Osiem godzin snu, osiem godzin pracy, osiem godzin odpoczynku. To niemal w czystej postaci definicja „work- -life balance”, modnego nurtu, o którym usłyszymy od niejednego trenera biznesu uczącego pracowników korporacji harmonii między życiem zawodowym i rodzinnym. Tyle że po raz pierwszy zasadę tę sformułował nie coach, ale święty Benedykt. Ten żyjący na przełomie V i VI wieku mnich, wzorując się na filozofii Wschodu, stworzył i rozwinął zasadę „Ora et labora”.

Członkowie założonego przez świętego Benedyktyna zakonu – jednego z najpotężniejszych w dziejach chrześcijaństwa – choć sami praktykowali i praktykują ubóstwo – okazywali się przez wieki świetnymi przedsiębiorcami. To właśnie benedyktyni wprowadzali pionierskie rozwiązania w dziedzinie rozwoju europejskiego ogrodnictwa, zielarstwa, rzemiosła artystycznego, budownictwa czy służby zdrowia. Ich praktykowana od wczesnego średniowiecza reguła w ostatnich latach zainteresowała nie tylko osoby, które szukają pogłębienia swojej wiary, ale również coachów, psychologów i terapeutów. Zresztą nie tylko ich. W maju 2005 r. telewizja BBC wyemitowała reality show pod tytułem „Klasztor”. Jego bohaterami było pięciu mężczyzn: Tony, Gary, Anthoney, Nick oraz Peter. Na czterdzieści dni i nocy postanowili oni zamieszkać w benedyktyńskim opactwie Worth w południowo-wschodniej Anglii.

Przez ten czas przestrzegali reguł monastycznego życia na tych samych zasadach, co prawdziwi mnisi. Był wszakże jeden wyjątek – przez cały czas towarzyszyły im kamery, dzięki czemu ich duchowe zmagania oglądały miliony widzów. Bohaterowie programu byli bardzo różni i pochodzili z odmiennych środowisk. Anthoney był prawnikiem, Nick fascynował się buddyzmem i kończył pisać doktorat, Tony produkował spoty do czatu erotycznego. Program osiągnął wielką popularność, zdobył ponad trzy miliony widzów. W efekcie przełożony opactwa postanowił napisać książkę „Odnaleźć schronienie. Monastyczna droga w codziennym życiu”, kierowaną m.in. do widzów programu. Stała się międzynarodowym bestsellerem. „Okazało się, że sprawdzona przez wielowiekową tradycję droga monastycyzmu pociąga nie tylko osoby, które szukają pogłębienia swojej wiary, ale również tych, którzy czują, że omija ich w życiu to, co naprawdę ważne” – twierdzi o. Christopher Jamison.

Po ponad miesiącu klasztornego życia cała piątka uczestników zgodnie stwierdziła, że ich życie zmieniło się na lepsze. I bynajmniej nie stali się nagle żarliwymi katolikami – po prostu stały rytm dobowy, odpowiednie zarządzanie czasem, zmniejszenie liczby bodźców zewnętrznych i harmonia, w której starali się funkcjonować, pozwoliły im poukładać życie i poprawić relacje z innymi.

DUCHOWOŚĆ BEZ RELIGII

Twórcy reality show pokazali światu to, co naukowcy odkryli już dawno. Według badań ludzie, którzy mają regularny kontakt z duchowością, są szczęśliwsi, pogodniejsi  i żyją dłużej. Kierowanie się zasadami etycznymi w zarządzaniu i wprowadzenie wartości pozaekonomicznych w działalności biznesowej podnosi wyniki finansowe. A wprowadzenie elementów duchowości w opiece nad chorym poprawia rezultaty leczenia – dlatego obecnie zajęcia z duchowości prowadzone są w około 80 procentach amerykańskich uczelni medycznych. Oczywiście, tak rozumiana duchowość nie zawsze oznacza religijności. Równie pomocne co tradycyjne modły w kościele okazują się zajęcia z jogi, medytacje inspirowane filozofią Wschodu czy po prostu poznawanie różnych systemów etycznych i – choćby teoretyczna – próba ich odniesienia do naszej sytuacji życiowej.

 

Jak podkreśla Jarosław Gibas, socjolog, trener, autor książek specjalizujący się w pozareligijnym wykorzystywaniu technik medytacyjnych Wschodu, w badaniach przeprowadzonych w USA przez Instytut Gallupa połowa Amerykanów określiła się jako osoby religijne, ale aż 33 proc. kolejnych przyznało, że uważają się za osoby duchowe, ale niezwiązane z żadną religią. W przypadku młodego pokolenia Y do duchowości pozareligijnej przyznaje się aż 72 proc. ankietowanych. „Współczesny człowiek coraz częściej na swój własny użytek eksploruje ideę, że rzeczywistość nie kończy się wyłącznie na świecie materialnym, że może istnieć i istnieje coś więcej. I nie potrzebuje do tego tradycyjnej religii” – mówi Gibas.

METAFIZYKA POD LUPĄ

Czymże jest zatem owa uniwersalnie rozumiana duchowość, która niekoniecznie przybiera postać znaną nam z tradycyjnych Kościołów? Według specjalistów składają się trzy czynniki: postawa religijna (a więc stosunek do Istoty Najwyższej i wypływające z niej skutki dla naszego życia), wrażliwość etyczna (w tym troska o los innych) oraz poszukiwanie harmonii ze światem. Niektórzy badacze dorzucają do tego jeszcze samorozwój. Jak widać, komponent ściśle religijny jest tylko jednym z wielu. Duchowość nie musi nawet zakładać wiary w Boga czy życie pozagrobowe – może być po prostu odniesieniem do jakiejś szerszej niż materialna rzeczywistości czy idei. Naukowcy z Uniwersytetu Opolskiego postanowili się przyjrzeć, jak życie duchowe wpływa na rokowania pacjentów chorych na nowotwór.

Zespół pod kierownictwem prof. Dariusza Kroka, psychologa, członka The International Association for the Psychology of Religion, przebadał 182 Polaków (95 kobiet i 87 męż- czyzn) w wieku od 33 do 62 lat. Okazało się, że regularna modlitwa, medytacja czy po prostu rozważania metafizyczne znacząco obniżają u pacjentów poziom stresu. W dodatku człowiek uduchowiony przyjmuje lepszą z punktu widzenia medycznego strategię walki z chorobą. W pierwszej fazie nastawia się na działanie, koncentruje na rozwiązaniu problemu, stara się zrozumieć sytuację i sprawdzić, co może w niej zrobić. To podnosi poczucie kontroli nad sytuacją i co za tym idzie, poprawia samopoczucie.

Może to się wydawać dziwne – potocznie często kojarzy się ludzi religijnych jako biernych, pogodzonych z losem, który jawi się im jako niezmienialna wola Boża. Tymczasem głębsza analiza postaw osób uduchowionych wskazuje na coś odwrotnego – trudna sytuacja, w jakiej się znaleźli, jawi im się jako wyzwanie, a nie fatum. Naukowcy z Opola przyjrzeli się też chorym, dla których z punktu widzenia medycyny nie ma nadziei na wyzdrowienie. Jak w obliczu wiadomości o złych rokowaniach zachowuje się osoba uduchowiona, a jak niereligijna? Okazuje się, że także w ekstremalnej sytuacji ci pierwsi przyjmują postawę właściwszą z punktu widzenia medycznego. Otóż zaczynają oni dążyć do kontaktów interpersonalnych i towarzyskich, co stwarza im okazję do otrzymania wsparcia od innych. Dochodzi do pozytywnego przewartościowania choroby. O ile pacjenci niereligijni, często pod wpływem lekarzy, w nie do końca racjonalny sposób obwiniają się z powodu swojej choroby, przypisując ją złym genom albo niezdrowemu trybowi życia, o tyle osoby uduchowione podobnych obciążających myśli nie mają.

U nich dominuje myślenie, że – mimo wszystko – Bóg (lub jakaś Siła Wyższa) nie stracił kontroli nad światem i że ich trudne doświadczenie czemuś służy. „Wzrost poziomu duchowości wiąże się w tym przypadku z obniżeniem zachowań lękowych i zmniejszeniem myślenia pesymistycznego” – mówi ks. dr Jacek Prusak, psychoterapeuta, który prezentował wyniki badań opolskich naukowców na jednej z konferencji medycznych. Osoby uduchowione są mniej bierne, traktują bowiem chorobę jako wolę Boga, którą trzeba odczytać i na nią odpowiedzieć. „Myślą: nawet jeśli dane mi już zostało niewiele czasu, muszę coś sensownego z tym czasem zrobić” – dodaje ks. dr Prusak. Z kolei dr Beata Mackiewicz i Monika Tyszkiewicz z Pomorskiego Uniwersytetu Medycznego w Szczecinie zbadały, jak na walkę z chorobą wpływa modlitwa.

 

Okazało się, że ludzie, którzy się zwracają do Istoty Wyższej, mają poczucie bycia wysłuchanym i zrozumianym, a to redukuje im napięcie psychiczne oraz stres. W dodatku modlitwa staje się okazją do dania upustu emocjom, których tłumienie zawsze negatywnie odbija się na zdrowiu. Zdaniem ks. dr. Prusaka, jest to ważne zwłaszcza w przypadku mężczyzn. „Przyjęło się mówić, że mężczyzna płacze tylko w dwóch sytuacjach: nad trumną swojej matki i przy wódce. Okazuje się, że płacz jest dla nich dopuszczalny jeszcze w trzeciej, mniej ekstremalnej sytuacji – właśnie podczas modlitwy, jeżeli oczywiście nikt postronny tego nie widzi” – mówi dr Prusak.

Modlitwa, podczas której chorzy dają upust swoim trudnym emocjom, zapobiega poczuciu winy i wstydu i w ten sposób poprawia wyniki leczenia. Do podobnych wniosków doszli naukowcy z Instytutu Psychologii Uniwersytetu Jagiellońskiego. Ekipa pod kierownictwem prof. Małgorzaty Kossowskiej zbadała blisko 40 pacjentów deklarujących się jako chrześcijanie. U badanych sprawdzano m.in. działanie jednej z części mózgu w sytuacji komfortu oraz w chwilach niepewności. „Okazało się, że silna religijność stanowi bufor zabezpieczający przed lękiem, a osoby o silnych przekonaniach religijnych reagują spokojniej w sytuacji niepewności i dyskomfortu w porównaniu z badanymi o słabszej wierze” – mówi badaczka.

Dr hab. Małgorzata Krajnik, prezeska Polskiego Towarzystwa Opieki Duchowej w Medycynie, przekonuje, że integracja duchowości z medycyną ma też wymiar ekonomiczny. Okazuje się, że leczenie pacjenta, który otrzymuje wsparcie duchowe, jest znacznie tańsze – jak wykazały badania amerykańskie, niekiedy nawet 2 tys. dolarów tygodniowo. „Branie pod uwagę ważnych dla chorego aspektów duchowych, w tym religijnych, pomaga mu też w podejmowaniu decyzji medycznych” – mówi dr Krajnik. Ks. dr Jacek Prusak ostrzega jednak, by modlitwy czy duchowości nie traktować jako magicznej różdżki. Zdarza się bowiem, że źle przeżywana religijność nie redukuje stresu, lecz go wzmaga. Pacjent postrzega na przykład swe cierpienie jako słuszną karę za swoje grzechy, zdarza się wręcz, ze odmawia podejmowania leczenia. Może to być przejaw choroby psychicznej albo zniekształconej formacji duchowej.

EKONOMIA DUCHOWOŚCI

Potęga duchowości sprawdza się jednak nie tylko w sytuacji, o której polskie przysłowie mówi: „jak trwoga to do Boga”. Paradoksalnie, nawet w czasach prosperity odniesienie się do wartości ponadmaterialnych przynosi… namacalne rezultaty ekonomiczne. Nieprzypadkowo w Stanach Zjednoczonych, największej światowej potędze ekonomicznej, wiarę w istnienie Boga (lub dowolnie rozumianej Najwyższej Istoty) deklaruje aż 90 proc. osób, a ponad 80 proc. twierdzi, że religia pełni w ich życiu istotną rolę. To dlatego właśnie w USA od lat używa się czynnika duchowego do zarządzania. I tak firma Xerox wysyła swoich pracowników na kontemplacje do pustynnego Nowego Meksyku, Bank Światowy organizuje spotkania dla pracowników poświęcone duchowości, a Pizza Hut zatrudnia duchownych różnych wyznań, którzy w ramach tzw. oddziałów bożych przez
24 godziny na dobę pełnią dyżury gotowi nieść wsparcie pracownikom. Niekiedy formy quasi-religijne przybierają formę bardziej subtelną – na przykład Ben&Jerry ma w swoim regulaminie obowiązek wprowadzenia oficjalnej firmowej żałoby w przypadku, gdy któryś z członków załogi starci bliską osobę.

 

Często duchowość w systemie zarządzania firmą przybiera formy całkowicie pozareligijne – przez organizację ćwiczeń oddechowych, zajęcia jogi, intonowanie mantr, treningi wizualizacji czy choćby sesje „otwartego dzielenia się uczuciami”. Cechą, która łączy te bardzo różne przejawy aktywności, jest odniesienie do transcendencji – a więc wkroczenie z naszym „ja” w świat niematerialny. „Tak rozumiana duchowość nie jest tożsama z religią” – podkreśla Michał Izak, socjolog i specjalista od zarządzania z University of Lincoln, który badał zagadnienie duchowości w polskich organizacjach. „Religia jest sformalizowaną, zinstytucjonalizowaną, a przez to statyczną formą duchowości. Skupia się też na zewnętrznych, skonwencjonalizowanych zachowaniach, podczas gdy duchowość odnosi się do wewnętrznych przeżyć i emocji” – dodaje.

Zdaniem Izaka współczesne zainteresowanie duchowością wśród kadry kierowniczej przedsiębiorstw bierze się głównie z trzech czynników. Po pierwsze z niestabilności miejsca pracy – wprowadzenie elementów metafizycznych obniża lęk pracowników, podwyższa samoocenę i zapobiega alienacji. Po drugie na całym świecie (zwłaszcza po kryzysie 2007 r.) widoczny jest ideowy odwrót od materializmu na rzecz świata wartości. Trzeci czynnik to z kolei wzrastająca fascynacja religiami i filozofiami Wschodu. Zwrot świata Zachodu ku duchowości część badaczy wyjaśnia też demografią. Pokolenie powojenne urodzone w czasach bezprecedensowego baby-boomu lat czterdziestych i pięćdziesiątych, które budowało powojenny ład ekonomiczny i społeczny, wchodzi w okres starości i siłą rzeczy zwraca się coraz bardziej ku metafizyce.

Niezależnie od przyczyn tego metafizycznego zwrotu brzmi to optymistycznie. Skuteczność w biznesie osób religijnych potwierdzają bowiem badania przeprowadzone przez amerykańską socjolog Lisę A. Caister. W latach 80. i 90. zbadała ona prawie 5 tys. osób i z tych badań wynikło, że osoby, które regularnie biorą udział w obrzędach religijnych, osiągają większe bogactwo.

UWAGA NA MANIPULACJĘ

Niekiedy jednak źle rozumiana duchowość może przynieść więcej strat niż zysków. Często staje się narzędziem opresji wobec pracownika, nadmiernej kontroli, manipulacji i tłumienia niezależności. Przykładem jest jedna ze znanych firm sprzedających kosmetyki i środki czystości, powszechnie oskarżana o psychomanipulację, a nawet sekciarstwo. Przekonywano w niej pracowników, że jakikolwiek sprzeciw wobec zwierzchnika stanowi „dzieło szatana”. Kontrowersje budzą też rozpowszechnione w USA programy SMD (Spiritual Management Development) – warsztaty dla pracowników wykorzystujące medytację i ćwiczenia oddechowe. Teoretycznie służą one rozwojowi osobistemu, w rzeczywistości – jak wynika z badań Emmy Bell i Scota Taylora, którzy przeanalizowali dziesiątki tego typu zajęć w amerykańskich korporacjach – wywoływały u pracowników poczucie winy z powodu wszelkich niepowodzeń firmy, a ewentualny brak sukcesów w firmie wyjaśniany był zwykle niewystarczającym zaangażowaniem załogi. Takie patologie nie mają jednak nic wspólnego z prawdziwą duchowością, która z reguły sprzyja dobremu zarządzaniu, nawet jeśli jest bardzo niekonwencjonalna. Przygotowując materiały do swojej pracy,

Michał Izak zbadał przypadek jednej z wegetariańskich restauracji w Warszawie. Prowadziło ją dwóch mężczyzn – Andrzej i Janusz. Ten pierwszy był bardziej od pieniędzy, drugi zaś – od duchowości, przy czym Janusz często wchodził na podwórko wspólnika – wykorzystywał swoje domniemane zdolności parapsychologiczne w rekrutacji pracowników. Oceniał na odległość stan psychofizyczny kandydatów do pracy, sprawdzał energię potencjalnych pracowników, oceniał ich „pozytywne” lub „negatywne wibracje”. Mimo tych ewidentnie egzotycznych kryteriów doboru pracowników, firma działała doskonale, pracownicy stanowili zgrany zespół, co właściciele określali mianem „duchowej
równowagi”. Jak to możliwe? Otóż – jak twierdzi Izak – w ten nieco dziwaczny sposób właścicielom udało się wytworzyć w zespole unikalny klimat wspólnoty.

Pracownicy byli przekonani, że skoro przeszli bardzo trudny, metafizyczny test, są właściwymi ludźmi na właściwym miejscu. „Niewielka rotacja, znaczne zaangażowanie pracowników, a co za tym idzie – duża stabilność przedsięwzięcia pozwoliły menedżerom na kreowanie strategii uwzględniającej przede wszystkim zmienne rynkowe, ponieważ ryzyko wewnętrzne było mocno ograniczone” – podkreśla Izak, współautor książki „Nowe kierunki w organizacji i zarządzaniu”, specjalista od zarządzania.

 

ROZUM TEŻ WAŻNY

Skoro więc duchowość jest tak uniwersalnym rozwiązaniem, dlaczego tak wiele współczesnych o niej zapomina? O. Christopher Jamison, opat klasztoru, w którym nagrywany był wspomniany reality show „Klasztor”, ma na to prostą odpowiedź: dzisiejszy człowiek cierpi na wielki głód metafizyki, ale go sobie nie uświadamia. Zakonnik wspomina, jakimi oporami na elementy medytacji czy wyciszenia reagowali uczestnicy telewizyjnego programu. „Niektórzy z ogromnym trudem akceptowali fakt, że w klasztorze mają… niewiele do roboty. Spokój i cisza były dla nich początkowo czymś niemiłym, przywyknięcie do braku zajęć sprawiało im kłopot. Także osoby, które przyjeżdżają na rekolekcje do Worth – bo po programie pojawiły się setki chętnych – mówią, że najtrudniej im właśnie przywyknąć do nicnierobienia” – opowiada mnich.

Mimo to warto próbować „wypływać na głębię”. Zwłaszcza że odrobina duchowości na co dzień przyczynia się do rozwoju jednostki, nadaje sens wykonywanej pracy, poprawia samopoczucie, wzmacnia jego zdrowie psychiczne i fizyczne. Jak podkreśla prof. Andrzej Blikle, specjalista od zarządzania, jeden z twórców potęgi słynnej firmy cukierniczej, potoczne przekonanie, że etyka w biznesie się nie opłaca, wynika głównie z niewiedzy. Ale – jak podkreśla profesor – nawet najbardziej żarliwe odwoływanie się do świata wartości wyższych nie zastąpi rozumu. „Brak etyki prowadzi do porażki, ale sama etyka bez mądrości też sukcesu nie gwarantuje” – ostrzega profesor.