„To wszystko przez ekologów!” – takie hasło pojawiło się w internecie kilka dni po przejściu największej fali powodziowej. Chodziło o działaczy, którzy nie dopuścili do wyremontowania wałów w okolicy Brzezinki, choć na pozostałych odcinkach brzegi zostały wzmocnione i podniesione – w efekcie został zalany m.in. teren dawnego obozu koncentracyjnego. Natychmiast „zielonym” przypisano całą winę za fatalny stan polskiej infrastruktury przeciwpowodziowej. Nikt nie pamiętał, że to akurat organizacje ekologiczne od lat nawoływały do podjęcia rozsądnych działań w tym zakresie – np. do odtwarzania naturalnych terenów zalewowych – co politycy i urzędnicy z uporem lekceważyli. Bo choć powódź z 1997 r. powinna nas czegoś nauczyć, to niestety znów nie byliśmy mądrzy po szkodzie. Sęk w tym, że od dawna wiadomo, dlaczego ludzie (nie tylko Polacy) tak się zachowują. To wynik działania bardzo głęboko zakorzenionych mechanizmów psychologicznych, które – choć potężne – można jednak pokonać. Czy tym razem nam się uda?

Przekleństwo statystyki

„Uczeni stwierdzili, że »ludzie mają bardzo ubogie pojęcie o losowości; nie rozpoznają jej, gdy się z nią stykają, i nie potrafią jej naśladować, gdy próbują to robić«. Co gorsza, zazwyczaj błędnie oceniamy rolę przypadku w naszym życiu i podejmujemy decyzje, które w oczywisty sposób są niezgodne z dobrze pojętym interesem” – pisze dr Leonard Mlodinow w książce „Matematyka niepewności”. Ten matematyczny defekt naszego mózgu sprawia też, że nie rozumiemy także podstawowych praw statystyki. Skoro ostatnia „powódź stulecia” czy tysiąclecia zdarzyła się w 1997 r., to powinniśmy mieć sto albo i tysiąc lat spokoju, prawda? Nie trzeba więc się śpieszyć z budowaniem zabezpieczeń ani blokować inwestycji na terenach zalewowych... Powodzie są jednak wydarzeniami losowymi i nie zachowują się zgodnie z naszymi życzeniami. Co więcej, są one również – podobnie jak większość zjawisk klimatycznych – na razie całkowicie poza naszą kontrolą. A to kolejna rzecz, której nasz umysł bardzo nie lubi.

Wolimy kontrolować sytuację albo przynajmniej wyobrażać sobie, że to robimy. „Jeden z przejawów tego złudzenia napotykamy wtedy, gdy jakaś organizacja przechodzi korzystny okres albo serię porażek, następnie zaś przypisuje wszystko nie całej masie czynników składających się na stan organizacji, nie szczęściu lub jego brakowi, ale osobie na samej górze” – wyjaśnia dr Mlodinow. Nic dziwnego, że winą za skutki powodzi zaczęliśmy obarczać rząd, a potem ekologów. Zawsze to lepiej, gdy winni są jacyś „oni”.

A my władzy nie ufamy

Socjolodzy twierdzą, że jako naród nie jesteśmy specjalnie ufni, a już najmniejszym zaufaniem darzymy naszych polityków. Oczywiście mamy po temu mocne podstawy, ale też w sytuacjach kryzysowych obraca się to przeciwko nam. Dlatego wezwania do ewakuacji czy zabezpieczenia dobytku na wypadek zalania były przez wielu Polaków lekceważone do ostatniej chwili. Poza nieufnością do głosu dochodzi tu także dobrze znana psychologom zasada unikania straty. Jeśli coś mamy, cenimy to tak bardzo, że nie przyjmujemy sugestii, iż możemy to coś stracić. Dlatego niechętnie ubezpieczamy nieruchomości od stosunkowo rzadkich wydarzeń – takich jak wielka powódź – i jeszcze mniej chętnie porzucamy swoją własność, by ratować życie. Zresztą ta sama zasada dotyczy instytucji, które z definicji powinny lepiej szacować ryzyko. Dlaczego deweloperzy mogli wybudować domy na terenach zagrożonych powodzią, banki udzieliły im kredytu, a towarzystwa ubezpieczeniowe wystawiły polisy? Wszyscy chcieli zarobić, a wizja ewentualnej katastrofy była zbyt mglista, by zrezygnować z jak najbardziej realnych zysków. Czy politycy, biznesmeni, samorządowcy i właściciele zalanych posesji wyciągną wnioski z tego, co się stało? Niestety, do głosu dochodzi tu kolejny potężny mechanizm, który rządzi naszym mózgiem – dysonans poznawczy.

Drzazga w cudzym oku

Bardzo nie lubimy, gdy rzeczywistość nie zgadza się z naszymi przekonaniami czy oczekiwaniami. I jesteśmy gotowi na naprawdę wiele, by lepiej się poczuć. Jeśli wykazaliśmy się brakiem wyobraźni i rozsądku, zwalimy winę na siłę wyższą – czy to pogodę, czy diabła, czy (znów) polityków. Poza tym natychmiast zaczniemy wytykać błędy innym, nie dostrzegając belki we własnym oku. Niestety, w przypadku powodzi nie da się pokazać palcem jednego „winnego”. „Każde zjawisko pogodowe czy sezonowe – a powódź jest sezonowa, bo jej przyczyny kumulują się w czasie – jest na to zbyt złożone. Można debatować, że zmiany klimatyczne są takie, a nie inne, a prądy powietrzne ułożyły się w taki właśnie sposób, ale czy to faktycznie ma znaczenie? Krótka odpowiedź brzmi: »Któż to wie?«” – tak amerykański klimatolog Harry Hillaker komentował sytuację w USA sprzed dwóch lat. A była ona zadziwiająco znajoma – „powódź stulecia” zdarzyła się tam dwukrotnie w odstępie zaledwie 15 lat.

Można z głowa? Można