Robot skonstruowany przez studentów Politechniki Łódzkiej – zwany „Palaczbotem” – starannie zaciąga się dymem z elektronicznego papierosa. Czujniki analizują jego skład i przesyłają dane do komputera. Tam zajmuje się nimi zespół naukowców pod kierownictwem prof. Andrzeja Sobczaka ze Śląskiego Uniwersytetu Medycznego i Instytutu Medycyny Pracy i Zdrowia Środowiskowego w Sosnowcu.

„Bez wątpienia elektroniczne papierosy są o wiele bardziej bezpieczne dla zdrowia człowieka niż papierosy konwencjonalne” – zapewnia uczony, który przeprowadził pierwsze tego typu analizy w Polsce. Z badań zagranicznych wynika, że e-papierosy pomagają rzucić lub znacznie ograniczyć palenie. Szacuje się, że z takich urządzeń korzysta blisko pół miliona polskich palaczy. Tylko czy aby na pewno wyjdzie im to na zdrowie?

W zasadzie niegroźny

Elektroniczny papieros to miniaturowa maszynka do wytwarzania aerozolu. Zamiast tytoniu ma pojemnik na płyn, w którym znajduje się nikotyna, substancje smakowo-zapachowe, gliceryna oraz glikol propylenowy. Ten ostatni po podgrzaniu elektryczną grzałką zamienia się w „dym”, podobnie jak w teatralnych instalacjach do tworzenia sztucznej mgły. Nie dochodzi tu do spalania czegokolwiek, co oznacza znikome ryzyko zaprószenia ognia i oczywiście mniejszą szkodliwość dla zdrowia.

Zespół prof. Sobczaka porównał zwykły dym papierosowy z tym, który wydobywa się z e-papierosa. Ten drugi okazał się całkiem czysty. Poziom najbardziej toksycznych składników – benzenu, toluenu, formaldehydu czy wielopierścieniowych węglowodorów aromatycznych (WWA) – był w nim bardzo niski lub wręcz zerowy. Nie wykryto także metali ciężkich oraz tlenku węgla, czyli czadu. Inne badania wykazały, że u osób, które przerzuciły się ze zwykłych papierosów na elektroniczne, już po tygodniu znacznie spada poziom wydalanych z moczem rakotwórczych związków, m.in. nitrozoamin.

Zwykły papieros jest groźny nawet dla niepalących z powodu tzw. strumienia dymu bocznego, czyli tego, co wydobywa się z tlącej się końcówki. W tym dymie jest ponad dwa razy więcej substancji smolistych, nikotyny i fenoli, niemal pięć razy więcej tlenku węgla oraz blisko 70 razy więcej amoniaku niż w dymie głównym, wdychanym przez palacza. E-papieros w ogóle nie wytwarza dymu bocznego. Bierny palacz w tym przypadku jest narażony jedynie na to, co wydycha z płuc aktywny palacz – czyli nikotynę, ale w stężeniu dziesięciokrotnie niższym niż w przypadku papierosa tradycyjnego.

Wojny lobbystów

Sceptycy mają wątpliwości co do wiarygodności badań, które dały tak pozytywne rezultaty. Zwracają uwagę, że brały w nich udział stosunkowo nieliczne grupy palaczy, a obserwacje obejmowały niedługi przedział czasu. Mnożą się apele o poddanie e-papierosów ścisłej kontroli. Już kilka lat temu Amerykańska Agencja ds. Żywności i Leków (FDA) próbowała ograniczyć import tych urządzeń, produkowanych głównie w Chinach – na razie bezskutecznie, ale takie próby są już podejmowane w Unii Europejskiej i w Polsce. Komisja Europejska zamierza wprowadzić dyrektywę, zgodnie z którą e-papierosy miałyby zostać potraktowane jak inne terapie antynikotynowe, takie jak plastry czy tabletki – dostępne wyłącznie w aptekach. Podobne pomysły zgłaszają koncerny tytoniowe.

Faktem jest bowiem, że e-papierosy trafiły w lukę prawną. Same urządzenia nie zawierają tytoniu, więc nie podlegają ustawie antynikotynowej. Nie zostały też uznane za inhalatory służące do podawania leków, dlatego nie dotyczy ich prawo farmaceutyczne. A to znaczy, że można nimi handlować bez jakichkolwiek ograniczeń. Płyny z nikotyną można z łatwością kupić przez internet. Efekt? Elektroniczne papierosy stają się popularne wśród nieletnich. Uczniowie w Polsce nie tylko je kupują, ale nawet wypożyczają kolegom, np. na przerwę w szkole, inkasując za to po kilka złotych. To coś, na co trzeba zwrócić uwagę.

Z drugiej strony należy pamiętać, że ograniczenie sprzedaży elektronicznych papierosów może być na rękę lobby tytoniowemu. Producenci klasycznych papierosów nie mają jeszcze w ofercie takich urządzeń, a teraz tracą rynek na rzecz masowej chińskiej produkcji. Zawierające nikotynę płyny do e-papierosów nie są obciążone podatkiem akcyzowym, co sprawia, że przychody traci także państwo (papierosowa akcyza zasila budżet kwotą ok. 20 mld złotych rocznie).

Tylko dla nałogowców

Specjaliści od zwalczania palenia też są ostrożni. „Wyniki wstępnych badań są optymistyczne, ale reklamowanie e-papierosów jako bezpiecznej alternatywy to nadużycie. Nawet jeśli stężenia szkodliwych substancji w elektronicznych papierosach są niższe niż w konwencjonalnych, to pamiętać należy o nikotynie, która w ich przypadku nie ma standaryzowanej dawki ani określonego schematu dawkowania. Stosowanie takich produktów nie jest zatem ukierunkowane na rzucenie palenia. Można mówić najwyżej o redukcji szkód, ale przede wszystkim o dbałości o zysk producenta” – podkreśla Irena Przepiórka z Centrum Onkologii w Warszawie.

Sami zwolennicy tej formy palenia zdają sobie sprawę z problemów – choćby z jakością produktów. E-papierosy i wkłady do nich można kupić praktycznie wszędzie, od stoisk w centrach handlowych po internet. Na opakowaniu płynu nie zawsze jest wymieniony jego skład, trafiają się urządzenia bez gwarancji czy polskiej instrukcji obsługi... Stąd próby uporządkowania rynku, takie jak inicjatywa eSmoking Institute. „Będziemy dążyć do tego, by na produktach znalazły się oznaczenia »Nikotyna uzależnia« oraz »Niezalecane osobom poniżej 18. roku życia«“ – zapewnia dr Michał Kozłowski, prezes tej organizacji, z wykształcenia chemik.

„Nadal nie wiadomo, jak długotrwałe stosowanie e-papierosa wpłynie na organizm człowieka. Nie można też wykluczyć, że ktoś wprowadzi do sprzedaży płyny zawierające jakieś bardziej toksyczne substancje” – przyznaje prof. Sobczak. Dlatego takie produkty powinny być stosowane wyłącznie przez osoby uzależnione od nikotyny. Bo jest szansa, że dzięki temu będą zdrowsze, a część z nich może nawet całkowicie zerwać z nałogiem. Jeśli weźmiemy pod uwagę, że z powodu chorób odtytoniowych co roku umiera w Europie ok. 700 tys. osób, gra może być warta świeczki.

Historia e-palenia

1965

Pierwszą próbę podjął już w 1965 roku Herbert A. Gilbert, naukowiec z Pensylwanii. Jego pomysł polegał na wdychaniu ciepłego, aromatyzowanego tytoniem powietrza, które nie zawierało nikotyny. Nikt jednak nie zdecydował się wówczas na uruchomienie produkcji.

1997

W 1997 roku koncern tytoniowy Philip Morris rozpoczął testowanie systemu „Puff Activated Lighter”. Do elektronicznego urządzenia zasilanego baterią wkładało się ultralekki papieros, który podgrzewany był tylko podczas zaciągania się. Jednak okazało się, że palacze musieliby palić aż cztery razy więcej niż normalnie, by zaspokoić swe potrzeby.

2000

W tym roku chiński farmaceuta Hon Lik zaprojektował prototyp współczesnego e-papierosa.

2004

Produkt trafia na chiński rynek pod marką Ruyan. Dwa lata później elektroniczne papierosy pojawiły się w Europie, a następnie w USA.


Karolina Apecionek, 2013