Prawdziwe potęgi kosmicznego rynku – USA, Rosja, Francja i Wielka Brytania – nie przystąpiły do niego. Co więcej, Amerykanie w 2015 r. uznali, że ich firmy wykorzystujące
zasoby pozaziemskie mają prawo do czerpania z tego zysków na wyłączność (byle tylko płaciły podatki). Przypomina to trochę sytuację z kolonizacją Dzikiego Zachodu gorączką złota – kto pierwszy, ten lepszy.

MARS SPÓŁKA Z O.O.

Prywatyzacja może poważnie zaszkodzić idei demokratycznej eksploracji kosmosu. O ile bowiem wysłanie małego satelity na orbitę jest dziś w zasięgu możliwości nawet małych firm czy organizacji studenckich, to już dalekosiężne plany budowania kolonii pozaziemskich wymagają gigantycznego kapitału. Ten zaś rządzi się swoimi prawami. „Jeśli plany Elona Muska się spełnią, pierwsza kolonia na Marsie będzie sponsorowana przez prywatną firmę. Oznacza to, że w takiej kolonii będą respektowane prawa tej firmy, a priorytetem będzie zarabianie” – przewiduje w książce „Człowiek – istota kosmiczna” dr Grzegorz Brona, fizyk i były szef Polskiej Agencji Kosmicznej. „Trudno odmówić Muskowi pięknych idei, ale prędzej czy później pojawią się inwestorzy i zapytają o zwrot z zainwestowanego kapitału. Po 100 latach taka kolonia będzie liczyła tysiące, może miliony ludzi. Prywatna firma stanie się wówczas nowym bytem. Państwem w kosmosie”.

Do czego może być zdolne prywatne państwo nastawione na zysk? W książkach z cyklu „The Expanse” i serialu na nich opartym kosmiczne korporacje mają siły zbrojne i potrafią wywołać międzyplanetarną wojnę tylko po to, by zwiększyć przychody. Dlatego ściślejsze prawo regulujące działalność komercyjną w kosmosie jest potrzebne już dziś. Inaczej za kilkadziesiąt lat możemy mieć z kosmosem równie wielkie problemy, jakie dziś stwarza nam słabo kontrolowany przez przepisy internet.

Marcin Bójko – dziennikarz specjalizujący się w naukach ścisłych i nowych technologiach, z wykształcenia – matematyk