Kraków, lata 50. Po usłyszeniu dzwonka Halina z Irzykowskich Żuławska otwiera drzwi mieszkania przy ul. Orląt 8 i widzi mężczyznę z rulonem i paczką. Zapytana przez nieznajomego potwierdza, jak się nazywa. „Zapewne zainteresuje to panią, a zwłaszcza synów” – mówi nieznajomy, nie wyjaśniając, co przyniósł. Znika bez słowa. Chociaż czasy nie sprzyjają wizytom takich „listonoszy”, przeważa ciekawość. Po otwarciu rulonu kobieta widzi cztery znacznych rozmiarów (ok. 60 x 40 cm) stare pergaminy z pieczęciami, zwisającymi na ozdobnych sznurkach. Potwierdzają uzyskanie stopni doktora medycyny przez Karola Żuławskiego (Uniwersytet Jagielloński) oraz Leona Żuławskiego w Wiedniu. W paczce znajduje się zachowany w kiepskim stanie zeszyt z odręcznym pismem doktora Leona. Również rękopisem okazuje się jedna z przyniesionych książek, na 194 stronach zapełniona łacińskimi i niemieckimi zdaniami. Druga to wydana w 1836 r. w Wiedniu (po łacinie) rozprawa doktorska Joannesa Baptisty Steinera „Plurium morborum casus” zawierająca opis chorób, ich leczenie i niezbędne leki. Między kartami drukowanymi umieszczono i pisane ręcznie, po polsku. Na pierwszy rzut oka wyglądają jak adnotacje lekarskie do łacińskiego tekstu.

Księga doktora Steinera – podobnie jak inne odnajdywane dokumenty lub fotografie rodzinne – trafia do rodowego archiwum, którym opiekują się w Milanówku Zofia i Maciej Żuławscy. Wyjazdy i praca nad książką o Żuławskich odsuwają jednak w czasie przyjrzenie się XIX-wiecznej pracy Steinera. I tak „Plurium morborum casus” znowu cierpliwie czeka ponad 50 lat. Pewnego dnia Zofia Żuławska zwraca uwagę na karty w książce Steinera, zapisane odręcznie po polsku. Nie wierzy własnym oczom: są pisane wierszem! Przy najbliższej okazji jej szwagier Jacek zabiera „Plurium…” do Krakowa. Już w pociągu stwierdza, że kilkadziesiąt kart nie ma nic wspólnego z leczeniem, chorobami i lekarstwami. Autorem pisanego wierszem tekstu na pewno nie jest dr Steiner. Więc kto? Pojawiające się słowo „ja”, poprawione na „doktor choć smutny do tego kulawy”, w połączeniu z nazwą „Limanowa” można odnieść jedynie do życiorysu mieszkającego w tej niewielkiej galicyjskiej miejscowości doktora Leona Hermenegildusa Żuławskiego – absolwenta wydziału medycznego najsłynniejszego w tym czasie Uniwersytetu Wiedeńskiego.

Mimo możliwości praktykowania w Wiedniu lub kariery naukowej na Uniwersytecie Jagiellońskim dr Leon w 1843 r. wybiera pracę w Limanowej. Syn Leona Karol (też doktor medycyny) twierdził, że ojciec wrócił z trzech przyczyn: aby opiekować się dziadkiem, z powodu nadwątlonego własnego zdrowia i z „pobudek politycznych”. Praprawnuk Jacek Żuławski podkreśla jednak wspomniane „pobudki polityczne”. Być może młody lekarz nie chciał być wciąż inwigilowany przez austriacką policję polityczną.

TATARY I KROKODYLE

Autor wspomina „pełną świateł wiedeńską stolicę”. Ale jego poemat to nie wspomnienia z Wiednia. Leon Żuławski opisuje ogniska, rozpalone przez gromady chłopów, otaczające ukrytą w ciemnościach Limanową. Martwi się, że „kulawemu doktorowi” trudno walczyć, a nawet uciekać. Pisane wierszem karty okazują się poematem pt. „Oblężenie Limanowy czyli rzeź galicyjska 1846”! Limanowianie wiedzieli już o zabijaniu właścicieli i rabowaniu dworów w okolicy. Wzrok autora poematu kieruje się na towarzyszące napastnikom baby z worami i płachtami przyniesionymi, „by nas rabować, brać, co przydatne, do worów pakować”. Być może „W kościele dziś z rana kazania z ust swego kapłana / Z wielkim wzruszeniem, ze łzami słuchały” – pisze – „jednak pod miastem dziś jak tygrysice na nas patrzały i jak krokodyle”. O chłopskich gromadach dodaje: „Czyż to Tatary, Kałmuki, tyrany? / Jakimże oni to mówią językiem? / Wszak nasze chłopy, wszak i chrześcijany / Widać niektórych ze szkaplerzykiem”.
Przeciwko otaczającym miasteczko chłopom, uzbrojonym w kosy, siekiery, widły oraz kije, Limanowa może wystawić niewielu uzbrojonych ludzi: „Sędzia, pisarz, z proboszczem wikary” – wylicza obserwujący przygotowania Żuławski – „wójt i przysiężni, i kowal z piekarzem, krawiec ze szewcem i stolarz z rymarzem, chaskiel i Marek i z Joskiem Gitlusia”.

Wesprzeć ich powinno kilku dziedziców (którzy z rodzinami zdążyli uciec z miejsc zamieszkania), siedmiu żołnierzy kaprala Szczypty z 20. pułku piechoty austriackiej i 12 lub 20 strażników skarbowych, przysłanych do miasteczka przez komisarza Antoniego Eminowicza. W Limanowej – zdaniem osaczających miasto wieśniaków – ukrywa się kilku „buntowników”, spiskujących przeciw cesarzowi, więc zamierzają zawieźć ich do cyrkułu. „Naprzód z tej zgrai chłop wyskakuje / Może był wodzem ich młodzian ten dziarski / Papier wyjmuje i nam pokazuje / mówi: tu mamy nasz rozkaz cesarski. / Wolno nam wszystkie te dwory rabować / Bo na cesarza się chcieli buntować / Wszyscy panowie, więc my ich łapiemy / I do cyrkułów związanych wożemy”.

PRZYWIEŹĆ GŁOWĘ

 

Zaraz po słowach o „wożeniu do cyrkułów” – nie czekając, co chłop powie dalej – obrońcy Limanowej zaczynają do niego strzelać. 28-letniego owczarza z Laskowej Józefa Domitera trafiają pociski, wystrzelone przez nieznanego z nazwiska kaprala oraz Józefa Wejmana lub Jana Jedlińskiego. Zostaje w Limanowej na zawsze, pochowany na miejscowym cmentarzu. Kilkunastu innych chłopów ginie lub zostaje rannych. Będzie się nimi opiekował właśnie dr Leon Żuławski. Atakujący wycofują się, obrońcy też postanowili odpocząć. Nad miastem wciąż wisi strach, bo zdążyły tam dojść wieści o kilkuset spalonych dworach oraz o ich właścicielach przywiezionych m.in. do cyrkułu w Bochni. Jeśli tylko powiązanych, to mieli szansę przeżycia. Niektórym austriackim urzędnikom wystarczyło jednak dostarczyć głowy zamordowanych, jako dowód do chłopskiego podania o zwolnienie od obowiązku odśnieżania…

Mimo to, opisując szczegółowo pierwsze starcie limanowian z napastnikami, doktor pozwala sobie na poczucie humoru: „Jak Bonaparte, co zbił Mameluki / Bitwę tę nazwał pod piramidami / Tak limanowskie wojenne te sztuki / Pisząc – tę bitwę zwę pod stodołami”.W kolejnym dniu oblężenia do czekających pod stodołami chłopów dołącza austriacka piechota i kawaleria. Pisze Żuławski: „Wyrok na miasto wydany był taki / Gdy się ośmielą wystrzelić łajdaki / Wojsko z chłopami niech zacznie szturmować / Miasto podpalić, a ludzi mordować”.

Dowodzący ekspedycją karną rotmistrz Mainoni z zaskoczeniem wśród obrońców widzi cesarskiego komisarza Grohmana i kapitana Steinmeca. „Bracie, przybywasz jak przyjaciel czy wróg?” – słyszy pytanie. Ale że w cyrkule dostał wyraźne rozkazy, poleca swoim kawalerzystom przeszukać dwór i inne zabudowania. Nigdzie nie ma poszukiwanej amunicji ani broni. Polecenie rozejścia się do domów rozwściecza natomiast chłopów z Iwkowej, Dobrej Jaworzna, Jodłownika, Kamionnej, Piekiełka, Tymbarku i kilkunastu innych wsi. Żądają wydania swoich rannych towarzyszy. Wójtowie domagają się zaświadczeń, potwierdzających że każdy z nich z tyloma chłopami „stawił się pod Limanową, bo się im za to przecie nagroda należy”. W szóstej części poematu doktor Żuławski podkreśla więc ponownie swoje zdumienie słowami napastników o wykonywaniu cesarskiego rozkazu, bo i on – jak przypomina – „kocha cesarza i wiernie i szczerze”. Być może zadeklarował się tak na wypadek znalezienia rękopisu przez policję?

UKRYTY RĘKOPIS

Nie wiadomo kto, kiedy i w jakiej sytuacji przed laty zadecydował o schowaniu „Oblężenia…”. Wiadomo tylko, że bezpieczną skrytką miał być egzemplarz dysertacji doktorskiej J.B. Steinera. W każdej składce introligatorskiej „Plurium morborum...” zostaje wszytych lub wklejonych po kilka kartek (razem 43), przyciętych do formatu książki. Poemat składa się z czterystu czterowierszowych strof. Wyraźnie brakuje zakończenia. Może było, ale go nie dołączono? Opracowująca edytorsko „Oblężenie...” Joanna Dziewulska jest zdania, że w dysertacji Steinera brakuje tylko kilku zapisanych kart. Żuławski raz wykorzystywał pióro i brązowy atrament, w innych miejscach ołówek. Wielokrotnie przekreślał czy poprawiał niektóre słowa, a nawet całe zdania, zmieniał informacje o jakimś fakcie lub zapisane wcześniej nazwisko. Być może poprawki pojawiły się w jego notatkach lub rękopisie po rozmowach z rannymi chłopami, które prowadził jako opiekujący się nimi lekarz.

CENNY DAR

Nie udało się – jak dotąd – ustalić tożsamości „listonosza” wysłanego do Haliny Żuławskiej. Ostatecznie dysertacja Steinera, z ukrytym wewnątrz poematem jako depozytem, powiększyła (bedąc darem Jacka i Macieja Żuławskich) zbiory rękopisów Biblioteki Jagiellońskiej. Dr Leon w domu w Limanowej poruszał się na specjalnie skonstruowanym wózeczku. Przez 13 ostatnich lat życia do pacjentów noszono go albo wożono. 20 stycznia 1869 r. wywróciła się bryczka, którą wracał od chorego do domu. Leon Hermenegildus Żuławski nie przeżył wypadku.

 Zbiory Biblioteki Jagiellońskiej