Okazało się, że ludzie, którzy się zwracają do Istoty Wyższej, mają poczucie bycia wysłuchanym i zrozumianym, a to redukuje im napięcie psychiczne oraz stres. W dodatku modlitwa staje się okazją do dania upustu emocjom, których tłumienie zawsze negatywnie odbija się na zdrowiu. Zdaniem ks. dr. Prusaka, jest to ważne zwłaszcza w przypadku mężczyzn. „Przyjęło się mówić, że mężczyzna płacze tylko w dwóch sytuacjach: nad trumną swojej matki i przy wódce. Okazuje się, że płacz jest dla nich dopuszczalny jeszcze w trzeciej, mniej ekstremalnej sytuacji – właśnie podczas modlitwy, jeżeli oczywiście nikt postronny tego nie widzi” – mówi dr Prusak.

Modlitwa, podczas której chorzy dają upust swoim trudnym emocjom, zapobiega poczuciu winy i wstydu i w ten sposób poprawia wyniki leczenia. Do podobnych wniosków doszli naukowcy z Instytutu Psychologii Uniwersytetu Jagiellońskiego. Ekipa pod kierownictwem prof. Małgorzaty Kossowskiej zbadała blisko 40 pacjentów deklarujących się jako chrześcijanie. U badanych sprawdzano m.in. działanie jednej z części mózgu w sytuacji komfortu oraz w chwilach niepewności. „Okazało się, że silna religijność stanowi bufor zabezpieczający przed lękiem, a osoby o silnych przekonaniach religijnych reagują spokojniej w sytuacji niepewności i dyskomfortu w porównaniu z badanymi o słabszej wierze” – mówi badaczka.

Dr hab. Małgorzata Krajnik, prezeska Polskiego Towarzystwa Opieki Duchowej w Medycynie, przekonuje, że integracja duchowości z medycyną ma też wymiar ekonomiczny. Okazuje się, że leczenie pacjenta, który otrzymuje wsparcie duchowe, jest znacznie tańsze – jak wykazały badania amerykańskie, niekiedy nawet 2 tys. dolarów tygodniowo. „Branie pod uwagę ważnych dla chorego aspektów duchowych, w tym religijnych, pomaga mu też w podejmowaniu decyzji medycznych” – mówi dr Krajnik. Ks. dr Jacek Prusak ostrzega jednak, by modlitwy czy duchowości nie traktować jako magicznej różdżki. Zdarza się bowiem, że źle przeżywana religijność nie redukuje stresu, lecz go wzmaga. Pacjent postrzega na przykład swe cierpienie jako słuszną karę za swoje grzechy, zdarza się wręcz, ze odmawia podejmowania leczenia. Może to być przejaw choroby psychicznej albo zniekształconej formacji duchowej.

EKONOMIA DUCHOWOŚCI

Potęga duchowości sprawdza się jednak nie tylko w sytuacji, o której polskie przysłowie mówi: „jak trwoga to do Boga”. Paradoksalnie, nawet w czasach prosperity odniesienie się do wartości ponadmaterialnych przynosi… namacalne rezultaty ekonomiczne. Nieprzypadkowo w Stanach Zjednoczonych, największej światowej potędze ekonomicznej, wiarę w istnienie Boga (lub dowolnie rozumianej Najwyższej Istoty) deklaruje aż 90 proc. osób, a ponad 80 proc. twierdzi, że religia pełni w ich życiu istotną rolę. To dlatego właśnie w USA od lat używa się czynnika duchowego do zarządzania. I tak firma Xerox wysyła swoich pracowników na kontemplacje do pustynnego Nowego Meksyku, Bank Światowy organizuje spotkania dla pracowników poświęcone duchowości, a Pizza Hut zatrudnia duchownych różnych wyznań, którzy w ramach tzw. oddziałów bożych przez
24 godziny na dobę pełnią dyżury gotowi nieść wsparcie pracownikom. Niekiedy formy quasi-religijne przybierają formę bardziej subtelną – na przykład Ben&Jerry ma w swoim regulaminie obowiązek wprowadzenia oficjalnej firmowej żałoby w przypadku, gdy któryś z członków załogi starci bliską osobę.