Cyborg rodem z science fiction był dosłowną chimerą mięsa i maszyny. Rzeczywisty cyborg był rozszerzeniem ludzkiego układu nerwowego: kino, radio, telewizja i dogłębna zmiana postrzegania, której wciąż nie pojęliśmy. Oglądając telewizję, wszyscy stajemy się częścią elektronicznego mózgu. William Gibson, Googling the Cyborg

"Wieczorem 26 sierpnia 2013 roku zobaczyłem, jak Bret Easton Ellis zamordował MTV. Na zakończenie teledysku Too Many Friends grupy Placebo, w którym wystąpił jako narrator, autor American Psycho, poprosił o zostawienie komentarza pod filmem" - prezentujemy fragment książki Michała R. Wiśniewskiego pt. "Wszyscy jesteśmy cyborgami"

Poczułem się jak wtedy, gdy oglądałem Hair-Raising Hare, kreskówkę z Królikiem Bugsem z 1946 roku. W pewnym momencie długouchy bohater spojrzał w kamerę i spytał „Czy jest na sali doktor?”, po chwili podniosła się czarna sylwetka, jakby cień człowieka zasłaniał projektor („Ja jestem doktorem”. „Co jest, doktorku?”). W kinie ten żart działał genialnie (podobnego gagu użyto we współczesnej produkcji Simpsonowie. Wersja kinowa), ale wciśnięty w mały ekran przypominał jedynie, że ta kreskówka powstała z myślą o zupełnie innym medium. O zupełnie innych czasach, kiedy filmiki animowane oglądało się na kinowych porankach, a nie na Cartoon Network. Tak samo Too Many Friends został przygotowany do oglądania na YouTubie. Sprawdziłem – w komentarzach ludzie naprawdę zostawiali odpowiedzi.

Jeszcze w piosence Rock is Dead promującej Matrixa Marilyn Manson śpiewał, że chociaż „rock jest bardziej martwy niż śmierć”, to wciąż „Bóg jest w telewizorze”. Minęło kilka lat i zaczęły pojawiać się pytania: „czy telewizja nie żyje?”. Warto na nie odpowiedzieć – bo żeby zrozumieć internet, trzeba zrozumieć telewizję

Gadanie o śmierci dominującego medium towarzyszy narodzinom każdego nowego. Pierwszym teledyskiem, który puściła stacja MTV, był Video Killed the Radio Star grupy Buggles, synthpopowy hit z 1979 roku. Piosenka o gwieździe radia, która przestała świecić, gdy nadeszły media wizualne. Jestem rówieśnikiem tego wideoklipu, tak jak jestem rówieśnikiem Beavisa i Butt-Heada, dwóch przygłupich nastolatków z kreskówki Mike’a Judge’a emitowanej w latach dziewięćdziesiątych przez MTV. Dwa przegrywy z amerykańskich suburbiów, którzy wolny czas spędzali na włóczeniu się po okolicy – oraz na oglądaniu telewizji. Komentowali kolejne teledyski, dzieląc je na te, które są do niczego (suck), i te, które są fajne (cool). W jednym z odcinków Beavis zaczął snuć marzenia – jak fajnie byłoby, gdyby z góry znać rozkład jazdy MTV, żeby oglądać tylko fajne teledyski. Butt-Head sprowadził go na ziemię: „A co byś robił, czekając na nie?”, „Oglądał telewizję”. Nadawany przez satelitę strumień treści był z góry narzucony i można było mu się jedynie poddać – albo zmienić program. Tylko na jaki? „Pięćdziesiąt siedem kanałów i nic na nich nie ma” – narzekał w piosence z 1992 roku Bruce Springsteen.

Ja nie narzekałem – dla mnie kablówka czy telewizja satelitarna były oknem na świat. Możliwością, żeby nadrobić lata spędzone za żelazną kurtyną, która poważnie ograniczała dostęp do popkultury zachodniej. Dziś, gdy premiera kinowego hiciora jest opóźniona w stosunku do światowej o kilka dni, wybucha skandal, denerwują się fani i internetowi publicyści. A jeszcze trzydzieści lat temu normą były filmy trafiające do kina po latach, czasem wręcz dekadach.

Nagle mogłem nie tylko słuchać najnowszej muzyki, ale i oglądać całe teledyski – a nie tylko fragmenty puszczane w polskich audycjach takich jak Non-stop kolor. Koloru nie było widać na czarno-białym telewizorze, który oprócz dwóch programów Telewizji Polskiej łapał sygnał z Niemieckiej Republiki Demokratycznej, można było oglądać serial Polizeiruf 110 (Telefon 110, produkowany zresztą do dziś) albo rozrywkowy program Variétés we wtorki. Piszę o tym wszystkim z pamięci, bo ją od najmłodszych lat wypełniają obrazy z telewizji. Beavis tłumaczył kiedyś Butt-Headowi, że telewizja była zawsze, tylko kiedyś było mniej kanałów. Miałem oczywiście dużo szczęścia, że osiedle, na którym mieszkałem w czterdziestotysięcznym miasteczku, zostało oplecione pajęczyną sieci kablowej. Miałem również szczęście, że jako pierwszy rocznik uczyłem się w szkole języka angielskiego, a nie rosyjskiego.

Beavis i Butt-Head byli idiotami. Pewnie dlatego, że oglądali tyle telewizji, która, jak wiadomo, ogłupia. W Wielkiej Brytanii TV nazywano „latarnią idiotów” (idiot lantern), w Ameryce boob tube – boob oznaczało głupka, a tube nawiązywało do telewizora lampowego (słowo jako artefakt przeszłości zostało w nazwie serwisu YouTube). Prasa lubowała się opisach „pokolenia MTV”, czyli młodych ludzi, którzy nie mogą się na niczym skupić, bo są wychowani na „teledyskowym montażu”. Czasy się zmieniają, ale zawsze starzy narzekają na młodych. Moja mama czytała książki pod kołdrą, z latarką, bo babcia uważała, że to głupota i strata czasu. Potem przyszła telewizja, internet, smartfony. „Dziwny twór o twarzach stu / Monstrum z cybernetycznego nieba” – tak podstarzali polopunkowcy z Pidżamy Porno śpiewali o rocznikach wychowanych w czasach dostępu do sieci.

Żeby zrozumieć internet, trzeba zrozumieć telewizję – i związane z nią marzenia. Telewizja to medium pasywne, można wyjść z pokoju, a serial komediowy nie tylko będzie sam się oglądał, ale śmiał ze swoich dowcipów. Gadał dziad do obrazu, a obraz do niego ani razu, tylko na odwrót – to obraz gada, a widz pozostaje niesłyszany. W pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych zeszłego wieku moim – i nie tylko moim – największym marzeniem było wziąć udział w programie MTV’s Most Wanted. Był to talk-show prowadzony przez Raya Cokesa, który miał w zwyczaju telefonować do fanów i przeprowadzać z nimi krótkie pogaduszki. I nagle w którymś odcinku okazało się, że zadzwonił do dziewczyny z Polski. Z Polski! Zrobiło to na mnie większe wrażenie niż upadek muru berlińskiego.

To pragnienie interakcji z telewizją, czegoś więcej niż zmiany kanału, było żywe od lat. Stąd eksperymenty z telewizją interaktywną (które znalazły finał w netflixowym Czarnym lustrze. Bandersnatch), telefony do studia, głosowania SMS-owe. Telewizja chciała słuchać, ale istotą medium było nadawanie (broadcast). Jak centralny komputer sterujący miastem Alphaville w filmie Jeana-Luca Godarda.