Dlatego Fitbit Air zaciekawił mnie właśnie przez to, czego nie ma. Nie ma ekranu. Nie ma przycisków. Ma być lekki, prosty i możliwie niewymagający. Google pokazuje go jako opaskę za 99 dolarów, czyli około 350 zł, ważącą 12 g z paskiem i 5,2 g bez niego. Sensor można wyjąć i przełożyć do innego paska. W środku znalazły się podstawowe czujniki: optyczny pomiar tętna, żyroskop, akcelerometr, czujnik saturacji i czujnik temperatury skóry wykorzystywany m.in. przy analizie snu. Do tego dochodzi wodoodporność do 50 m, bateria na siedem dni i szybkie ładowanie, które po pięciu minutach ma dawać dzień pracy.
Ekran nie zawsze pomaga dbać o zdrowie
Najbardziej podoba mi się w tym ruchu powrót do prostszego myślenia o trackerze. Nie każdy chce smartwatcha. Nie każdy chce kolejne urządzenie, które świeci, wibruje i prosi o naszą uwagę. Czasem człowiek chce po prostu zebrać dane o ruchu, śnie i organizmie, a potem zajrzeć do nich wtedy, gdy sam ma na to ochotę.
Fitbit Air wygląda więc trochę jak powrót do korzeni Fitbitów: mała opaska do codziennego, zwykłego śledzenia zdrowia, a nie kolejny zegarek próbujący zastąpić telefon. Google samo tłumaczy ten kierunek tym, że wiele wearables jest dziś dla ludzi zbyt skomplikowanych, zbyt dużych albo zbyt drogich. Air ma być urządzeniem, które można dać dziecku albo rodzicowi bez tłumaczenia całego systemu obsługi. Zakładasz i po prostu działa.
To jest bardzo dobry kierunek dla rynku, który przez lata sprzedawał nam zdrowie przez coraz bardziej rozbudowane ekrany. Tymczasem sen nie robi się lepszy od tego, że o 23:40 widzimy jeszcze jedną ikonę. Trening nie zawsze potrzebuje animacji. A regeneracja czasem zaczyna się właśnie wtedy, gdy przestajemy patrzeć na ekran urządzenia.
Google nie wskrzesza starego Fitbita
Fitbit Air jest pierwszym sprzętem tej marki od niemal czterech lat, ale debiutuje razem z końcem aplikacji Fitbit w dotychczasowej formie. Od 19 maja aplikacja Fitbit i Android Health Connect mają zostać połączone w jedną aplikację Google Health. Fitbit Premium zmieni nazwę na Google Health Premium, choć cena subskrypcji ma pozostać bez zmian.

Google nie buduje już osobnego świata Fitbita tylko własną platformę zdrowotną, która ma działać szerzej niż jeden producen. Docelowo Google Health ma obsługiwać także urządzenia firm trzecich, takich jak Garmin, Whoop czy Oura, choć na start ma być ograniczone do Pixel Watchy i Fitbitów. Aplikacja ma być również kompatybilna z iOS.
AI-coach brzmi dobrze, ale zdrowie to nie miejsce na lanie wody
Google jednocześnie wypuszcza z bety swojego AI Health Coach. Ma on pomagać w adaptacyjnych planach fitness, rozmowie o danych zdrowotnych, analizie posiłków na podstawie zdjęć z aparatu i tłumaczeniu, jak różne metryki łączą się ze sobą. Brzmi jak święty Graal rynku wearables. Nie tylko mierzyć ciało, ale wreszcie powiedzieć człowiekowi, co z tych danych wynika.
To jest kierunek bardzo potrzebny, bo obecne trackery często robią z użytkownika księgowego własnego organizmu. Masz wynik snu, gotowość, tętno spoczynkowe, temperaturę, aktywność, HRV, kroki i kalorie. Tylko potem zostajesz z pytaniem: dobrze, i co ja właściwie mam z tym zrobić? AI mogłaby pomóc połączyć kropki. Zauważyć, że gorszy sen idzie w parze z późnym jedzeniem, że treningi są zbyt monotonne.
Ale zdrowotne AI ma też ogromny problem z zaufaniem. Ładnie brzmiąca odpowiedź nie wystarczy. W zdrowiu, sporcie i diecie halucynacje, uproszczenia i pewność bez pokrycia są znacznie groźniejsze niż w generowaniu planu podróży. AI-coache testowane przez rynek często wypadają słabo bo produkują ogólne raporty bez realnej wartości. Google deklaruje, że dane Fitbit pozostaną oddzielone od biznesu reklamowego, a trenowanie modeli na danych użytkownika ma być opcjonalne i domyślnie wyłączone.

Brak ekranu może być największą funkcją
W Fitbit Air najciekawsza jest więc filozofia. Ekran przestał być oczywistym centrum urządzenia. Opaska ma zbierać dane, ale nie wchodzić w głowę przy każdym ruchu nadgarstka. Można ją nosić z Pixel Watchem równolegle, np. zegarek w dzień, Air do snu i treningów, co wcześniej w ekosystemie Fitbit nie było tak naturalne.
To może być bardzo sensowny kierunek dla osób, które mają już dość noszenia miniaturowego komputera na ręce przez całą dobę.
Fitbit przez lata miał bardzo prostą siłę: pomagał ludziom ruszać się więcej bez robienia z nich sportowców z laboratorium. Potem rynek poszedł w smartwatche, rozbudowane metryki i ekrany, a sama marka przeżyła trudny okres. Teraz Google najwyraźniej próbuje zbudować coś innego.
Czy to się uda? Moim zdaniem to zależy od tego, czy AI naprawdę będzie pomagać, czy tylko streszczać dane w ładniejszych zdaniach. Zależy też od tego, czy Google przekona użytkowników, że ich najbardziej intymne informacje nie staną się kolejnym paliwem do biznesu. I wreszcie od tego, czy Fitbit Air będzie wystarczająco wygodny, tani i bezproblemowy.
