Gdy jeden skan zastępuje dwa. 3D, które może skrócić drogę do decyzji

Zdarza się, że medycyna widzi albo–albo: albo szybki podgląd tkanek, zwykle ultradźwiękami, albo osobne badanie, które lepiej pokaże naczynia i ich pracę. Nowa technika 3D próbuje to połączyć w jednym, spójnym ujęciu – tak, żeby lekarz dostawał naraz przestrzenną mapę budowy tkanek i warstwę koloru, która wynika z optycznych właściwości krwi.
...
aktywność fizyczna pomaga zachować zdrowy mózg
Źródło: Anna Shvets, Pexels

Nie chodzi tu o efektowne barwienie obrazu w komputerze. Ten kolor ma być informacją fizyczną: światło jest pochłaniane inaczej przez różne struktury, a szczególnie mocno przez hemoglobinę. Dzięki temu da się wydobyć z 3D coś, czego samo USG zwykle nie pokaże równie czytelnie – układ naczyń i sygnały związane z krwią, w tej samej geometrii i w podobnym czasie badania.

Na czym polega ten trik: światło, które zamienia się w dźwięk

W klasycznym USG wysyła się fale ultradźwiękowe i zbiera echo odbite od tkanek. To świetnie działa do anatomii: granic narządów, struktur, co gdzie jest. Natomiast w tej nowej metodzie dochodzi druga warstwa – fotoakustyka, gdzie do tkanki trafia krótki impuls światła, a pochłonięta energia powoduje mikroskopijne, błyskawiczne rozszerzenie materiału i wytworzenie fali akustycznej. Aparat nie patrzy więc na światło, tylko słucha dźwięku, który światło wywołało.

To sprytne obejście ograniczeń optyki w ciele: światło samo w sobie szybko się rozprasza, ale fala akustyczna przenosi informację dalej i daje się zarejestrować z sensowną rozdzielczością. W praktyce dostajemy coś w rodzaju optycznego kontrastu podanego w formie, którą da się czytać jak ultradźwięki.

Efekt końcowy jest najciekawszy wtedy, gdy te dwa światy – USG i fotoakustyka – składają się w jeden obraz 3D. Bo jeśli tkanki i naczynia są pokazane w tym samym układzie odniesienia, nie trzeba później dopasowywać dwóch badań na oko, ani liczyć, że pacjent nie poruszył się między jednym a drugim.

fot. Yang Zhang

Dlaczego to jest prawdziwe 3D, a nie tylko ładniejsza wizualizacja?

Wielką barierą dla szybkiego obrazowania 3D jest sprzęt: pełne matryce detektorów są drogie, złożone i trudne do upakowania w urządzeniu, które ma działać w realnym gabinecie. W opisywanym rozwiązaniu postawiono na kompromis: zamiast gigantycznej matrycy – łukowate detektory i ruch obrotowy, który udaje dużo gęstsze pokrycie pomiarowe. Mniej elementów, a nadal obraz przestrzenny.

Kluczowe jest też to, że ten sam zestaw detektorów może obsłużyć oba tryby. Raz zbiera echa po wysłaniu ultradźwięków, a raz zbiera sygnał fotoakustyczny po impulsie światła. Dzięki temu nie buduje się dwóch osobnych urządzeń w jednym pudełku, tylko jedną platformę, która przełącza sposób pobudzania tkanki.

W demonstracjach pojawia się konkret, który dobrze działa na wyobraźnię: pole widzenia rzędu około 10 cm (to już nie jest mikroskopijny wycinek) oraz czas akwizycji liczony w sekundach dla uzyskania wolumetrycznych danych. To jest skala, w której 3D zaczyna mieć sens kliniczny, bo nie wymaga cierpliwości świętego ani pacjenta, ani personelu.

Co już udało się pokazać i gdzie to może się przydać?

Najbardziej przekonujący jest fakt, że system przetestowano na różnych częściach ciała – takich, które stawiają odmienne wymagania, kształt, dostęp, grubość tkanek, gęstość naczyń. W pokazach pojawiają się m.in. obszary głowy, piersi oraz kończyn, czyli miejsca, gdzie informacja o unaczynieniu potrafi być równie istotna jak sama anatomia.

Obecne możliwości mają jednak naturalną granicę: mowa raczej o głębokościach rzędu kilku centymetrów, bo tyle pozwala wycisnąć połączenie światła i sygnału akustycznego w tkankach. To nie jest konkurencja dla tomografii czy rezonansu w każdej sytuacji – to raczej próba stworzenia narzędzia, które szybciej i bez promieniowania pokaże rzeczy na wierzchu i tuż pod wierzchem, zwłaszcza naczynia.

Jeśli ten kierunek się utrzyma, to potencjalne zastosowania będą bardziej codzienne niż spektakularne: monitorowanie ukrwienia i zmian naczyniowych w czasie, ocena powierzchownych tkanek, kontrola po zabiegach, sytuacje, w których liczy się powtarzalność i szybkość. Takie technologie rzadko wchodzą do medycyny z hukiem – częściej po prostu zaczynają być używane, bo oszczędzają czas i zmniejszają liczbę kroków po drodze.

Rentgen kości – zdjęcie poglądowe /Fot. Freepik

Najłatwiej dać się uwieść słowu kolor, ale sedno jest gdzie indziej: to próba scalenia dwóch rodzajów informacji w jednym badaniu 3D – tak, żeby obraz anatomiczny i obraz naczyń wynikały z tego samego pomiaru, a nie z dwóch osobnych wizyt i dwóch osobnych urządzeń. W praktyce to różnica między medycyną, która zbiera puzzle, a medycyną, która dostaje mapę.

Druga rzecz: tempo. W diagnostyce często wygrywa nie najdokładniejsza metoda świata, tylko ta, którą da się zrobić tu i teraz, bez żonglowania terminami i dostępnością sprzętu. Jeśli da się zbudować 3D o sensownym polu widzenia w czasie, który mieści się w rytmie pracy gabinetu, to pojawia się realna szansa na częstsze porównywanie wyników – a to bywa ważniejsze niż jednorazowy, perfekcyjny obraz.

I wreszcie: to jest przykład technologii, która nie próbuje zastąpić wszystkiego, tylko zapełnić konkretną lukę. W medycynie to często najlepsza strategia – zamiast obiecywać cud, dostarczyć narzędzie, które w określonych warunkach robi robotę szybciej, prościej i wystarczająco dokładnie. Jeśli tak będzie tutaj, to nie będzie to jednorazowy fajerwerk, tylko początek nowego standardu w obrazowaniu powierzchownych struktur i naczyń.