Na przełomie maja i czerwca w spartańskiej świątyni Artemidy Orthia odbywała się ceremonia, która gromadziła tłumy widzów. U ołtarza bogini zjawiali się chłopcy. Ustawiali się blisko siebie. Obok nich zajmowali miejsce ludzie z batami, którzy przeprowadzali chłostę. Żadnemu z chłopców nie wolno było nawet krzyknąć. Ten, który wytrzymał najdłużej, zostawał zwycięzcą. Znajdujący się na widowni rodzice głośno zagrzewali swoje pociechy do wytrwania, a chłopcy – jak zapewniają niektórzy autorzy starożytni – woleli zginąć niż okazać słabość w obecności bliskich. Ten swoisty „sprawdzian wytrzymałości” był najsłynniejszą z prób, jakim poddawano młodzieńców spartańskich, i zarazem najbardziej popularną atrakcją „turystyczną” Sparty w czasach rzymskich. „W III w. zbudowano nawet trybunę, która pozwalała na uczestnictwo większej liczby widzów” – opisuje w swojej książce „Sparta” prof. dr hab. Ryszard Kulesza z Uniwersytetu Warszawskiego.

Brutalny test nie był jednak niczym wyjątkowym, bo poprzedzało go równie surowe spartańskie wychowanie, które już najmłodszych szykowało na służbę państwu. „Dbano także umiejętnie o karmicielki, by bez powijaków chowając niemowlęta, już wtedy nadawałyim kształt i wygląd wolnych jednostek, uczyły je zadowalać się prostym pożywieniem, przyzwyczajały znosić odważnie ciemność i samotność, oduczały kaprysów i kwileń” – opisuje Plutarch (50–125 r. n.e.) w „Żywotach sławnych mężów”. Dziecko traciło bliski kontakt z rodziną, gdy kończyło siedem lat. Wtedy zabierano je z domu i poddawano specjalnemu wychowaniu [tzw. agoge – dop. red.].  Chłopcy byli formowani w stada oraz sfory, a nadzór nad nimi sprawowali młodzi, lecz już pełnoletni spartiaci. Przyszłych żołnierzy nieustannie trenowano i hartowano. Wszyscy chodzili boso, sami przygotowywali sobie posłania, jadali wspólne posiłki, uczyli się poruszania w ciemności. Starano się wykluczać najmniejsze przejawy słabo-ści. Jedna z historii opowiada o tym, że jeden ze szkolonych chłopców popłakał się w trakcie brutalnego współzawodnictwa [z grec. agonia oznaczała walkę – dop. red.], czym złamał kodeks wewnętrznej dyscypliny i milczenia. Karę dostał nie tylko on, lecz także jego opiekun, który nie potrafił go dobrze wychować.

MORDERCZY TEST

Prawdziwym wyzwaniem dla młodocianych żołnierzy była tzw. krypteja. Władze Sparty znalazły niezwykły sposób kontrolowania ludności podbitej, tzw. helotów. Co roku wypowiadano im oficjalnie wojnę, by bez konsekwencji można było mordować najbardziej nieposłusznych. Najczęściej dokonywali tego nastolatkowie, którym zezwalano na taką formę terroryzowania helotów. Na krypteję wysyłano najzdolniejszych młodzieńców, których uzbrojenie stanowił nóż. Chłopcy dostawali jedynie żelazną porcję żywności, za dnia musieli się ukrywać, wychodzili dopiero nocą. To programowanie od najmłodszych lat dzieci-żołnierzy służy wychowaniu idealnego wojownika-obywatela. Współczesne badania nie obalają całkowicie mitu spartańskiego żołnierza, dowodzą jednak, że ten idealny model wychowania nie obowiązywał od początku istnienia Sparty (XII–XI w. p.n.e.), lecz został wymyślony dopiero w III w. p.n.e.

Wtedy agoge nazwano system spartańskiego wychowania państwowego, wymyślony przez Sfajrosa Borystenitę [stoik, rozpoczął zasadniczą przebudowę ustroju społecznego i politycznego Sparty – dop. red.]. „Tym, co Spartan łączyło, był »spartański styl życia«, obejmujący wspólne posiłki, sposób ubierania się, kontrolowane przez państwo długotrwałe wychowanie. »Legenda spartańska« uwzględnia wiele elementów historycznej Sparty, ale zarazem je deformuje. I tak prawdą jest, że Spartanin gotów był zginąć za swoją ojczyznę, ale nie jest prawdą, że zawsze wracał z wojny »z tarczą albo na tarczy«. Spartanie nie zawsze zwyciężali. »Na tarczach« zaś nigdy nie wracali, choćby dlatego, że ciał poległych nigdy (z wyjątkiem królów) nie sprowadzano do kraju. Notabene transport »na tarczach« byłby trudny technicznie” – mówi „Focusowi Historia” prof. Kulesza.

 
 „Przechodniu, powiedz Sparcie, tu leżym jej syny, wierni jej prawom do ostatniej godziny” – ten epigram Symonidesa [żyjący w VI–V w. p.n.e., poeta grecki – dop. red.] upamiętnia obronę przesmyku termopilskiego w 480 r. p.n.e, jeden z najwspanialszych przykładów męstwa starożytnych Spartan. Król Leonidas (rządził od ok. 490 r. p.n.e.), stojąc na czele 300 Spartan i ponad 3 tysięcy żołnierzy innych greckich państw, przez trzy dni odpierał ataki znacznie liczniejszej armii króla Persji Kserksesa (panował 485–465 p.n.e). Persowie nie mogli w wąskim przejściu wykorzystać przewagi liczebnej, aż w końcu udało im się zajść greckich żołnierzy od tyłu. Wtedy Leonidas odesłał wojska państw sprzymierzonych i wraz z trzystoma Spartanami oraz siedmioma setkami Tespijczyków bronił wąwozu aż do śmierci.

Ten przykład poświęcenia dla ojczyzny zawłaszczyli sobie później naziści, choć do mitu Sparty odwoływali się także włoscy humaniści, hiszpańscy jezuici, angielscy purytanie czy francuscy rewolucjoniści. „Z pewnością Sparta zaspokajała odwieczne marzenia o równości, społecznej harmonii, porządku. Często służyła też doraźnym celom, gdy – jak na przykład w III Rzeszy – odwoływano się do pewnych spartańskich rozwiązań dla uzasadnienia własnych, zakorzeniając je w szacownej, godnej podziwu przeszłości” – zauważa prof. Kulesza. Naziści stworzyli własną „agoge”, budując Hitlerjugend – organizację młodzieżową NSDAP, zorganizowaną na wzór paramilitarny w 1922 roku. Hitler- jugend promowała kult silnej i zdrowej germańskiej rasy; duży nacisk kładziono na ćwiczenia fizyczne i wojskowe, obowiązkowo połączone z dyscypliną i kultem jednostki.

Jedną z popularnych zabaw jej członków był odpowiednik współczesnej gry w zdobywanie flagi. Jedyną regułą był zakaz zabijania i okaleczania. Doprowadzało to do brutalnych bijatyk z udziałem nawet najmłodszych członków. Miało to ich uczyć odporności na ból i bezwzględności w dążeniu do celu. W lipcu 1943 roku powstała 12. Dywizja Pancerna SS „Hitlerjugend”, w której skład weszli głównie 17-latkowie. Stanowiska oficerskie otrzymali w niej weterani z frontu wschodniego. Dywizja współtworzyła I Korpus Pancerny SS, walcząc w Normandii, gdzie poniosła  60-procentowe straty. W listopadzie 1944 roku dywizja weszła do składu 6. Armii Pancernej SS, uczestnicząc w walkach w Ardenach i później na Węgrzech. Mimo swojego młodzieżowego składu była jedną z silniejszych niemieckich dywizji podczas II wojny światowej. Miała też w swoim czasie najmłodszego dowódcę w siłach zbrojnych III Rzeszy: 33-letniego Kurta Meyera. Niesamowity pomysł na programowanie dzieci-żołnierzy znalazło Imperium Osmańskie w XIV w. n.e. Tzw. oddziały janczarskie zaczęto formować za czasów Orchana [syn sułtana tureckiego Osmana I, reformator armii – dop. red.], prawdopodobnie około roku 1330. Orchan ustalił, że spośród jeńców zostanie wybranych 1000 najbardziej odpowiednich i oni będą stanowić zalążek „nowego wojska”. Uzupełnienia także brano spośród jeńców, zmuszanych do przyjęcia islamu, bądź spośród chrześcijańskich ochotników, którzy z własnej woli zostawali islamskimi neofitami.

 
W miarę upływu czasu okazało się, że dorośli jeńcy nie są w stanie zapełnić luk. Pojawił się więc pomysł, by przyuczać do zawodu żołnierskiego dzieci, które można byłoby wychować na fanatycznie oddanych żołnierzy. Stąd od 1362 roku rekrutację rozszerzono na piątą część dzieci chrześcijańskich, jakie brano do niewoli. To jednak nie wystarczało i doprowadziło do powstania przymusowego poboru dzieci poddanych chrześcijańskich. Później przechodziły one wieloletnie gruntowne szkolenie wojskowe, połączone ze swoistym praniem mózgu. Dzieci brano tylko z europejskiej części imperium, a najlepszych rekrutów dostarczały Albania, Grecja, później Węgry. Dzieci chrześcijańskie nie od razu wcielano do oddziałów. Najpierw przechodziły okres przygotowawczy. Początkowo wysyłano je na wieś, gdzie pracując, nabierały siły, uczyły się języka i religii islamskiej. Po kilku latach trafiały do Konstantynopola i tam umieszczano je w specjalnych szkołach. Chłopcy spędzali w nich przeciętnie 7 lat. Obowiązywała surowa dyscyplina, spali w specjalnych koszarach. Wpajano im ślepe posłuszeństwo przełożonym i padyszachowi, nie pozwalano na jakiekolwiek przejawy niezależności. Przełożeni zezwalali rozładowywać stres w trakcie... pogromów ludności chrześcijańskiej i żydowskiej.

Janczarzy (piechota), obok sipahi (jeźdźców) stanowili podstawową siłę militarną armii osmańskiej, pod koniec XVII wieku liczącą do 100 tys. żołnierzy. Jeden z janczarów, Ulubatli Hasan, był pierwszym żołnierzem, który wspiął się na mury oblężonego Konstantynopola w 1453 roku i przyczynił się do jego upadku. Kres instytucji janczarów nastąpił w roku 1826, gdy sułtan Mahmud II był zmuszony ostatecznie rozwiązać korpus, który zbuntował się na wieść o edykcie władcy likwidującym system lenn wojskowych.
 
Programowanie dzieci na przyszłych żołnierzy było powszechne przed wiekami, lecz dzieci-żołnierze to również symbol konfliktów naszych czasów. W Liberii, podczas ostatniej wojny [trwającej od roku 1989 do 1996 – dop. red.], Narodowy Front Patriotyczny posiadał jednostki złożone w większości z dzieci w wieku 9–10 lat. Organizacja Narodów Zjednoczonych alarmuje, że aż 11 tys. dzieci bierze udział w konfliktach zbrojnych w Kolumbii. Średnio na czterech żołnierzy jeden jest niepełnoletni, a tysiące nie skończyły nawet 15. roku życia. Wiele dzieci przyłącza się do grup wojskowych w zamian za jedzenie i opiekę. Szukają ucieczki przed głodem i złym traktowaniem w domach, inne są zachęcane obietnicami zarobków lub zmuszane do wstąpienia przez własnych rodziców. Już najmłodsi są trenowani w używaniu karabinów maszynowych, granatów, moździerzy. Wielokrotnie otrzymują rozkaz uczestniczenia w egzekucjach, torturach, zabójstwach, porwaniach i atakach na ludność cywilną. Dzieci są wystawione na działanie chorób, skrajne wyczerpanie fizyczne oraz tortury. Próba ucieczki to narażenie się na niebezpieczeństwo śmierci własnej lub rodziny.

Najgorzej wygląda sytuacja w Afryce. „Chłopcy w wieku 13 lat są rekrutowani na żołnierzy przez oficerów armii krajowej Czadu i inne ugrupowania zbrojne” – czytamy w raporcie Amnesty International. „Dramatyczna sytuacja, w której tysiące dzieci są pozbawiane dzieciństwa i manipulowane przez dorosłych po to, by walczyć w ich walce” – opowiadał Erwin van der Borght, dyrektor programowy AI ds. Afryki. Byłe dziecko - żołnierz z sudańskiej opozycyjnej armii Ruch Sprawiedliwości i Równości opowiada o przyczynach wstępowania do armii: „Tu nie ma nic do zrobienia; nie ma pracy, szkoły, pieniędzy, a ja jestem biedny. W armii nie jestem opłacany, ale w czasie walk zabieramy rzeczy wrogom”. Statystyki są przerażające: więcej niż 300 000 dzieci poniżej 18. roku życia, w ponad 30 krajach, bierze aktywny udział w konfliktach zbrojnych. Powstał już nawet termin „wojny dziecięce”.

 
Dzieci, które w listopadzie 1918 roku postanowiły bronić Lwowa przed Ukraińcami, nie były szkolone do wojny. Jurek Bitschan, symbol bohaterstwa Orląt, miał 14 lat. Wychodząc z domu zostawił list. Pisał: „Kochany Tatusiu, idę dzisiaj zameldować się do wojska. Chcę okazać, że znajdę na tyle siły, by móc służyć i wytrzymać. Obowiązkiem moim jest iść, gdy mam dość sił, a wojska brakuje ciągle do oswobodzenia Lwowa. Z nauk zrobiłem już tyle, ile trzeba było. Jerzy”. Trwał na posterunku przez kilkanaście godzin bez przerwy. Zginął na Cmentarzu Łyczakowskim. W obronie Lwowa walczyło 1500 dzieci. Najmłodsze miało 9 lat, siedmioro – po 10, trzydzieścioro troje – po 12, siedemdziesięcioro czworo – po 13 (wśród nich Antoni Pietrykiewicz, najmłodszy kawaler Virtuti Militari – dop. red.), sto dwadzieścia siedmioro – po 14, najwięcej bo sześćset czterdzieści jedno – po 15–16, i pięćset trzydzieści sześcioro – po 17 lat. Zawiszacy – tak nazywano grupę najmłodszych, którzy wzięli udział w powstaniu warszawskim. Były to dzieci w wieku 12–14 lat. Ich podstawowym zadaniem nie była walka zbrojna, ale zapewnienie łączności (chociażby kanałami między walczącymi dzielnicami) i pomoc w służbie medycznej. Nieco starsi (do 17. roku życia) należeli do Bojowych Szkół.

OBROŃCY RZESZY I SYNOWIE PUŁKU  

20 kwietnia 1945 roku wódz upadającej III Rzeszy wychodzi z bunkra i na dziedzińcu Kancelarii Rzeszy spotyka się z żołnierzami Volkssturmu. Obrońcy Berlina mają po kilkanaście lat. Kilkunastu podobnych żołnierze regularnych jednostek wcześniej odesłali do domów, zabierając im wcześniej Panzerfausty, którymi dzieci chciały zatrzymać sowieckie czołgi. Byli zbyt młodzi, by zostać wcieleni do frontowych oddziałów, ale na tyle przepojeni nazistowską propagandą, by walczyć w obronie niemieckich miast. Nie tylko Berlina, ale także np. Wrocławia. Sporą grupę stanowili też najmłodsi biorący udział w obronie przeciwlotniczej. Byli obserwatorami, ale czasami również strzelali z działek przeciwlotniczych.

Pojęcie „synów pułku” narodziło się w okresie wojen napoleońskich. Tak określano dzieci poległych towarzyszy czy markietanek, zabierane przez żołnierzy w dalszą drogę. Podczas wojny secesyjnej w Stanach Zjednoczonych jedna i druga strona przygarnęła kilkudziesięcioro dzieci. Zjawisko to było też dość powszechne w czasie II wojny światowej. Dzieci często zabierano ze zdobywanych wiosek, aby nie zmarły z głodu. Starszym zdarzało się walczyć z bronią w ręku, młodszym zaś spełniać różne funkcje usługowe (bywali chociażby ordynansami). Wiele dzieci wraz z rodzicami przyłączało się do oddziałów partyzanckich.