5 sierpnia 1944 r. rozpoczęła się rzeź Woli. Hitlerowcy wymordowali w kilka dni 50–60 tys. warszawiaków. Prym wśród zbrodniarzy wiodła jednostka SS nosząca od nazwiska swojego dowódcy miano „Dirlewanger”. Oskar Dirlewanger żołnierzy rekrutował najpierw spośród kłusowników, a potem z kryminalistów. On sam, doktor nauk politycznych, skazany był w latach 30. za czyny nierządne na 14-letniej dziewczynce. Po odbytej karze postanowił się zrehabilitować w oczach wodza III Rzeszy: najpierw w Hiszpanii w Legionie Condor, a następnie na froncie wschodnim. Rzeź Woli nie była jedynym „dokonaniem” Dirlewangera podczas powstania warszawskiego. Miał też na sumieniu tysiące ofiar na Starym Mieście, Powiślu i Czerniakowie. Jego okrucieństwo było wręcz niewyobrażalne.

Dowiedz się więcej o Powstaniu Warszawskim

„Dirlewanger stał ze swoimi ludźmi i się śmiał. Przez plac pędzili pielęgniarki z tego lazaretu, nagie, z rękami na głowie. Po nogach ciekła im krew. Za nimi ciągnęli lekarza z pętlą na szyi. Miał na sobie kawałek szmaty, czerwonej, może od krwi, i kolczastą koronę na głowie. Szli pod szubienicę, na której kołysało się już kilka ciał. Kiedy wieszali jedną z sióstr, Dirlewanger odkopnął jej cegły spod nóg” – wspominał po latach Mathias Schenk. To Belg, wtedy 18-letni, który dość przypadkowo znalazł się w Warszawie. Hitlerowcy zrobili z niego sapera szturmowego, który torował drogę dirlewangerowcom. „Wysadziliśmy drzwi, chyba do szkoły. Dzieci stały w holu i na schodach. Dużo dzieci. Rączki w górze. Patrzyliśmy na nie kilka chwil, zanim wpadł Dirlewanger. Kazał zabić. Rozstrzelali je, a potem po nich chodzili i rozbijali główki kolbami. Krew ciekła po tych schodach. Tam w pobliżu jest teraz tablica, że zginęło 350 dzieci. Myślę, że było ich więcej, z 500” – wspominał Schenk masakrę w Warszawie.

KRZYŻ RYCERSKI

Ewa Lella była sanitariuszką w powstaniu warszawskim. Kiedy trafiła do niewoli, poznała Dirlewangera. „Szczupły, wysoki, kościsty” – wspominała. Pamięta też, jak Dirlewanger chciał jej „wspaniałomyślnie” pomóc, gdy nie miała butów. „Jak byłyśmy w pałacu Brühla (...) mówi do mnie: »Komm, komm, kleine«. Poszedł ze mną na górę. Piękne nasze rzeczy, przepiękne dzieła sztuki – to wszystko było zmagazynowane. To wszystko było wywożone. On o tym decydował, gdzie na pewno te rzeczy idą. Pokazał mi buty, założyłam na nogi, to mu za ładnie wyglądały, kazał mi je zdejmować. W końcu się zdenerwowałam: »To i tak wszystko nasze. To jest moje, z mojej Warszawy. Nie chcę nic od pana, żadnego buta, to będę boso chodziła«. »To będziesz chodziła«, on takim łamanym ruskim językiem do mnie mówił”. W niewoli Ewa Lella musiała wynosić zmasakrowane zwłoki ze Szpitala Wolskiego.

Dla Polaków Dirlewanger stał się uosobieniem zła. Nawet przełożeni uważali ludzi z jego jednostki za „gromadę świń, a nie żołnierzy”. Tak twierdził Brigadeführer SS Ernst Rode z niemieckiego sztabu. Zbulwersowany zbrodniami SS „Dirlewanger” szef Naczelnego Dowództwa Wojsk Lądowych Heinz Guderian próbował interweniować u Hitlera. A po wojnie sam Erich von dem Bach-Zelewski, kierujący esesmanami tłumiącymi powstanie, nazwał dirlewangerowców zbrodniarzami. Ale co z tego, skoro za wykazane w Warszawie „taktyczne zdolności, odwagę i zimną krew” we wrześniu 1944 r. dowództwo uhonorowało Dirlewangera najwyższym odznaczeniem: Krzyżem Rycerskim Krzyża Żelaznego. Wielu dirlewangerowców uniknęło po wojnie sprawiedliwości. Sam Dirlewanger też nie stanął przed sądem. Ale on po prostu nie zdążył.

SKATOWANY ZBRODNIARZ

„Kariera Dirlewangera miała taki koniec, na jaki zasługiwała, ale na nieszczęście nastąpił on o wiele za późno. Osobiście ustanowił barbarzyńską karę, polegającą na powolnym smażeniu człowieka nad ogniem. Dirlewangera znaleziono powieszonego na drzewie, głową w dół, sczerniałego jak przypalony tost. Polscy partyzanci opowiadali, że zrobili to ludzie z jego własnej brygady. Wrzeszczał przez cztery i pół godziny. (...) Gdzieś w Polsce ponoć znajduje się obraz, ukazujący to wydarzenie. Wyraźnie widać na nim twarz Dirlewangera tuż nad płomieniami. To było 21 stycznia 1945”  – pisze Sven Hassel w „Gestapo”. 

Hassel jest byłym duńskim żołnierzem Wehrmachtu, ale jego książka to powieść. Wcale nie wyjawia prawdy o śmierci Dirlewangera, choć tak mogli uważać czytelnicy. Na stronie Muzeum Powstania Warszawskiego czytamy o końcu zbrodniarza: „W 1945, pod koniec wojny, ginie w tajemniczych okolicznościach”. W książce „Powstanie ’44” prof. Norman Davies stwierdza z kolei, że Dirlewangera „schwytały francuskie oddziały okupacyjne, został rozpoznany przez polskich jeńców i w niejasnych okolicznościach pobity tak dotkliwie, że zmarł na skutek pęknięcia czaszki”. Podobnie prof. Paweł Wieczorkiewicz w „Historii politycznej Polski 1935–1945” napisał, że Dirlewanger „został po wojnie, jako podejrzany o popełnienie zbrodni wojennych, osadzony we francuskim więzieniu wojskowym. Dopadli go tam podstępem Polacy (byli żołnierze powstania?) i zakatowali na śmierć”.