W latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku w pismach dla dziewcząt nie brakowało podobnych opowieści. W 2012 roku Lauren Wasser, amerykańska modelka, straciła nogę po przeżyciu silnego TSS. Wróciła do pracy i obecnie zajmuje się między innymi kampaniami edukacyjnymi na temat zagrożeń takiego wstrząsu (TSS – toxic shock syndrome).

Na czym polega TSS?

Zespół TSS to ostre, zagrażające życiu zatrucie. Cierpiący na nie narzekają na gorączkę, mają problemy z ciśnieniem, wysypką. W skrajnych przypadkach rzeczywiście zatrucie takie może doprowadzić do śmierci. Opisano je po raz pierwszy w 1978 roku, w latach 80-tych stało się głośnym problemem wśród kobiet.

Najczęściej wiąże się go z nieodpowiednim używaniem tamponów, jednak nie jest to do końca prawda. Po pierwsze zespół może atakować także mężczyzn (jedna trzecia przypadków), po drugie nie jest tak, że za każdym razem gdy kobieta spóźni się z wymianą tamponu o kilka godzin ryzykuje swoim życiem. Poniżej połowy przypadków TSS zaczyna się od tamponów, zagrożeniem mogą być skaleczenia, komplikacje pooperacyjne, nawet cesarskie cięcie. To prawda, że tampony to jedne z niewielu ciał obcych (jedyne?), które kobiety umieszczają w sobie na tak długi czas. Wkładki antykoncepcyjne mogą także doprowadzić do zakażenia. Wewnątrz waginy znajduje się już flora bakteryjna, którą organizm rozpoznaje. Gdy ta znajduje nowe miejsce do rozwoju – na przykład na tamponie – może uruchomić gwałtowną reackję ludzkiego układu ochronnego. Nie musi to być jednak tylko tampon, podobnie wygląda zakażenie otwartej rany.

Czemu akurat tampony?

Skąd więc związek z tamponami i epidemia w latach 70-tych XX wieku? Chodzi o konkretny model o nazwie Rely, który według autorki Popular Science wyglądał tak jakby ktoś celowo zaprojektował go do powodowania TSS. Tampon nie tylko reklamowany był jako wystarczający na cały czas miesiączkowania, ale dodatkowo zawierał karboksymetylocelulozę. Substancja pozwalała absorbować 20 razy więcej niż tampon ważył. Związek ten znajdziecie w takich produktach jak lody czy ciastka. Jest nieszkodliwy i stanowi wprost idealne miejsce dla rozwoju bakterii – tu właśnie pojawia się problem. Obecnie nie można go używać w produkcji tamponów, a wraz z zakazem liczba zakażeń TSS gwałtownie spadła. Co prawda realne zagrożenie trwało bardzo krótko, ale łatka przylgnęła do tamponów na stałe.

Obecnie produkowane tampony organiczne (z bawełny) są znacznie bezpieczniejsze. Nie zwalniają z konieczności dbania o higienę, a każdy niepokojący sygnał najlepiej zgłosić ginekologowi, jednak nie warto popadać w paranoję.

Źródło: PopSci