„Nasz dzisiejszy model odżywiania zabija w skali świata więcej ludzi niż tytoń i więcej ludzi niż alkohol” – pisze autorka we wstępie do książki. I trudno się z nią nie zgodzić. Z roku na rok liczby osób zagrożonych otyłością wprost szybują. Najbardziej martwi fakt, że dotyka ona już coraz młodszych, także dzieci. Ale w rzeczywistości otyłość – chociaż to temat numer jeden, gdy mówimy o odżywianiu – to nie jedyny problem.

Nic dziwnego, że mamy problem nie tylko z tym, jak jeść, ale też – co jeść. Przeciętny konsument gubi się w gąszczu wszystkich dietetycznych porad, które w sieci atakują go praktycznie na każdym kroku. A co najgorsze, często są całkowicie sprzeczne. Podczas gdy jedni „eksperci” wyliczają korzyści płynące z jedzenia nowego superfoods, inni „eksperci” w tym samym czasie wymieniają jego wady.

Sprawy nie ułatwiają etykietki „bio”, „eko” i „organic” na sklepowych półkach. Bo czy rzeczywiście to, co znajduje się w ekologicznym, biodegradowalnym opakowaniu jest tak ekologiczne, jak głosi etykieta?

Jak długą drogę przeszliśmy my, jako konsumenci, a co ważniejsze – jak długą drogę przeszła żywność, która dziś trafia na nasze stoły? Tego właśnie możemy dowiedzieć się z książki Bee Wilson – brytyjskiej pisarki kulinarnej, dziennikarki i historyczki, przewodniczącej oxfordzkiego Symposium on Food and Cookery.

Wilson jest autorka pięciu książek na tematy związane z jedzeniem. Jej najnowsza pozycja – „Tak dziś jemy. Biografia jedzenia” ukazała się właśnie nakładem wydawnictwa SQN. „Tak dziś jemy” to pasjonujący reportaż o znikającej godzinie lunchu, sproszkowanych zamiennikach jedzenia, wzroście weganizmu, braku czasu na gotowanie i nagłej popularności Uber Eats.

Przeczytaj fragment książki, której premiera ma miejsce 11 marca, a jeśli chcesz dowiedzieć się, jak rewolucja żywieniowa wpływa na nasze zdrowie, relacje z ludźmi i otaczający świat – koniecznie sięgnij po „Tak dziś jemy”.

 

 

Zbieracze i ucieczka przed pożywieniem

[fragment książki "Tak dziś jemy"]

 

Większość ludzi na świecie żyje dziś lepiej niż kiedyś, ale odżywia się gorzej. Na tym zasadza się słodko-gorzki dylemat kuchni naszych czasów. Niezdrowe posiłki spożywane w pośpiechu zdają się ceną za życie w liberalniejszym i nowocześniejszym społeczeństwie. Nawet te nasze przykładowe winogrona – słodkie, nieproblematyczne i szeroko dostępne – świadczą niejako o tym, że zupełnie straciliśmy kontrolę nad podażą żywności. Miliony ludzi cieszą się dziś swobodą i wygodą, o których ich dziadkowie mogli co najwyżej pomarzyć, z satysfakcją obserwujemy też radykalne ograniczanie skali problemu głodu na świecie. Poprawę poziomu życia widać w analizach najróżniejszych wskaźników, od poziomu analfabetyzmu po dostępność smartfonów. Świadczy o niej upowszechnianie się urządzeń, które oszczędzają ludziom pracy, takich jak choćby zmywarki, dowodzi go wzrost liczby krajów przyznających parom homoseksualnym prawo do zawierania związków małżeńskich. Cieniem na ten wzrost poziomu swobody i wygody kładzie się natomiast fakt, że umieramy przez to, jak się odżywiamy – i to wcale nie dlatego, że nam jedzenia brakuje, lecz raczej dlatego, że mamy go dużo za dużo.

Nasz dzisiejszy model odżywiania zabija w skali świata więcej ludzi niż tytoń i więcej ludzi niż alkohol. W 2015 roku z powodu narażenia na działanie dymu tytoniowego zmarło około 7 milionów ludzi, alkohol zaś można winić było winić za śmierć 3,3 miliona osób. W tym samym okresie 12 milionów zgonów nastąpiło na skutek „niewłaściwego odżywiania się”, czyli stosowania diety o niskiej zawartości warzyw, orzechów i owoców morza bądź o wysokiej zawartości przetworzonych produktów mięsnych i napojów słodzonych. To równocześnie smutne i paradoksalne, bo kiedyś dobre jedzenie – dobre pod każdym względem, a więc od smaku począwszy, a na właściwościach odżywczych skończywszy – uchodziło za miarę dobrego życia. Teoretycznie nie da się dobrze żyć, jeśli się dobrze nie jada.