Najnowsza odsłona raportu Lyst Index – modowego wyroczni analizującej nawyki ponad 160 milionów użytkowników z całego globu – wyraźnie pokazuje, że sztywne granice między luksusem z wybiegów a tym, co nosimy na co dzień, właśnie ostatecznie uległy zatarciu.
Hiszpańska klasa podbija salony. Skąd ten nagły zachwyt Massimo Dutti?
Chociaż w ścisłej czołówce domów mody wciąż króluje elegancja i francuski szlif (z Chanel zachowującym fotel lidera na czele), prawdziwe trzęsienie ziemi dokonało się nieco niżej. Prawdziwą sensacją okazał się oszałamiający awans marki, po którą większość z nas chodzi po prostu do pobliskiej galerii handlowej.
Największym wygranym i bezdyskusyjnym bohaterem ostatnich miesięcy okazało się Massimo Dutti. Marka wykonała spektakularny skok aż o osiem pozycji w górę, wdzierając się do pierwszej dziesiątki i notując ponad 40-procentowy wzrost zainteresowania. W świecie mody, gdzie o pojedyncze oczko w rankingu walczy się miesiącami, taki awans to prawdziwy wyczyn.

Co stoi za tym sukcesem? Złożyło się na to kilka niezwykle sprytnych posunięć. Z jednej strony mowa o doskonale przemyślanej obecności na festiwalu w Cannes, z drugiej – o idealnym wyczuciu momentu. Kiedy wysokie temperatury zaczęły dawać się we znaki, klienci zamiast ciężkich projektów zaczęli szukać estetyki inspirowanej śródziemnomorskim luzem, lnem i dopracowaną, nieprzesadzoną elegancją. Wygląda na to, że idealnie skrojone sandały czy zwiewne koszule z sieciówki wygrały z wielokrotnie droższymi propozycjami konkurencji.
Swoją obecność zaznaczyli też gracze, którzy od dłuższego czasu konsekwentnie budują pozycję. Miu Miu zaliczyło udany powrót na podium dzięki szydełkowym torbom i współpracy z New Balance, z kolei debiutująca w zestawieniu autorska marka Phoebe Philo udowadnia, że za unikalnym designem klienci są w stanie iść bez mrugnięcia okiem, nawet przy ograniczonym dostępie w butikach.
Nie torebka za kilkanaście tysięcy. Zwycięzcą został… bejsbolowy klasyk
Największe zaskoczenie czekało jednak na liście pożądanych produktów, gdzie na samym szczycie podium zameldowała się klasyczna czapka New York Knicks. Popyt na ten sportowy dodatek oszalał, rosnąc o niewiarygodne 4276 procent. Fenomen ten doskonale ilustruje, jak potężny wpływ na nasze szafy wywierają dziś wydarzenia sportowe i stylizacje zawodników schodzących do szatni. Przenikanie się trybun z wielką modą przestało być niszą – stało się głównym nurtem. I tu też nie ma co ukrywać, że ten nurt jest znacznie przystępniejszy dla przeciętnej osoby.

Zresztą cała lista najchętniej kupowanych rzeczy idealnie odzwierciedla to, czym żyliśmy w ostatnich miesiącach. Na liście królują żelowe sandały typu jelly, klapki oraz lekkie szorty, bo kiedy za oknami szaleją upały, przerzucamy się na letni minimalizm i wygodę. Do tego stawiamy na ochronę przed słońcem, a w czym można to robić lepiej, jak nie w ogromnych okularach Chanel i zwiewnych chustach od Issey Miyake?
Wszystko to uzupełniają przystępne akcenty. Obok ekskluzywnych domów mody pojawiły się rzeczy od marek takich jak Skims czy Dôen. To jasno pokazuje, że swoje stylizacje zaczęliśmy opierać na tym, co nam się po prostu podoba bardziej niż na statusie czy cenie.
Moda, która po prostu ma sens
Właśnie do tego zdaje się sprowadzać najnowszy raport Lyst. Przestaliśmy kupować ślepo śledząc wizje projektantów z wielkich domów mody. Wygrywają te marki, które potrafią dać nam dokładnie to, czego potrzebujemy tu i teraz: lekkie materiały na upały, sportową swobodę na co dzień i poczucie, że dobrze wyprofilowane buty nie muszą kosztować majątku.

I mam wrażenie, że chyba po raz pierwszy od dawna moda zaczyna być bliżej zwykłych ludzi. Umówmy się, przez wiele lat była raczej nieosiągalnym konceptem i przez to najpopularniejsze trendy służyły raczej jako inspiracja – kreacje od Diora czy Chanel były poza naszym zasięgiem, więc szukaliśmy czegoś podobnego, czując się przy tym trochę gorszym, bo nie było nas stać na oryginał. Teraz się to zmienia i naprawdę podoba mi się ten kierunek.
