Nie ma to jak łyk chłodnej, gazowanej wody, aby ugasić pragnienie. Albo dodatek ulubionego słodkiego napoju do obiadu. Czy jednak to uczucie jest dziś warte biegania ze zgrzewką wody, przechowywania nienaruszonych butelek, a później biegania z nimi do niekoniecznie działających butelkomatów, aby odzyskać część pieniędzy z zakupu?
Co to saturator i o czym trzeba pamiętać?
Saturator nie jest sprzętem, którego zakup wywraca kuchnię do góry nogami. Nie wymaga bowiem żadnego remontu czy podłączenia do instalacji wodnej, a zależnie od Waszego podejścia, nie zmienia też nawyków żywieniowych. Stoi na blacie, działa bez prądu w większości popularnych modeli i robi dokładnie jedną rzecz: pozwala nagazować zwykłą wodę wtedy, kiedy faktycznie mamy na nią ochotę. Tego typu prostota sprawia, że po kilku latach trudno mi traktować go jako byle kuchenny gadżet, bo jest to jeden z tych sprzętów, które pozwalają zaoszczędzić pieniądze, nerwy, czas i ułatwić wybieranie wody zamiast słodzonych napojów.

Wchodząc w szczegóły, saturator to proste i bezpieczne w działaniu urządzenie do nasycania czystej wody (i tylko takiej wody) dwutlenkiem węgla. W praktyce wkładamy do niego specjalną butelkę z wodą, dociskamy przycisk lub dźwignię kilka razy, a sprzęt wtłacza do środka dwutlenek węgla (CO2) z cylindra. Po kilku sekundach mamy wodę gazowaną o takiej intensywności, jaką sami wybierzemy, a im chłodniejsza jest woda, tym lepszy efekt można uzyskać. Jedno krótkie naciśnięcie daje delikatny efekt, kilka kolejnych robi z tego napój znacznie bliższy mocno gazowanej wodzie sklepowej. Nie próbujcie jednak gazować czegokolwiek innego albo próbować “odświeżyć” otwarty wcześniej napój – wtedy tylko zalejecie blat przez natychmiastowe reagowanie CO2 z cząsteczkami dodatku w wodzie.

To akurat warto podkreślić dwa razy – saturator gazuje wyłącznie czystą wodę, a nie wszystko, co akurat mamy pod ręką. Oznacza to, że robiąc sobie domowe napoje gazowane, najpierw gazujemy wodę, a dopiero później dodajemy syrop, sok z cytryny, koncentrat lub inny dodatek smakowy. W przeciwnym razie można zrobić sobie niepotrzebny bałagan doprowadzając do niekontrolowanego pienienia, a nawet zapchać prosty mechanizm dyszy. Uważajcie też na rodzaje butelek, bo stosownymi przejściówkami możecie obejść np. problem stosowania szklanych butelek w nieprzystosowanych do nich saturatorach, ale to tylko proszenie się o kłopoty. W grę wchodzi bowiem zabawa stosunkowo wysokim ciśnieniem przy wtłaczaniu CO2 do wody, a nikt nie chciałby zapewne roztrzaskanej butelki szklanej w kuchni.
Saturator to dla mnie droga do wolności i lepszych nawyków
Korzystając od dłuższego czasu z saturatora, wyrobiłem w sobie wiele cennych nawyków. Najbardziej cieszę się z tego, że od tego czasu nigdy nie kupiłem puszki czy butelki ulubionego napoju do domu. Syropy? Tak – te zamawiam średnio raz na kwartał przy byle promocji, a następnie chowam te zamknięte w półce, a raz otworzone w lodówce, ale na szczęście nie zajmują one tak dużo miejsca, jak wielkie 2-litrowe butle.

Z punktu widzenia zdrowia podoba mi się z kolei przyzwyczajenie ciągłego uzupełniania i rotowania butelek pełnych wody z kranu w lodówce. Chcę się czegoś napić? No to sięgam po schłodzoną wodę i ewentualnie ją gazuję, a że z natury człowiek jest leniwy, to zwykle nie dodaję do niej żadnego syropu. Po prostu mi się nie chcę. Nie daję się więc kusić na co dzień słodzonym napojem, a to akurat coś, co pozytywnie odbija się na formie i zdrowiu.
Tego typu bariera jest swoją drogą fascynująca, bo z jednej strony mamy ot proste sięgnięcie po kuszące dwulitrowe Pepsi, które trzeba przecież szybko wypić, a z drugiej cały proces. Przy korzystaniu z saturatora pojawia się przecież konieczność wyciągnięcia butelki z lodówki, nagazowania obecnej w niej wody, dodania do tej wody syropu, a następnie umycia butelki, uzupełnienia jej wodą i włożenia jej z powrotem do lodówki. Taka bariera działa nawet w sklepie, bo przecież nie kupisz napoju w wygodnej formie, kiedy w domu masz przecież narzędzia, żeby go stworzyć.
Czy saturator się opłaca?
Poziom wejścia w świat saturatorów jest wysoki. Bez promocji mówimy bowiem o wydaniu kilkuset złotych na sprzęt i syropy, co nie wypada zbyt korzystnie na tle np. kupowania napojów w sklepie. No, chyba że sprawdzicie ostatnie rachunki i wydatki właśnie na wodę gazowaną i to niekoniecznie tylko słodkie napoje. Wtedy okazuje się, że wydatek na saturator może zwrócić się w ciągu kilku miesięcy, a nawet tygodni i to pomijając zalety związane z brakiem konieczności noszenia ciężkich zgrzewek ze sklepu i pustych butelek do sklepu. Na zabawę z saturatorem trzeba jednak regularnie płacić.

Wymiana zużytego cylindra na napełniony kosztuje dziś około 29,99 zł w przypadku SodaStreama i 39,99 zł w oficjalnym sklepie Dafi, ale są spore szanse, że w swoich wsiach czy miastach znajdziecie tańsze oferty. Przy deklarowanej wydajności do 60 litrów oznacza to odpowiednio około 0,5 zł albo 0,67 zł za litr samej wody gazowanej, choć jest to zależne od systemu i intensywności gazowania. Z kolei cena syropów to zwykle okolice 18-30 zł za butelkę poza jakimikolwiek promocjami. W przypadku SodaStreamu 440 ml koncentratu daje do 9 litrów gotowego napoju, a w przypadku Dafi 500 ml wystarcza na około 10 litrów. Po doliczeniu gazu wychodzi więc najczęściej około 2,5-3,7 zł za litr domowego napoju smakowego.
Nie wygląda to źle na tle ceny około 1,5-2,2 zł za litr wody gazowanej w butelce albo około 5,5 zł za litr Pepsi przy standardowej cenie butelki o pojemności 2 litra. Sama woda z saturatora jest jednak tańsza przede wszystkim w zakresie wygody kupowania w butelkach, a napoje z syropem zaczynają mieć sens wtedy, gdy porównujemy je z gotowymi, markowymi napojami gazowanymi.

Cała opłacalność z posiadania i wykorzystywania saturatora jest też niszczona w momencie, kiedy nie korzystacie z wody pochodzącej prosto z kranu (albo dzbanka/systemu filtrującego), bo np. z jakiegoś powodu jej nie lubicie. Wtedy jesteście zmuszeni do sięgania po wodę źródlaną w butelkach, a to zabija cały sens i wygodę posiadania saturatora. W takich scenariuszach lepiej już kupować gazowaną wodę i syropy osobno, oszczędzając ot na słodkich napojach.
Nie tylko SodaStream. Pamiętajcie o polskiej firmie Dafi
Gdyby nie to, że saturator miałem już dawniej, to dziś zainteresowałbym się nie zagranicznym (izraelskim) SodaStreamem, a polskim biało-czerwonym krukiem w postaci marki Dafi (należy do firmy Formaster z Kielc) oraz jej saturatorem PushAir, który zadebiutował w połowie 2024 roku.

Oczywiście nie są to systemy identyczne i SodaStream wygrywa na wielu polach (m.in. wygodzie systemu Quick Connect, większej liczbie modeli, butelkach o pojemności do 1 litra vs 0,7 litra, szerszej dostępności akcesoriów i bardziej rozpoznawalnym systemie wymiany cylindrów), ale jednak lepiej wspierać polską firmę, płacącą podatki w naszym kraju. Zwłaszcza że choć SodaStream kusi też zwłaszcza opcją mycia w zmywarce, to sam tej opcji nie polecam. W przypadku moich butelek pod czarną obudową u nasady zaczął zbierać się dziwny osad, którego nie da się usunąć. Najpewniej trafiła tam woda z cyklu zmywania, kiedy tworzywo w wyższej temperaturze uległo zmiękczeniu i otworzyło drogę dla zabrudzeń. Zaznaczę tutaj tylko, że nie przekraczałem jednak temperatury 70 stopni, ale może po prostu trafiłem na felerną partię butelek.
Mimo tego PushAir ma jeden argument, którego nie warto ignorować: stoi za nim polska marka Dafi, należąca do firmy Formaster z Kielc. Jeżeli więc ktoś chce ograniczyć kupowanie wody w plastiku, a przy okazji wesprzeć krajowego producenta, to PushAir jest znacznie ciekawszą alternatywą niż mogłoby się wydawać po samej rozpoznawalności marek. Zwłaszcza że możecie korzystać z PushAir, ale kupować dowolne syropy, które Wam smakują. Naprawdę – tego nikt nie sprawdza.

