Ostatnie nowości z kategorii Home pokazują dość wyraźnie, że Dyson ustawił sobie kilka równoległych kierunków. Jeden dotyczy powietrza: ciszej, skuteczniej, inteligentniej. Drugi podłóg: bardziej higienicznie, z czystą wodą, bez filtrowego błota, bez zapachu wilgotnego sprzętu. Trzeci miniaturyzacji urządzeń – aby przy zachowaniu skuteczności były jeszcze łatwiejsze w użytkowaniu i przechowywaniu. Czwarty to automatyzacja: robot ma nie tylko jeździć, ale też rozumieć, co sprząta i dlaczego w danym miejscu powinien zachować się inaczej. W tych premierach nie chodzi już więc o prostą zasadę nowy model, lepszy silnik. Chodzi o to, jak różne technologie zaczynają się składać w jeden spójny sposób myślenia o domu.
HushJet pokazuje, że oczyszczacz powietrza nie musi zachowywać się jak urządzenie, które chce być słyszane
W przypadku oczyszczaczy powietrza Dyson od dawna próbował połączyć skuteczność z bardzo charakterystycznym podejściem do przepływu powietrza. W modelu Dyson HushJet™ Purifier Compact ten kierunek został dociśnięty w ciekawy sposób. To kompaktowy oczyszczacz zaprojektowany z myślą o małych pomieszczeniach, ale z bardzo ambitną obietnicą: ma być jednocześnie mocny i wyjątkowo cichy. W trybie nocnym poziom hałasu ma wynosić 24 dB, czyli mniej więcej tyle, ile „dobrze wychowana” biblioteka. A przy tym urządzenie zachowuje CADR na poziomie 250 m³/h i wykorzystuje nową dyszę HushJet, zaprojektowaną tak, by wygładzać szybki strumień powietrza i ograniczać turbulencje, które zwykle robią najwięcej akustycznego bałaganu.

To jest zresztą bardzo charakterystyczne dla marki myślenie. Nie wystarczy zrobić mocniejszy przepływ. Trzeba jeszcze sprawić, żeby ten przepływ nie był męczący. W HushJet dochodzi do tego elektrostatyczny filtr HEPA o deklarowanej żywotności do 5 lat, wychwytywanie 99,97 proc. cząstek od 0,3 mikrona, filtracja z użyciem węgla aktywnego i szczelna konstrukcja systemu. To oczyszczacz, który ma działać przez całą dobę, poprawiać jakość snu, pomagać w miastach i w mieszkaniach, gdzie powietrze szybko staje się “zużyte”, a przy tym nie zamieniać sypialni w akustyczny poligon. Dyson wyraźnie chce tu wygrać nie tylko samą wydajnością, ale też sposobem, w jaki jest ona osiągana.
Clean+Wash Hygiene bierze na warsztat coś, czego większość sprzętów do podłóg wciąż nie umie załatwić bez bałaganu
Jeśli HushJet pokazuje, jak Dyson myśli o powietrzu, to wysokoobrotowy mop elektryczny Dyson Clean+Wash Hygiene bardzo dobrze pokazuje, jak myśli o higienie podłóg. I nie chodzi tu o samo mycie, tylko o to, co dzieje się potem. Bo większość urządzeń do sprzątania na mokro ma ten sam sekret: na początku czyszczą podłogę, a z czasem zaczynają trochę hodować własny mikroklimat. Filtr, osad, wilgoć, zapach, rury, których nikt nie chce oglądać z bliska. Dyson postanowił wejść w ten obszar po swojemu i zbudował urządzenie bez filtra, które zatrzymuje brudną wodę i zanieczyszczenia w głowicy, zamiast rozprowadzać je po wnętrzu całego systemu.

To jeden z najciekawszych ruchów w tej kategorii. Clean+Wash Hygiene waży 3,82 kg, ma profil zaledwie 113 mm po rozłożeniu na płasko, myje i odkurza twarde podłogi, korzysta z bardzo gęstej rolki z mikrofibry i 12-punktowego systemu nawadniania, który stale podaje świeżą wodę do wałka. Po pracy uruchamia tryb samoczyszczenia, a następnie suszy rolkę gorącym powietrzem o temperaturze 85°C.
Dochodzi do tego możliwość umycia do 350 m² podłogi na jednym zbiorniku czystej wody o pojemności 750 ml oraz 45 minut pracy. To brzmi jak sprzęt zaprojektowany nie tylko do sprzątania, ale też do walki z tym, co zwykle w sprzętach do mycia jest najbardziej odpychające: wilgotnym osadem i nieprzyjemnym zapachem po kilku dniach. Dyson zamiast robić kolejny mop elektryczny, zrobił urządzenie, które bardzo mocno akcentuje jedno słowo: higiena.
PencilWash wygląda jak dowód na to, że Dyson chce iść jeszcze dalej w stronę miniaturyzacji
Kolejnym, bardzo ciekawym ruchem w segmencie wet cleaning jest Dyson PencilWash™. Jeśli Clean+Wash Hygiene był próbą uporządkowania problemu higieny po myciu, to PencilWash wygląda jak rozwinięcie innego pytania: jak bardzo można odchudzić i wyszczuplić taki sprzęt, zanim przestanie mieć sens użytkowy. Dyson twierdzi, że to jego najcieńsze i najlżejsze urządzenie do sprzątania na mokro, z rączką o średnicy 38 mm, wagą 2,2 kg i możliwością położenia niemal płasko pod meblami przy wysokości sprzątania od 15 cm.

To bardzo charakterystyczny kierunek dla marki. Zamiast dorzucać “więcej wszystkiego”, Dyson próbuje zrobić sprzęt, który wygląda prawie jak szkic ołówkiem, a nadal ma działać „poważnie”, czyli przede wszystkim skutecznie. PencilWash korzysta z połączenia nawilżania, mieszania i ekstrakcji, pracuje wyłącznie na świeżej wodzie, ma 8-punktowy system nawilżania, wysokogęstą rolkę z mikrofibry z 64 000 włókien na cm², dwa tryby nawilżania, do 30 minut pracy i możliwość umycia do 100 m² na jednym zbiorniku 300 ml. To już nie jest klasyczne myślenie o mopie elektrycznym. To raczej próba zrobienia z urządzenia do mokrego sprzątania czegoś tak smukłego i łatwego w prowadzeniu, jak to tylko możliwe, bez wpadania w kategorię gadżetów zbyt delikatnych do realnego użycia.
Spot+Scrub Ai pokazuje najambitniejszy kierunek: robot ma nie tylko sprzątać, ale też rozumieć, co widzi
Najmocniejszym sygnałem, dokąd Dyson chce pójść dalej, jest jednak Dyson Spot+Scrub™ Ai – pierwszy robot sprzątający marki do pracy na mokro i sucho. I tu naprawdę nie chodzi o sam fakt wejścia w robotykę, bo Dyson bada ten obszar od lat 90. Ciekawsze jest to, jak ustawił ten pierwszy krok. Spot+Scrub Ai nie jest przedstawiany jako zwykły robot, który po prostu jeździ po mapie. To raczej maszyna obserwująca, rozpoznająca i reagująca. Wykorzystuje LiDAR, kamerę HD wspomaganą AI, zielone światło laserowe, system dwóch laserów i ma rozpoznawać prawie 200 rodzajów obiektów. W praktyce ma nie tylko omijać przeszkody, ale też wykrywać plamy, dostosowywać sposób czyszczenia w czasie rzeczywistym, a nawet wykonywać do 15 precyzyjnych przejść nad jedną plamą, aż uzna ją za usuniętą.

Spot+Scrub Ai dostał samoczyszczący wałek z mikrofibry, 12-punktowy system nawilżania, wysuwanie wałka o 40 mm do krawędzi i narożników, bezworkową stację cyklonową z przechowywaniem zanieczyszczeń do 100 dni, mycie wałka w temperaturze 60°C i suszenie przy 45°C. Ma też zbiorniki o pojemności 2,3 l na czystą wodę i 2,1 l na brudną oraz cenę 4999 zł. To urządzenie nie wygląda jak ostrożne wejście w kategorię. Bardziej jak deklaracja: jeśli już robimy robota, to nie po to, żeby był “kolejnym robotem”, tylko żeby od razu mocno wcisnąć do niego systemy wizyjne, AI i mocne podejście do utrzymywania czystości na mokro.
Za tym wszystkim stoi marka, która od lat nie myśli kategorią produktu, tylko problemu
To chyba najciekawszy wniosek z tych nowości. Dyson w kategorii Home nie zachowuje się dziś jak firma, która po prostu odświeża portfolio. Raczej jak marka, która bierze trzy pozornie zwyczajne domowe problemy – jakość powietrza, mycie podłóg i automatyzację sprzątania i próbuje rozebrać je na czynniki pierwsze. Stąd w jednym miejscu pojawia się HushJet i walka z turbulencjami oraz hałasem. W drugim bezfiltrowy Clean+Wash Hygiene, który ma nie zarastać własnym brudem. W trzecim PencilWash, czyli inżynieryjne „sprawdzam” i dowódna to, jak cienkie może być skuteczne urządzenie do mokrego sprzątania. A na końcu Spot+Scrub Ai, gdzie cała robotyka zaczyna być opowieścią o widzeniu, rozumieniu i reagowaniu.
Tę logikę dobrze tłumaczy też szerszy obraz marki. Dyson od 1993 roku buduje się wokół inżynierii, inwestuje ogromne środki w badania i rozwój, rozwija robotykę, systemy wizyjne, sztuczną inteligencję i otwiera nowe laboratoria. Nie chodzi już tylko o to, że robi charakterystyczne sprzęty z przezroczystym pojemnikiem. Marka próbuje coraz bardziej kontrolować cały język domowej technologii: przepływ powietrza, przepływ brudnej i czystej wody, rozpoznawanie przestrzeni, hałas, ergonomię, miniaturyzację.
