Geograf i przyrodnik Alexander von Humboldt oszacował wartość tego skarbu na 300 000 000 dolarów. Zrobił to ponad 200 lat temu. Przy dzisiejszej sile nabywczej amerykańskiej waluty trzeba by do tej sumy dopisać co najmniej trzy zera. Humboldt był poważnym naukowcem, nie szukał złota, lecz przez półtora roku badał bieg rzeki Orinoko, by wreszcie precyzyjnie nanieść go na mapy. Mało tego, penetrując dżunglę, wykluczył możliwość istnienia w niej ukrytej krainy, której nazwa stała się synonimem bogactwa – Eldorado. Jednak nawet on nie oparł się pokusie pofantazjowania o skarbie ukrytym w jeziorze Guatavita. Tymczasem w wyobraźni jego poprzedników był to zaledwie okruch bogactwa, który mieszkańcy miasta z domami i ulicami pokrytymi złotem ofiarowali bogom. Za znalezienie całości gotowi byli oddać wszystko, także zdrowie i życie.

ZŁOTO NA CMENTARZU

Po usadowieniu się na Karaibach i podboju Meksyku Hiszpanie zaczęli się osiedlać na wybrzeżach Ameryki Południowej. Zakładali tam miasta, z których widzieli majaczące na horyzoncie góry. Pytanie, co kryje się za ośnieżonymi szczytami, nasuwało się każdemu, kto zawinął do portów na terenie dzisiejszej Kolumbii i Wenezueli. Gdy Francisco Pizarro dotarł do intrygującego kontynentu od strony Pacyfiku i odkrył „złote” imperium Inków, nic już nie mogło powstrzymać konkwistadorów. Żądza sprawdzenia, co kryje w głębi ląd rozciągający się między dwoma oceanami, dopadła nawet Karola V, hiszpańskiego króla i niemieckiego cesarza w jednej osobie. W latach 30. XVI wieku wybuchła prawdziwa gorączka złota.

Jako pierwsi ulegli jej Pedro de Heredia, założyciel Cartageny i Diego de Ordás, uczestnik podboju Meksyku rezydujący na Kubie. Z racji pełnionych urzędów obaj byli wystarczająco zamożni, by sfinansować ekspedycje. Heredia ze 150 ludźmi wyruszył z Cartageny na południe, wzdłuż rzeki Magdalena. Indian Czibcza. Przyjęli go dość przyjaźnie, ale sielanka szybko się skończyła. Hiszpanów nie interesowały obyczaje i kultura tubylców, lecz wyłącznie ich dobytek. Wystarczyło, że zobaczyli kilka złotych przedmiotów, by wzięli się za rabowanie. Największe łupy zdobyli, plądrując indiańskie cmentarze.

Po powrocie do Cartageny błyskawicznie rozeszła się wieść, że każdy z  uczestników wyprawy otrzymał 6 tysięcy złotych dukatów, a Heredia pół miliona. To jednak nie wszystko. Od torturowanych jeńców Hiszpanie  dowiedzieli się, że Czibcza są wieśniakami, którzy jedynie wymieniają na złoto wytwarzane przez siebie produkty – żywność, gliniane garnki, tkaniny. A cennym kruszcem płacą im za zakupy ludy żyjące w głębi dżungli, wokół bajecznie bogatego miasta.

Diego de Ordas wybrał inną trasę, zaczynającą się na terenie dzisiejszej Gujany. Następnie popłynął w górę Orinoko, aż do jej dopływu o symbolicznej nazwie Meta. Od branych do niewoli Indian słyszał podobne wieści jak Heredia – w górnym biegu Mety leży kraina złotem i klejnotami płynąca. Podniecony ruszył w jej stronę, lecz coraz ostrzejszy nurt, progi skalne i wreszcie  wodospady okazały się przeszkodą nie do pokonania. Musiał zawrócić.

WIELKI WYŚCIG

Dalsze losy pierwszych poszukiwaczy Eldorado potoczyły się podobnie. Obaj zostali oskarżeni przez zazdrosnych rywali o korupcję, przywłaszczenie majątku i kilkadziesiąt innych grzechów. Obu skazano na więzienie i horrendalne grzywny, więc udali się do Hiszpanii, by złożyć na dworze apelację. Ordás zmarł w czasie rejsu przez Atlantyk, statek Heredii zatonął. Uratowała go załoga innego okrętu, a złota Czibczów wystarczyło na obdarowanie kogo trzeba i uzyskanie uniewinnienia. Powrócił na urząd gubernatora Cartageny, lecz wypadł z monarszych łask i planów zorganizowania następnej wyprawy już nigdy nie zrealizował. Wyręczyli go inni.

Do wielkiego wyścigu w 1536 r. wystartowało trzech rywali. Szlakiem przetartym przez Heredię ruszył Jiménez de Quesada, który zrezygnował ze świetnie opłacanej posady prawnika. Również znad Morza Karaibskiego na południe, trasą bardziej wysuniętą na wschód, szedł Niemiec Nikolaus Federmann. Najdłuższą i najbardziej karkołomną drogę wybrał Sebástian de Belalcázar, zawodowy żołnierz o niepohamowanych ambicjach. Wyruszył z nadmorskich równin Ekwadoru, by przejść ponad 2 tys. km dolinami i przełęczami niebotycznych gór.

De Quesada i Federmann grzęźli w bagnach, ich ludzi zabijał upał, tropikalne choroby, dzikie zwierzęta. Musieli też pokonać granicę wiecznych śniegów, gdzie część ekspedycji wymarła z zimna i głodu.