Słońce starzeje się tam samo jak my wszyscy. Pewnego dnia wypali całe paliwo wodorowe w swoim rdzeniu. Za 5 lub 6 miliardów lat strefa fuzji wodorowej zacznie się powoli poszerzać, aż temperatury spadną poniżej 10 milionów stopni. Wtedy wodorowy reaktor fuzyjny w środku Słońca po prostu się wyłączy. Po setkach milionów lat własna grawitacja Słońca spowoduje skurczenie się jego bogatego w hel rdzenia. Popiół wodorowego ognia stanie się paliwem i w Słońcu rozpocznie się druga runda reakcji fuzyjnych. To da naszej gwieździe jeszcze kilkaset milionów lat życia. Powstałe w wyniku reakcji tlen i węgiel dostarczą Słońcu dodatkowej energii, dzięki której nadal będzie świecić. Potem z żółtego karła zmieni się w czerwonego olbrzyma. Zmniejszy to jego siłę przyciągania względem Wenus i Ziemi, co sprawi, że oddalą się na bezpieczniejszą odległość – na pewien czas. To wielkie czerwone Słońce pożre natomiast Merkurego.

Chcemy, aby nasz kolejny dom znajdował się w bezpieczniejszej odległości od Słońca. Nie będzie to więc Mars ani Jowisz czy Saturn. Nie Uran, nie Neptun, których pochmurne powierzchnie dręczyć będą nieustanne pioruny. Choć może się nam zdawać, że kończą nam się dostępne światy, w Układzie Słonecznym pozostaje Tryton, jeden z księżyców Neptuna.

 

ŚWIAT TRYTONA

Nazwany imieniem greckiego bóstwa morskiego Tryton skorzysta znacznie, przynajmniej z naszego punktu widzenia, na transformacji Słońca w czerwonego olbrzyma. Gdy Słońce się rozszerzy, Tryton zmieni się w miejsce z przypominającymi Alpy szczytami, pokrytymi śniegiem zabarwionym na różowo przez wielką czerwoną gwiazdę na niebie, siedem razy większą niż nasze Słońce obecnie. Kiedy ciepło czerwonego olbrzyma stopi amoniakowy i wodny lód na tym się nagie i okaże się małym białym karłem, któremu nie starczy energii, by ogrzać garstkę swoich pozostałych dzieci. Księżyce na obrzeżach Układu Słonecznego – a wraz z nimi Tryton – znów zamarzną. Jeśli więc szukamy nowego domu na dłuższą metę – na przykład na więcej niż kilkaset milionów lat – musimy udać się jeszcze dalej. Opuścić nasz Układ Słoneczny i wyruszyć w podróż po szerokim oceanie przestrzeni międzygwiezdnej.

 

 

KOSMICZNE ŻAGLOWCE

Jak tego dokonać? Gwiazdy są tak odległe, że potrzeba by statków, w których ludzkie załogi przeżyłyby dłużej niż kiedykolwiek do tej pory. Najbliższa gwiazda, Proxima Centauri, znajduje się cztery lata świetlne stąd. To blisko 40 bilionów kilometrów. Gdyby sonda Voyager 1, poruszająca się z niezłą prędkością 62 tysięcy kilometrów na godzinę, leciała do Proximy Centauri, podróż zajęłaby jej 73 tysiące lat. A to tylko najbliższa z setek miliardów gwiazd w naszej galaktyce. Jeśli chcemy przetrwać jako gatunek dłużej niż nasza planeta, musimy wykorzystać naszą wiedzę o przyrodzie i zbudować żaglowce, które pchać będzie światło. Wyobraźcie sobie flotę ogromnych okrętów z masztami długości wielu kilometrów. Gdy w ich majestatyczne żagle uderzy foton światła, popchnie je lekko do przodu. Żagle są ogromne, ale bardzo cienkie. To oznacza, że w próżni kosmicznej nawet drobny foton zwiększy ich prędkość, aż poruszać się będą ze znaczącym ułamkiem prędkości światła.

Gdy statki oddalą się od domu na tyle, że Słońce stanie się tylko jedną z wielu gwiazd na niebie, mogą zostawić za sobą potężne boje laserowe. Wyobrażam sobie, że początkowo kołyszą się, aż ustabilizują je atomowe silniki. Wyemitują promienie światła laserowego, przecinające przestrzeń, by wylądować na żaglach. To jak kosmiczny pokaz świateł. Lasery zdadzą egzamin, gdy światło
rodzimej gwiazdy za bardzo przygaśnie. Gdybyśmy mieli w ten sposób pożeglować do Proximy Centauri, zajęłoby to nie 73 tysiące, ale 80 lat.