Bałem się iść na "Avengers: Endgame", bo nie widziałem żadnej poprzedniej części. No dobra, prawie żadnej - widziałem "Infinity War", do połowy, zasnąłem. Żeby nie było, zasnąłem w domu, na kanapie, nie w kinie; było późno, byłem zmęczony, napchałem się pizzą, więc jestem (chyba) usprawiedliwiony. Nie, bynajmniej nie jestem na bakier z popkulturą - zbieram komiksy od dzieciństwa, pisałem o nich pierwsze teksty dziennikarskie, kupuję je do dzisiaj, zajmują w moim domu kilka ciężkich półek. Gram w gry video, jak wariat, jestem od nich uzależniony i z tym nałogiem akurat nie walczę, człowiek musi mieć coś od życia. Kocham historie o superbohaterach. Co więcej, wydaje mi się, że je rozumiem - przynajmniej rozumiem ich rolę, jaką pełnią w ludzkiej kulturze, jako nowego politeizmu, organizującego zbiorową wyobraźnię. Czytaj - traktuję historie superbohaterach dosyć poważnie. 

Bałem się jednak iść na "Endgame", gdyż bałem się, że zwyczajnie nie zrozumiem historii. Film reklamowany był jako wielki, trzygodzinny finał całego uniwersum, zbierający do kupy i kończący wszystkie wątki, dramaty i tragedie toczące się przez ostatnie lata na ekranach multipleksów. Tworzone przez fanatyków memy wmawiały mi, że aby dobrze zrozumieć film muszę obejrzeć wszystkie tysiąc filmów Marvela, nakręconych przez ostatnie dziesięć lat. A ja widziałem ich tylko kilka. Najbardziej podobał mi się "Deadpool 2" oraz serial "Punisher' na Netfliksie, no i oczywiście tańczący z wybitnością "Logan", ale wiedziałem, że dla żadnego z tych bohaterów nie ma miejsca w filmie Avengers. To starcie tytanów, a nie psychopatycznych, życiowych przegrywów, funkcjonujących gdzieś na obrzeżach tego arcybogatego uniwersum. 

No dobra, przekonany przez pasierbicę, poszedłem w końcu do kina. Wbrew obawom, bawiłem się bardzo dobrze. Przede wszystkim było dużo śmiesznych żartów, przez cały film unosił się frywolny duch innego filmu z uniwersum Marvela, który oglądałem, czyli znakomitych "Strażników Galaktyki". Najbardziej bawił mnie oczywiście Hulk. Od czasu, gdy rzuciłem palenie, i przytyłem 15 kilo, coraz bardziej utożsamiam się z tym bohaterem. W każdym razie, zrozumiałem wszystko, historia nie okazała się być skomplikowana - uwaga, SPOILER ALERT - zły, fioletowy gość wygrywa, zabijając połowę planety, cofamy się w czasie, poświęcamy nasze jednostkowe życia dla dobra ogółu i zabijamy złego gościa. SPOILER ALERT DALEJ - Umiera Iron Man, jego śmierć nie ma jednak jakiegoś specjalnie tragicznego wymiaru, i czuć, że Downey Jr. po 11 latach i 9 filmach żegna się z tą postacią z ulgą i spełnieniem człowieka, którego stan konta spokojnie pozwala mu na kupno, na przykład, całej Mołdawii. Umiera też Black Widow, grana przez Scarlett Johansson; umiera jednak spadając w przepaść, a raczej znikając w tej przepaści, co spokojnie pozwala ją z tej przepaści wyjąć, otrzepać z kurzu i pchnąć z powrotem do akcji w którymkolwiek z potencjalnych, przyszłych filmów. 

Dotknąć boskości siedząc w kinie

Bawiłem się świetnie, ale mówiąc szczerze, wcale nie odczułem dramatyzmu sytuacji. Ten mogą odczuć albo widzowie mocno nieletni, albo nieskażeni przez trwające całe życie obcowanie z komiksami. Ja, wychowany na DC i Marvelu, wiem jedno - te historie nigdy się nie kończą. Są kręcącą się w kółko, współczesną mitologią, podlegającą nieustannej reinterpretacji. Jako czytelnik komiksów przeżyłem już wszystko, śmierć Supermana, złamany kręgosłup Batmana, śmierć Kapitana Ameryki, kryzys na nieskończonych ziemiach, x śmierci Wolverinea - i tylko Punisherowi, mojemu ulubieńcowi, wciąż nie udało się pomścić śmierci swojej biednej rodziny. Człowiek stworzył komiksowe wszechświaty jako genialne dzieła w toku, work in progress podlegające ciągłym przepisywaniom.