Wyprawa o mały włos nie doszłaby do skutku. Mieliśmy wielkie problemy ze znalezieniem sprzętu pomiarowego. Miernik pola magnetycznego zdobyliśmy (dzięki uprzejmości firmy Złote Runo) dzień przed wyjazdem; wtedy też dotarła do nas spóźniona przesyłka z zamówionym wykrywaczem wibracji. Niewiele brakowało, a pojechalibyśmy w uszczuplonym składzie. No i akurat w dniu, w którym wyruszyliśmy z Warszawy na tajemniczy Dolny Śląsk, zima pokazała, na co ją stać. Gdybyśmy byli przesądni, uznalibyśmy, że to nieczyste moce próbują wejść nam w drogę. Przecież jedziemy, żeby naukowo dowieść, że duchów nie ma, a przynajmniej nie mają nic wspólnego z zaświatami.

Nieustraszeni łowcy złudzeń

Badania nad duchami są niemal równie stare jak sama nauka. Ludzkość od wieków zastanawiała się, czym jest dusza, gdzie się kryje i jaki los spotyka ją po śmierci (zainteresowanych odsyłamy do świetnej książki Mary Roach „Duch. Nauka na tropie życia pozagrobowego”, która wkrótce ukaże się pod patronatem „Focusa”).

Jednak dopiero w epoce elektryczności zaczęły się bardziej metodyczne eksperymenty, które – choć krętymi drogami – doprowadziły badaczy do wniosku, że to, co uważamy za zjawiska paranormalne, jest w rzeczywistości skutkiem ubocznym działania skomplikowanej maszynerii, jaką jest mózg. „Przy takiej ilości neuronów i danych, które przetwarzają, co jakiś czas po prostu musi dojść do błędu, przekłamania czy zakłócenia. Większość z nas tego nie dostrzega lub mówi sobie »musiałem się przesłyszeć« albo »przywidziało mi się«” – wyjaśnia prof. Andrzej Kokoszka, kierownik II kliniki psychiatrycznej na Uniwersytecie Medycznym w Warszawie. Są jednak sytuacje, w których takie zakłócenia w pracy mózgu pojawiają się częściej, a ludzie są bardziej skłonni uważać je za coś nadprzyrodzonego – tak właśnie dzieje się w miejscach uznawanych za nawiedzone.

Problem w tym, że sama sława czy wygląd budynku lub lochów może w zupełności wystarczyć, by ludzie poczuli się tam dziwnie. Psycholodzy już dawno udowodnili, jak wielki wpływ na myślenie mogą mieć sugestie. Dlatego stworzyliśmy ekipę badawczą, w której będą zarówno sceptycy, jak i wierzący w zjawiska nadnaturalne (w tym Izabela Kozieł, która jako „mistrz bioenergoterapii uwalnia od negatywnych energii” i wyczuwa obecność duchów). Będziemy rejestrować zarówno nasze odczucia, jak i wskazania aparatury pomiarowej.

Schodzimy do krypty

Na naszej liście miejsc niesamowitych, przygotowanych przez tropicielkę tajemnic Joannę Lamparską, figurują dwa, które z łatwością możemy uznać za próbę kontrolną. To kościoły. Nikt nie odnotował w nich pojawiania się duchów, ale oczywiście są krypty, które teoretycznie mogą być siedzibą takowych. W każdym razie niesamowitą atmosferę mamy gwarantowaną.

Dzięki uprzejmości proboszcza ks. Stefana Łobodzińskiego możemy wejść do grobowca znajdującego się pod kościołem w Walimiu. Jest zimno, mroczno, wokół trumny – w tym jedna z dziurawym wiekiem, przez które widać zmumifikowane zwłoki 15-latka (zginął w pojedynku). Żadnych duchów jednak nie wykrywamy. Jedyne niesamowite znalezisko to zakrętka od butelki wódki, walająca się między trumnami. „Nic dziwnego. Te krypty w przeszłości były wiele razy bezczeszczone przez ludzi szukających tu skarbów czy dokumentów” – tłumaczy proboszcz. Jeśli więc mamy się poczuć nieswojo, to z powodu przeszłości tego miejsca.

Podobnie wypadają nasze badania w ewangelickim Kościele Pokoju w Świdnicy. Jesteśmy pod wielkim wrażeniem drewnianej budowli pokrytej od środka niesamowitymi zdobieniami. Przemiła pastorowa Bożena Pytel pozwala nam wejść nawet na poddasze, wypełnione XVII-wiecznymi krzesłami. Badania w miejscach, w których mają znajdować się wejścia do krypt, nie wykazują jednak nic poza absolutnym spokojem. Czas odwiedzić straszniejsze miejsca.

Duchowe wibracje

Pierwszy naukowy trop, którym zamierzamy podążać, to infradźwięki – drgania o tak niskiej częstotliwości (poniżej 20 Hz), że ludzkie ucho nie jest w stanie ich wyłapać, natomiast inne części ciała robią to znakomicie. W naturze infradźwięki występują m.in. jako jedna ze składowych ryku drapieżników, takich jak tygrysy; mogą także zwiastować nadejście trzęsienia ziemi lub lawiny. I świetnie przenoszą się nawet na duże odległości. Nic dziwnego, że ludzie poddani działaniu infradźwięków czują się co najmniej dziwnie – od niepokoju i nagłego przypływu emocji po kompletną panikę. Najwyraźniej odziedziczyliśmy ten mechanizm po przodkach, którym kiedyś ocalił życie.

Dziś infradźwięki budzą zainteresowanie wojska i policji – chodzi o „niezabijające” środki bojowe, pozwalające na obezwładnienie przeciwnika czy rozpędzenie demonstracji. Ale i łowcy duchów pasjonują się tym, co niesłyszalne – dzięki Vicowi Tandy’emu, brytyjskiemu inżynierowi z Coventry University, który jako pierwszy zajął się na poważnie psychoakustyką. Pierwszego „ducha” odkrył we własnym miejscu pracy – winę za złe samopoczucie inżyniera ponosiły infradźwięki wytwarzane przez uszkodzony wentylator.

Potem przekonał się, że podobne zjawiska można wykryć w miejscach uznawanych za nawiedzone – m.in. na zamku Warwick, gdzie straszyć ma duch sir Fulke’a Greville’a. „Stare budynki mają grubsze, bardziej solidne ściany, które o wiele lepiej rezonują. W starych, opuszczonych zamkach i piwnicach najczęściej nie ma żadnych mebli czy zasłon, które pochłaniałyby fale dźwiękowe” – pisze Mary Roach. Sprawdźmy więc, czy i u nas trafi się jakiś wibrujący duch.

Czakram w starym dworku