Pod koniec ubiegłego roku chiński uczony He Jiankui ogłosił, że poddał mody fikacjom genetycznym zarodki uzyskane metodą in vitro, z których rozwinęły się co najmniej dwie dziewczynki. Celem modyfikacji miało być zapewnienie dzieciom częściowej odporności na infekcję HIV. He Jiankui liczył na wiel ką sławę i Nagrodę Nobla, doczekał się jednak międzynarodowego linczu. Co prawda amerykański tygodnik „Time” zaliczył go do grona najbardziej wpływowych osób na świecie, ale nie był to wyraz uznania. „Jego lekkomyślne eksperymenty dowiodły, że dość łatwo można zmodyfikować genetycznie ludzkie zarodki i zarazem że bardzo trudno jest to zrobić dobrze” – tak na łamach tygodnika skomentowała to prof. Jennifer Doudna z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Berkeley, jedna z twórczyń metody CRISPR, którą posłużył się chiński badacz.

Część naukowców zaapelowała, by podobne eksperymenty zostały zakazane na całym świecie. Inni twierdzą jednak, że potrzebny jest jedynie lepszy nadzór nad badaniami, które – czy tego chcemy, czy nie – będą prowadzone i tak. – Oczywiście to jest udoskonalanie DNA ludzi, a my jako społeczeństwo nie jesteśmy jeszcze gotowi, by o tym rozmawiać. Ale jeśli nie zaczniemy usprawniać naszego genomu, możemy za jakiś czas przestać istnieć jako gatunek – ostrzega prof. Krzysztof Łukaszuk, kierownik Klinik Leczenia Niepłodności Invicta. Jego zdaniem inżynieria genetyczna może dać nam odporność na groźne choroby zakaźne takie jak grypa pandemiczna, nowotwory złośliwe, a nawet na działanie promieniowania kosmicznego, na które narażeni będą astronauci podczas dalekich misji.

EMBRIONY DO WYBORU

Każdy rozmnażający się płciowo gatunek na Ziemi dąży do tego, by mieć jak najbardziej genetycznie udane potomstwo. Ludzie nie są tu wyjątkiem – dobieramy się w pary, zwracając uwagę na cechy partnera świadczące o tym, że jest zdrowy i płodny. Jednak to, co dzieje się podczas naturalnego zapłodnienia, można porównać do loterii. Nigdy nie wiemy, jak połączą się geny matki i ojca – nawet płeć dziecka jest dla nas niespodzianką. A przynajmniej tak było do opracowania metod rozrodu wspomaganego, z których najbardziej znane jest zapłodnienie in vitro. Jest ono stosowane z powodzeniem od 1978 roku u par cierpiących na zaburzenia płodności. Polega na pobraniu komórek jajowych i plemników, połączeniu ich w warunkach laboratoryjnych, a następnie wszczepieniu zarodka do macicy matki. Choć zabieg ten budzi kontrowersje, jest uznaną metodą leczniczą, a jeden z naukowców biorących udział w jej opracowaniu dostał Nobla.

Sama procedura in vitro sprawia, że rozmnażanie się przestaje być procesem losowym. Jeśli w laboratorium powstanie kilka zarodków, embriolog ogląda je pod mikroskopem i ocenia, który z nich rozwija się prawidłowo i może dać początek ciąży. Taką ocenę do dziś przeprowadza się „na oko”, ale to może się wkrótce zmienić. Naukowcy z Uniwersytetu Cornell opracowali algorytm sztucznej inteligencji, który mógłby w przyszłości zastąpić embriologa. – Ocena człowieka jest z natury bardzo subiektywna. Chcemy ją zastąpić systemem, który zwiększa szanse na prawidłowy przebieg ciąży i narodziny zdrowego dziecka – wyjaśnia prowadzący badania dr Zev Rosenwaks. O krok dalej idzie technika zwana diagnostyką preimplantacyjną (PGD).