Latem 1971 r. prof. Zimbardo zamieścił w lokalnej gazecie ogłoszenie o poszukiwaniu studentów-ochotników do udziału w badaniach dotyczących życia w więzieniu. Mieli otrzymywać zapłatę w wysokości 15 dolarów dziennie. Z 24 kandydatów starannie wyselekcjonowanych i nie wykazujących żadnych odchyleń psychofizycznych, w przedsięwzięciu wzięło udział 18. Podzielono ich losowo na strażników i więźniów. Cele urządzono w podziemiach gmachu Wydziału Psychologii Uniwersytetu Stanforda. Strażnicy otrzymali mundury, pałki policyjne i ciemne okulary. Więźniów ubrano w długie białe koszule z numerem identyfikacyjnym, na nogi nałożono im łańcuch z kłódką, na głowę – upokarzające nakrycie z damskich pończoch. Opracowano więzienny regulamin, za naruszenie którego groziły kary. Strażnicy mieli pilnować jego przestrzegania, ale nie wolno im było bić więźniów. Autorzy eksperymentu nie ingerowali w jego przebieg.

Stanfordzki eksperyment więzienny zaplanowano na dwa tygodnie. Został przerwany już po sześciu dniach. Jeden z „więźniów” załamał się psychicznie, inni się
zbuntowali, a „strażnicy” tak wczuli się w role, że zaczęli się znęcać nad podopiecznymi. Wymierzali im coraz bardziej brutalne kary, za najdrobniejsze przewinienie kazali czyścić gołymi rękami sedesy i wykonywać wyczerpujące ćwiczenia fizyczne, nie pozwalali spać, urządzali niekończące się apele, zmuszali do symulowania aktów homoseksualnych. Gdy zobaczyła to psycholożka (i przyszła żona Zimbardo) Christina Maslach, ostrzegła, że sytuacja staje się niebezpieczna dla zdrowia i psychiki uczestników eksperymentu. Dlatego go zakończono.

HISTORIA KŁAMSTWA

Zimbardo w niezliczonych publikacjach przekonywał, że był mocno zaskoczony przebiegiem zdarzeń. Nie spodziewał się, że w ciągu kilku dni zwykli studenci aż tak się zmienią. Ponieważ wcześniej nie wykazywali skłonności do okrucieństwa, przyczyna mogła być tylko jedna – sytuacja, w której się znaleźli. Zimbardo wymieniał jej elementy: możliwość przedmiotowego traktowania innych, anonimowość ofiar zuniformizowanych przez jednolity ubiór i oznakowanych numerami, solidarność grupowa strażników wspólnie odpowiadających za dyscyplinę, poczucie władzy i bezkarności gwarantowanej przez autorytet, którym był organizator eksperymentu. W późniejszych pracach Zimbardo nazwał te czynniki „efektem Lucyfera”, który dobrych ludzi zmienia w złych.

 

Tak o eksperymencie stanfordzkim mówiło się przez niemal pół wieku. Do momentu, gdy Thibault Le Texier, ekonomista i socjolog z Uniwersytetu w Nicei, postanowił nakręcić o nim film dokumentalny. Zamiast filmu powstała wydana w kwietniu tego roku książka „Histoire d`un mensonge. Enquête sur l’expérience de Stanford” („Historia kłamstwa. Dochodzenie w sprawie eksperymentu stanfordzkiego”). Le Texier pisze, że zdziwił go sam pomysł Zimbardo: „Jak można było sobie wyobrazić, że w ciągu trwającej dwa tygodnie symulacji z udziałem ochotników, którzy nigdy nie byli skazani, uda się zrozumieć psychikę więźniów spędzających wiele lat za kratami i ich strażników? Wystarczy trochę pomyśleć, by dostrzec niedorzeczność tego projektu”.

Le Texier nie tylko pomyślał, ale dotarł do archiwum Uniwersytetu Stanforda. Z materiałów, które w nim odnalazł, wyłonił się inny obraz eksperymentu, niż przedstawiał to jego autor. Zimbardo zapewniał, że ani on, ani jego współpracownicy nie ingerowali w przebieg wydarzeń. Tymczasem okazało się, że jeden ze „strażników” (student David Jaffe) był wtajemniczony w projekt i zachęcał kolegów, by byli bardziej twardzi. „Działaj ostrzej, bo ten eksperyment może się przyczynić do reformy wymiaru sprawiedliwości” – pouczał.

Sam Zimbardo nie był neutralnym obserwatorem (czego wymaga eksperyment naukowy), lecz wcielił się w rolę naczelnika i przeprowadzał odprawy dla straż-
ników. Byli jego studentami, więc starali się wykazać gorliwością. Brytyjski dziennikarz Jon Ronson dotarł do najbardziej bezwzględnego strażnika Dave’a Eshelmana. Niegdyś student pozujący na twardziela z westernów, teraz 70-latek, wyznał, że odegrał przedstawienie: „Przez pierwszy dzień nie działo się nic, więc postanowiłem trochę rozruszać towarzystwo, by z eksperymentu coś wyszło”. Miał zostać za to pochwalony przez Zimbardo.

Bloger i dziennikarz internetowy Ben Blum odnalazł z kolei „więźnia” Douglasa Korpi, który po 36 godzinach załamał się psychicznie i został odesłany do
domu. Teraz ujawnił, że jego załamanie było udawane. Zgłosił się do eksperymentu przeświadczony, że wykorzysta pobyt w celi na przygotowanie się do ważnego egzaminu. Gdy strażnicy odebrali mu podręczniki i nie dawali chwili spokoju, postanowił się wycofać. „Każdy lekarz odkryłby, że symuluję” – powiedział. Thibault Le Texier uznał eksperyment stanfordzki za naukowo bezwartościową mistyfikację. Według niego „powodem coraz brutalniejszego zachowania strażników nie była sytuacja, w której się znaleźli, lecz wpływ naukowców przeprowadzających eksperyment”. Studenci po prostu zrobili to, czego – jak sądzili – oczekiwał ich wykładowca.

BĘDĘ SIĘ BRONIŁ DO KOŃCA ŻYCIA

Mimo coraz liczniejszych dowodów deprecjonujących jego życiowy sukces Philip Zimbardo broni swojej teorii. W wywiadzie dla internetowego magazynu „Vox” mówi, że Korpi kłamie, bo „wstydzi się swej słabości”, a Eshelman robi to samo, bo „nie chce się przyznać, że jest sadystą”. Powtarza, że studenci nie znali celu badania, więc nie mogli mu pomagać. „Zgłosili się tylko dla pieniędzy, które chcieli zarobić w przerwie wakacyjnej” – dodaje zirytowany. Przyznaje jednak, że był to nie tyle eksperyment naukowy, ile „demonstracja psychologicznego fenomenu”. W odróżnieniu od prawdziwego eksperymentu „nie było bowiem grupy kontrolnej, grupy porównawczej, nie sprawdzono powtarzalności wyniku”. 85-letni naukowiec odrzuca zdecydowanie oskarżenia o oszustwo: „Wykazałem, że zachowania ludzi zmieniają się, i to bardziej niż sądziliśmy, pod wpływem sytuacji społecznej, w której się znajdą. Tę konkluzję podtrzymuję i będę jej bronił do końca życia”.

 

KAŻDY MOŻE ZOSTAĆ NAZISTĄ

Bronić swoich dokonań nie może nieżyjący już autor innego równie głośnego eksperymentu. W 1961 r. Stanley Milgram, psycholog z Uniwersytetu Yale, wykazał, że dwie osoby na trzy wykonają polecenia skazujące innych na cierpienie, jeśli wyda je człowiek uważany przez nie za godny zaufania autorytet. Uczestnicy jego doświadczenia mieli – według informacji przekazanych im przez Milgrama – pomóc w badaniu wpływu kar na pamięć i uczenie się. Dzielono ich na pary i w wyniku losowania powierzano rolę ucznia lub nauczyciela. „Ucznia” sadzano na fotelu przypominającym krzesło elektryczne, unieruchamiano i przypinano mu do rąk elektrody. „Nauczyciel” otrzymywał na próbę elektrowstrząs o napięciu 45 volt, który odczuwał jako dość bolesny. Potem przechodził do pomieszczenia za szybą i siadał przy aparaturze rażącej „ucznia” prądem. Za każdy kolejny błąd miał go karać coraz silniejszym wstrząsem, zaczynając od 15 V, a kończąc na 450 V.

„Nauczyciel” asystował przy sadzaniu „ucznia” na krześle i słyszał, jak ten pyta, czy eksperyment jest bezpieczny, gdyż ma problemy z sercem. Musiał więc zdawać sobie sprawę, że aplikując zbyt silny wstrząs, będzie igrał z jego życiem. Nie wiedział natomiast, że wynik losowania był z góry przesądzony, a „uczeń”
to współpracownik Milgrama. Jego zadanie polegało na symulowaniu cierpienia, gdyż w rzeczywistości nie był rażony prądem. W pomieszczeniu „nauczyciela” przebywał jeszcze jeden aktor udający naukowca. Gdyby uczestnik eksperymentu wahał się przed zaaplikowaniem zbyt bolesnych wstrząsów, miał rozwiewać jego obawy, wypowiadając uspokajające formułki. Z opisu samego Milgrama wynika, że przy 75 V uczeń wydawał okrzyki bólu, przy 150 – wył i domagał się zakończenia testu, przy 300 V krzyczał, że ma chore serce i żąda natychmiastowego uwolnienia, po przekroczeniu 405 V przestawał reagować.

Przed rozpoczęciem eksperymentu Milgram przeprowadził sondaż wśród psychiatrów i psychologów, pytając, jaki odsetek badanych dotrze ich zdaniem do granicy 450 V. Większość odpowiadała, że około jednego procenta. Tymczasem z 40 uczestników zrobiło to aż 26, czyli 65 proc. Stwierdzenie, że istnieją ludzie ślepo posłuszni autorytetom, nie stanowiło żadnej sensacji. Szokujące było natomiast odkrycie, że jest ich aż tylu. Milgram początkowo zamierzał przeprowadzić swój eksperyment w USA i Niemczech, by ustalić, dlaczego tak wielu Niemców zostało nazistami i posłusznie wykonywało zbrodnicze rozkazy. Zrezygnował z tego, gdyż jak powiedział w telewizyjnym programie „60 minut”, jego badanie wykazało, że „gdyby podobny do stworzonego przez nazistów system obozów
zagłady powstał w Stanach Zjednoczonych, personel do nich bez trudu dałoby się znaleźć w dowolnym amerykańskim mieście średniej wielkości”.

NAUKA OSZUST NA UNIWERSYTECIE
WYSSANE Z PALCA

Profesor landii w ciągu 15 lat dokonał tylu znaczących odkryć, że Diederik Stapel z uniwersytetu w Tilburgu w Hostał się gwiazdą psychologii społecznej. O jego artykuły zabiegały najbardziej renomowane czasopisma naukowe po obu stronach Atlantyku. Opublikował ich ponad 130. Specjalizował się w badaniach nad stereotypami i uprzedzeniami – rasowymi, obyczajowymi, kulturowymi. Udowodnił, że zaniedbane otoczenie sprzyja powstawaniu negatywnych stereotypów na temat czarnoskórych. W jednym z badań wykazał, że biali pasażerowie ustawiają się tym dalej od kolorowych, im bardziej zaśmiecony i wymalowany przez grafficiarzy jest peron dworca.

 

Stapel badał też wpływ wyglądu i tembru głosu na karierę, norm wyniesionych z domu na ocenianie innych, miejsca, w którym znalazł się człowiek, na jego zachowanie itp. W 2010 r. Towarzystwo Eksperymentalnej Psychologii Społecznej uhonorowało go prestiżową nagrodą Career Trajectory Award, awansował na dziekana Wydziału Nauk Behawioralnych i Społecznych. Rok później troje jego doktorantów i studentów zwróciło uwagę na nieścisłości w publikowanych wynikach badań. Powołano specjalną komisję, która wykazała, że Stapel większość swoich eksperymentów przeprowadził nie wstając od biurka. Dane, na których podstawie formułował błyskotliwe teorie, po prostu wymyślał. Co najmniej 55 jego artykułów naukowych było na pewno sfałszowanych, kilkanaście kolejnych – prawdopodobnie.

Po zdemaskowaniu został zwolniony z uniwersytetu. Ponieważ na swoje badania otrzymywał granty z pieniędzy publicznych, groził mu proces sądowy. Zawarł jednak ugodę z prokuratorem, który wycofał akt oskarżenia w zamian za karę w postaci 120 godzin prac społecznych.

NIECH TO SIĘ WRESZCIE SKOŃCZY

Milgram powtórzył swój eksperyment w 24 różnych wersjach na niemal tysiącu osób. Stał się naukowym celebrytą. Jeśli go krytykowano, to jedynie z powodu nieetycznego charakteru badania. Nakłaniał bowiem uczestników do działań, które czyniły z nich oprawców i narażały na ciężkie przejścia psychiczne. Lojalnie
przyznawał, że większość miała skrupuły i pytała aktora-naukowca, czy musi kontynuować maltretowanie „ucznia”. Opisał reakcje biznesmena, który wszedł do laboratorium uśmiechnięty, pewny siebie, a „po 20 minutach trząsł się, jąkał, (...) bez przerwy wyłamywał sobie palce, w pewnym momencie pochylił głowę i bijąc w nią pięściami, wyszeptał: Boże, niech to się wreszcie skończy. Mimo to wykonywał polecenia do samego końca”.

Wartości naukowej eksperymentu nie kwestionowano. Milgram szczegółowo opisał warunki, w jakich go przeprowadzono, dzięki czemu mógł być powtarzany w innych ośrodkach. W ubiegłym roku zrobili to psychologowie z Uniwersytetu SWPS we Wrocławiu. Kierujący badaniem prof. Dariusz Doliński wyjaśnia, że nie posunęli się tak daleko jak Milgram i górną granicę rzekomych elektrowstrząsów ustalili na poziomie 150 V. Zminimalizowali w ten sposób stres uczestników, chociaż „dokładnej granicy między wartością badania a dyskomfortem badanego nie można wytyczyć. Eksperymentator musi to sam wyważyć i zdecydować, czy istnieje inny sposób znalezienia odpowiedzi na stawiane przez niego pytania”. Nie wolno mu jednak uczestnika do niczego zmuszać. „Ma także obowiązek przeprowadzenia z nim rozmowy wyjaśniającej sens badania oraz zapewnienia, że w razie jakichkolwiek późniejszych problemów będzie mógł się skontaktować z osobami, które przeprowadzały eksperyment”.

 

Milgram zapewniał, że spełnił wszystkie te warunki. Przed rozpoczęciem eksperymentu informował uczestników, że niezależnie od tego, co się wydarzy, otrzymają obiecaną zapłatę. Aktor grający eksperta nie wywierał na nich żadnych nacisków, każdemu udzielał tych samych, precyzyjnie sformułowanych odpowiedzi na pytanie, czy trzeba dalej i coraz surowiej karać „ucznia”. Jeśli mimo czterokrotnych zapewnień, że „uczeń odczuwa ból, ale jego zdrowiu nic nie grozi”, „nauczyciel” nadal się powstrzymywał od naciśnięcia przycisku, test przerywano. Po zakończeniu eksperymentu wszystkich informowano o jego rzeczywistym celu, przebiegu i o tym, że nikt nie ucierpiał. W efekcie – zapewniał Milgram – 84 proc. badanych wyraziło zadowolenie, że wzięło udział w doświadczeniu. Nie można mu więc było niczego zarzucić. Ale...

BADANI SPRYTNIEJSI OD BADACZA

W 2000 r. Uniwersytet Yale udostępnił swoje archiwa. Australijska psycholożka i pisarka Gina Perry wnikliwie przestudiowała dokumentację eksperymentu Milgrama. Znalazła w niej tyle faktów odbiegających od obowiązującej wersji, że napisała o tym książkę („Behind the Shock Machine: the Untold Story of the
Notorious Milgram Psychology Experiments” – „Nieopowiedziana historia słynnego eksperymentu Milgrama”). Z odsłuchanych przez nią taśm wynikało, że autorytet, którym dla uczestników był naukowiec-aktor, nie przestrzegał rygorystycznej ponoć procedury i wielokrotnie wywierał na nich nacisk. Wychodził sprawdzić, jak czuje się „uczeń” i wracał z zapewnieniami, że znakomicie.

Potem usilnie namawiał, by kontynuować eksperyment. Gdy badani chcieli sami sprawdzić stan człowieka rażonego prądem, nie pozwalał na to i siłą zatrzymywał ich przy aparaturze. Z nieujawnionych wcześniej dokumentów wynika też, że wielu podejrzewało, iż to w czym biorą udział, nie dzieje się naprawdę. W rozmowach po zakończeniu eksperymentu dziwili się, dlaczego krzyki karconego „ucznia” brzmią tak, jakby pochodziły z magnetofonu albo radia. Inni spostrzegli, że gdy chcąc oszczędzić ofierze cierpień, ukradkiem nacisnęli przycisk o mniejszym napięciu, nie wpływało to na jej zachowanie, wrzeszczała i jęczała jeszcze głośniej. Zastanawiała ich też całkowita obojętność eksperymentatora na los torturowanego człowieka, który skarżył się na chore serce.

 

Przecież gdyby od elektrowstrząsów dostał zawału lub zmarł, naukowiec stanąłby przed sądem. W efekcie część badanych uznała, że uczestniczą w czymś w rodzaju telewizyjnego programu „Jesteś w ukrytej kamerze” i naciskała guziki do oporu. Nie ze wszystkimi przeprowadzono też rozmowy odkłamujące sytuację. Uspokajano osoby, które kończyły eksperyment roztrzęsione. Inni otrzymali wyjaśnienia drogą listową. Gina Perry uważa, że Milgram troszczył się głównie o to, by nikt nie doznał trwałego uszczerbku na zdrowiu, co mogło narazić go na przykre konsekwencje. Natomiast dyskomfort psychiczny badanych czy dręczące ich poczucie winy było mu obojętne.

Szczegółową analizę dokumentacji eksperymentu przeprowadzili także dr Mathew Hollander z Uniwersytetu Stanu Wisconsin i Jason Turowetz z uczelni w niemieckim Siegen. Wyniki przedstawili w czasopiśmie „British Journal of Social Psychology”. Po przesłuchaniu 117 taśm stwierdzili, że około 70 proc. badanych nie wierzyło, że „uczeń” jest naprawdę rażony prądem. Wśród tych, którzy doszli do końca skali, czyli 450 V, 60 proc. zrobiło to nie ze ślepego posłuszeństwa, lecz chęci pomocy w badaniach. Tylko co dziesiąty uznał, że skoro podpisał umowę, musi się z niej wywiązać i bezrefleksyjnie wykonywał rozkazy. Co najważniejsze, obaj naukowcy zanegowali fundament teorii Milgrama. Odkryli, że wcale nie doszło do prostego podziału na nieposłusznych, którzy odmówili kontynuowania eksperymentu, i posłusznych wykonujących ślepo to, co im polecono. W rzeczywistości protestowali wszyscy, choć w różny sposób. Hollander i Turowetz wyróżnili sześć stosowanych przez nich strategii – od jawnego sprzeciwu i chęci udzielenia pomocy ofierze po nerwowe dopytywanie, czy koniecznie trzeba jej dalej zadawać ból. Autorytatywne stwierdzenie Milgrama, że 65 proc. ludzi jest w stanie zrobić wszystko, co każe im obdarzony autorytetem i zaufaniem przywódca, było więc mocno naciągane.

JASKINIA ZBÓJCÓW

Identyczne wnioski wynikają z analizy kolejnego słynnego eksperymentu. Przeprowadzili go w 1954 r. psychologowie Muzafer i Carolyn Wood Sherifowie, którzy „udowodnili”, że w ciągu kilku dni można doprowadzić do konfliktu między obcymi sobie grupami ludzi. By podkreślić to jeszcze wyraźniej, za obiekt badania wybrali nieskażone uprzedzeniami dzieci. 22 chłopców w wieku 11–12 lat podzielili na dwie grupy i każdą z osobna zaprosili na wakacyjny obóz w parku Robbers Cave (Jaskinia Zbójców) w stanie Oklahoma. W pierwszej fazie zadbali o zintegrowanie każdej grupy poprzez wspólną zabawę, wycieczki itp. Gdy dzieci zżyły się ze sobą, doprowadzili do spotkania obu gromad i zadbali, by doszło między nimi do rywalizacji. Organizowali konkursy i gry, w których nagrodę otrzymywał tylko zwycięski zespół.

Podsycali napięcie, dyskretnie sugerując, że ktoś z drużyny przeciwnej zagrał nieczysto. A pula nagród rosła. Po słodyczach pojawiły się tak pożądane przez chłopców scyzoryki, odznaki skautów itp. Jedni się cieszyli, w drugich narastała frustracja. Grupy coraz bardziej izolowały się od siebie, odmówiły wspólnego jedzenia posiłków, w końcu członkowie jednej wykradli i spalili proporzec konkurentów. Ci w rewanżu spalili rabusiom szałas. Doszło do wyzwisk i bójek. Naukowcy poprosili wówczas o ocenienie obu grup, chłopcy mówili o swojej w samych superlatywach, przeciwnej przypisywali najgorsze cechy.

 

W trzeciej fazie eksperymentu podjęto próbę załagodzenia konfliktu. Okazało się to bardzo trudne, nie zadziałało nawet wspólne oglądanie filmów i pokaz fajerwerków. Badacze sprokurowali więc „katastrofę”, zasypując zwałem kamieni dostęp do zaworu jedynego w okolicy zbiornika wody. Przez cały dzień nic się nie działo, ale gdy wieczorem skończyły się ostatnie zapasy wody w manierkach, chłopcy zaczęli znosić z góry kamienie. Zapadał zmierzch i któryś wpadł na pomysł, że uporają się z pracą szybciej, jeśli utworzą łańcuch i będą podawali głazy z rąk do rąk. Współpraca wymuszona przez wspólne poczucie zagrożenia sprawiła, że wrogość zanikła. Kolację znów zjedli wspólnie. Eksperyment Sherifów zyskał szeroki rozgłos, gdyż w oczywisty sposób kojarzył się z polityką i zimną wojną. Uznano go za przełomowe osiągnięcie psychologii społecznej oraz koronny dowód tzw. realistycznej teorii konfliktu. Tyle że żadnym dowodem nie był!

Sherifowie nie ujawnili, że pożądany efekt osiągnęli dopiero za trzecim razem. Dwie wcześniejsze próby sprowokowania konfliktu między dziećmi zakończyły się fiaskiem. Gina Perry, która przeanalizowała dokumentację również tego eksperymentu, odkryła, że rok wcześniej naukowcy zorganizowali podobny obóz w Middle Grove pod Nowym Jorkiem. Chłopcy nie dawali się jednak podpuścić i po przegranych konkursach gratulowali zwycięzcom. Opiekunowie sięgnęli więc po bardziej drastyczne środki. Jednej grupie wykradli z namiotów walizki i wyrzucili ich zawartość w krzaki, drugiej połamali instrumenty muzyczne. Miało to wyglądać na odwet konkurentów, ale dzieci spotkały się ze sobą i przysięgły na Biblię, że tego nie zrobiły. Doszły do wniosku, że są manipulowani przez opiekunów, którzy chcą sprawdzić siłę ich przyjaźni. Zamiast się kłócić, związały się ze sobą jeszcze mocniej.

Badacze byli wściekli, gdyż otrzymali od Fundacji Rockefellera 38 tys. dolarów (ok. 400 tys. dzisiejszych) na badania nad teorią konfliktów. Nie chcieli stracić pieniędzy, więc utajnili niepowodzenie i zorganizowali następny obóz. Analizując przyczyny porażki uznali, że popełnili błąd, dzieląc chłopców na dwie grupy
dopiero po rozpoczęciu imprezy. Dali im przez to czas na poznanie się – w efekcie rozerwanie zadzierzgniętych więzi okazało się już niemożliwe. Dlatego do Robbers Cave obie grupy przywieźli oddzielnie, by w momencie rozpoczęcia rywalizacji były sobie zupełnie obce. Tak jak przypuszczali, sprowokowanie konfliktu było wówczas łatwiejsze. Nie dokonali jednak przełomowego odkrycia, a jedynie udowodnili z góry założoną tezę. W metodologii nauki nazywa się to
efektem Rosenthala, czyli uzyskaniem wyników zgodnych z oczekiwaniami badacza. Nie jest to oszustwo, lecz błąd metodologiczny, szczególnie łatwy do popełnienia w eksperymentach psychologicznych. Wiele z nich trudno bowiem powtórzyć w innych ośrodkach naukowych (np. eksperyment Zimbardo), a tylko powtarzalność daje gwarancję prawdziwości dowodzonej teorii.

ŁATWIEJ O BŁĄD NIŻ O PRAWDĘ

Magazyn „Science” przedstawił przed dwoma laty wyniki prowadzonego od 2011 r. na Uniwersytecie Wirginii „Projektu Odtwarzania” (Reproducibility Project). Naukowcy powtórzyli 100 badań, których wyniki przedstawiono w czasopismach psychologicznych. Rezultaty identyczne lub zbliżone do opisanych przez autorów pierwszej wersji eksperymentów uzyskano tylko w 39 przypadkach. Doktor John Ioannidis, metodolog nauki z Uniwersytetu Stanforda, ocenia na łamach internetowego magazynu „PLoS One”, że z powodu nastawienia eksperymentatorów, doboru do badań zbyt małych lub niereprezentatywnych grup, wyciągania przesadnych wniosków, pomijania niewygodnych faktów „prawdopodobieństwo otrzymania błędnych wyników badań naukowych jest większe niż uzyskania prawdziwych”.

 

Nie oznacza to, że jeśli Philip Zimbardo, Stanley Milgram i wielu innych psychologów społecznych naciągało wyniki swych badań i formułowało zbyt daleko idące wnioski, to nie poszerzyli wiedzy o naturze człowieka. Skupili się jednak głównie na jej złej stronie. Tymczasem w stanfordzkim więzieniu obok brutalnych „strażników” byli również łagodni, a większość wcale nie chciała się znęcać nad ofiarami. W laboratorium Milgrama jedna trzecia badanych odmówiła zadawania cierpień, a niemal wszyscy próbowali tego uniknąć.

O tym się jednak nie mówiło, bo zło jest bardziej atrakcyjne od dobra i na jego demaskowaniu łatwiej zyskać uznanie i rozgłos. Ujawnienie prawdy o przełomowych eksperymentach pokazało, że nawet gdy ludzi ubierze się w jednakowe mundury, da się im władzę nad innymi i zachęci do ich krzywdzenia, wielu tego nie posłucha.
 

K O M E N T A R Z PROF. WOJCIECH PISULA, PSYCHOLOG

Badania takie jak Zimbardo, Milgrama czy Sherifów trzeba zawsze rozpatrywać w kontekście kulturowym i historycznym, w którym je przeprowadzono. Istotny jest fakt, że miały miejsce niewiele lat po II wojnie światowej, w czasach, gdy wielkim wyzwaniem dla nauk społecznych było zrozumienie, jak ludzie mogli być sprawcami tak strasznych rzeczy, jak holocaust i obozy koncentracyjne w Europie, czy zbrodnie armii japońskiej na Dalekim Wschodzie. Temu służyły te debaty: Czy człowiek jest z natury zły? Czy człowiek jest z natury dobry? Tamte badania niezależnie od kontrowersji, które później zostały podniesione – metodologicznych i etycznych – pokazały, jak wielką siłę sprawczą ma sytuacja, w której się znajdujemy. Dowiodły, że czynniki sytuacyjne mogą w znacznym stopniu determinować nasze zachowanie. I tego nikt tym eksperymentom nie odbierze.

Przy replikacjach eksperymentu Zimbardo bardzo trudno jest odtworzyć – właściwie jest to niemożliwe – warunki kulturowe, w jakich się odbywały. Powtarzamy ten eksperyment po pięćdziesięciu latach, po publicznej dyskusji na temat praw jednostki, na temat tego, co wolno, czego nie wolno, jak nasze prawa powinny być chronione przez służby państwowe. To, czy osoby uczestniczące w replikowanych badaniach zachowają się inaczej niż ich poprzednicy, zależy od wielu czynników, na które już wpływu nie mamy. Nie mamy bowiem możliwości odtworzenia stanu umysłów osób badanych w tych klasycznych eksperymentach. Jeżeli więc np. w replikacjach eksperymentu Milgrama okazałoby się, że ludzie nie decydują się na użycie szoku elektrycznego wobec innych osób, może to oznaczać, że zmieniliśmy się my. I to na lepsze!

Prof. dr hab. Wojciech Pisula jest pracownikiem Instytutu Psychologii Polskiej Akademii Nauk.