodobne, że rozpoczynał swą drogę jeszcze za czasów PPR (może nawet znał Nowotkę?).


Czwartym członkiem jury, przepraszam – komisji był szef szkolenia ze stołecznej policji nadkomisarz Applebaum.


Pierwsze pytanie do kandydata dotyczyło spraw dochodzeniowo-śledczych. Ten zaczął odpowiadać dynamicznie i z niejakim sensem. Tyle że komisja musiała odpytać z szeregu innych dziedzin. Na większość pytań Bernard – niestety – nie znał odpowiedzi. Wypadał coraz bardziej blado, starając się wydukać cokolwiek – zapętlał się, mówiąc o działaniach taktycznych policji, o postępowaniu mandatowym i wykroczeniach. Ba, nawet nie rozróżniał pałek policyjnych (a kto niby rozróżnia?).


Po jednej z odpowiedzi zapadła nieprzyjemna cisza. Sierżant spodziewał się usłyszeć: „wracaj, skąd przyjechałeś”. Ale nic takiego nie padało. Było cicho i nawet muchy nie zakłócały tej szczególnej chwili.


Nagle ciszę przerwał naczelnik stołecznej szkoleniówki, zwracając się  do komisji: „Czy mogę zadać sierżantowi pytanie dodatkowe?”.


Dało się wyczuć atmosferę oficjalną i podniosłą. Być może utrącono już zbyt wielu kandydatów ze stołecznego klucza?


Odpowiedział mu jeden ze „szczytnowskich”. „No, nie dosyć że marnie, to tak jednostronnie jest przygotowany do egzaminu, że chyba szkoda czasu” – chłodno zabrzmiały jego słowa.


Przewodniczący komisji spojrzał po wszystkich egzaminatorach, następnie na zdezorientowanego Bernarda i zezwolił znudzonym głosem: „No to proszę mu zadać, będziemy mieli go z bańki”.


Wtedy nadkomisarz Applebaum krzyknął: „sierżancie, proszę wstać!”. Przerażony sierżant dźwignął się dynamicznie z krzesła, sądząc, że usłyszy następujący wyrok: rejonówka. A potem dostanie solidny ochrzan.


Tymczasem nadkomisarz powiedział coś zupełnie nieoczekiwanego: Tak powinien wyglądać oficer nowej polskiej policji!


A nie zapominajmy, że on – jak mało kto – znał się na rzeczy, i odróżniał ziarno od plew. Na sali egzaminacyjnej zapadła grobowa cisza. Konsternacja. Kandydat opuścił głowę tak nisko, jak tylko mógł i poczuł, jak kropelki potu spływają mu za kołnierz. I wtedy usłyszał to, co usłyszeć pragnął: „Witamy w policyjnej Alma Mater. Witamy w Szczytnie”.