Monika Maciejewska: Współczesna technologia zmienia się niemal z dnia na dzień, możemy sobie nawet wydrukować rafę koralową w 3D, a pan twierdzi, że jesteśmy coraz głupsi...

Michael Woodley: Poziom naszej inteligencji rzeczywiście wzrastał, ale to już przeszłość. Pod koniec epoki wiktoriańskiej zaczął być zauważalny odwrotny trend, który utrzymuje się do dziś.

M.M.: A skąd wiadomo, że np. w czasach rewolucji francuskiej byliśmy inteligentniejsi niż teraz?

M.W.: Nie mamy badań pochodzących z XVII i XVIII wieku – dysponujemy jedynie hipotezami dotyczącymi tego okresu – ale zakładamy, że wtedy IQ kolejnych pokoleń mogło rosnąć, bo zamożni i wyedukowani ludzie mieli więcej dzieci, które żyły na tyle długo i w na tyle dobrym zdrowiu, aby mieć swoje dzieci, w przeciwieństwie do mniej wyedukowanych i biedniejszych. Dziś jest odwrotnie – wykształcone osoby mają coraz mniej dzieci.

M.M.: Spadek inteligencji jest ceną za postęp w medycynie i za systemy ubezpieczeń społecznych?

M.W.: Wiele na to wskazuje. Kiedy nie było wyspecjalizowanej opieki medycznej, osoby mniej bystre umierały wcześniej, nie pozostawiwszy potomstwa.

M.M.: Wszystkiemu winni są więc głupsi z nas, którzy na dodatek chcą mieć dzieci?

M.W.: Fakty są nieubłagane: dzięki lepszej opiece medycznej ludzie z większą liczbą mutacji genetycznych, m.in. związanych z chorowitością i słabszą inteligencją, mają szansę na sukces reprodukcyjny. Ludzie o wolniejszym czasie reakcji na zagrożenia, mniej bystrzy, mogą mieć dużo dzieci, które dziedziczą po nich gorszy czas reakcji. Moim zdaniem to zupełnie rozsądne wyjaśnienie trendu, który odkryliśmy.

M.M.: Co tracimy z powodu spadku zdolności umysłowych?

M.W.: Wyraźnie wyhamował rozwój badań naukowych i zmniejszyła się nasza zdolność do kreowania przełomowych idei. Pod koniec XIX wieku liczba innowacji i odkryć przypadająca na rok na miliard osób wynosiła 16, dziś zaledwie 4! Mamy więc do czynienia z czterokrotnym spadkiem kreatywności. A przecież to dziś dysponujemy wielomilionowymi grantami na badania naukowe, przeznaczamy ogromne pieniądze na kształcenie, podejmujemy społeczne i polityczne wysiłki, by zachęcić ludzi do studiowania. W dodatku społeczeństwa są 2–3-krotnie liczniejsze niż w epoce wiktoriańskiej i dysponują znacznie lepszymi systemami edukacji. Moim zdaniem zmierzamy do zupełnego zatrzymania rozwoju naukowego.

M.M.: Ależ genialni wynalazcy zawsze rodzili się rzadko.

M.W.: Spadająca wydolność intelektualna mieszkańców Zachodu to najbardziej logiczne i najprostsze wyjaśnienie spadku liczby odkryć naukowych i zmniejszającego się odsetka geniuszy. Napisałem o tym książkę „Historical Variability in Heritable General Intelligence: Its Evolutionary Origins and Socio-Cultural Consequences (Historyczna zmienność dziedzicznej inteligencji ogólnej – jej geneza ewolucyjna i konsekwencje społeczno-kulturowe). Wraz ze współautorem tej publikacji Aurelio Jose Figueredo analizowaliśmy współczynnik innowacyjności na mieszkańca, wynikający z liczby odkryć, nowych idei, postępu technologicznego i liczby rodzących się geniuszy, bo to oni są autorami przełomów. Doszliśmy do wniosku, że ogólny poziom inteligencji społeczeństwa jest silnie powiązany z liczbą innowacji, a liczba innowacji spada wraz ze spadkiem odsetka geniuszy w społeczeństwie.

M.M.: Jak szybko ubywa nam geniuszy?

M.W.: Błyskawicznie. Jeśli średnie IQ w jakimś społeczeństwie wynosi 100, a po pewnym czasie spadnie o 3 punkty, to liczba osób o IQ równym lub wyższym niż 135 zmaleje aż o 40 proc.! Mała zmiana w średniej ma więc ogromny wpływ na odsetek wyjątkowo inteligentnych w społeczeństwie. Tymczasem IQ geniuszy oscyluje w okolicach 155 punktów. Od końca XIX wieku do 1950 r. odsetek geniuszy w społeczeństwie spadł o 80 proc.

 

M.M.: Zgodnie z pana badaniami najlepiej z naszą inteligencją było w epoce wiktoriańskiej, czyli w okresie niezwykłego rozwoju przemysłu i naukowej kreatywności. Jak to pan zmierzył?

M.W.: Trzeba było przeanalizować szybkość przetwarzania danych w różnych epokach. Przecież nawet intuicyjnie uznajemy szybkość reakcji naszego umysłu za podstawowy element inteligencji: mówimy, że ktoś jest bystry, ma lotny umysł, chwyta wiedzę w mig, lub przeciwnie – jest opóźniony, ma ociężały umysł. Co ważne, znaczenie tej umiejętności nie zmienia się z czasem. Dotarliśmy do badań przeprowadzonych w ciągu ostatnich 150 lat (najstarsze pochodzą z 1863 r.) i dlatego udało się nam określić trend. Okazało się, że spadek inteligencji to proces postępujący i trwały.

M.M.: Na czym polegały pomiary?

M.W.: Trzeba było zmierzyć czas, którego potrzebujemy na prostą reakcję, a do tego wystarczy zwykły test: zadaniem badanego jest jak najszybsze naciśnięcie przycisku po pojawieniu się sygnału (świetlnego lub dźwiękowego). Współcześni mieszkańcy Zachodu potrzebują na taką reakcję więcej czasu niż poddani królowej Wiktorii. W latach 1889–2004 moc naszych umysłów osłabła na tyle, że czas reakcji zwolnił aż o 18 milisekund. Oznacza to spadek inteligencji o 13–14 punktów IQ.

M.M.: Czy to oznacza, że James R. Flynn, według którego od początku XX w. nasz iloraz inteligencji systematycznie rośnie, nie ma racji?

M.W.: Jego analiza dotyczyła naszych wyuczonych umiejętności, a nie poziomu inteligencji. A to spora różnica, bo na nasze zdolności umysłowe składa się inteligencja ogólna i specyficzna, wyrażająca się właśnie w wyuczonych umiejętnościach. Wysoka inteligencja ogólna, której istotnym elementem jest szybkość analizowania danych, to nic innego jak przenikliwość, bystrość, umiejętność kojarzenia faktów, dokonywania odkryć itp. Czym innym są zaś na przykład zdolności językowe. Aby je mieć, nie trzeba być wybitnie inteligentnym, a to one są badane w testach, na których opiera się efekt Flynna.

M.M.:Jesteśmy więc lepsi w rozwiązywaniu testów, ale gorsi w myśleniu?

M.W.: Właśnie tak. Edukacja wyposaża nas w wyspecjalizowane zdolności i w tym jesteśmy lepsi od naszych przodków – mamy wiedzę potrzebną w testach. Ale siła naszych umysłów wyraźnie słabnie.

M.M.: A co z testami polegającymi na rozwiązywaniu zadań logicznych czy matematycznych? One nie są miarodajne?

M.W.: Tego typu testy nie są stabilną miarą inteligencji. Wyjaśnia to przykład z pytaniem o to, co łączy psa i zająca. Dziś uznalibyśmy, że inteligentna odpowiedź brzmi: oba są ssakami, a za odpowiedź poddanych królowej Wiktorii – „pies goni zająca” – nie należą się punkty. Tylko że te odpowiedzi są odzwierciedleniem stanu wiedzy dostępnej w różnych okresach, ówczesnego systemu edukacji, a nie miarą siły umysłu.

M.M.: Jakie są jeszcze przyczyny systematycznego spadku poziomu inteligencji?

M.W.: Większe stężenie neurotoksyn w środowisku – tak uważa Irwin Silverman, jeden z czołowych amerykańskich badaczy trendów czasu reakcji. Rzeczywiście, zatrucie ołowiem spowalnia czas reakcji, ale mnie ta hipoteza nie przekonuje, bo w naszych czasach środowisko jest wbrew pozorom coraz czystsze – w latach 20. i 30. spaliny czy farby zawierały mnóstwo ołowiu, a w epoce wiktoriańskiej było jeszcze gorzej – dziś rzadziej jesteśmy narażani na obecność w naszym otoczeniu neurotoksyn, a mimo to poziom inteligencji nadal spada.

M.M.: I dlatego za jakiś czas będziemy przyznawać Nagrody Nobla na przykład co pięć lat, bo w ciągu roku nikt nie dokona poważnego odkrycia?

M.W.: Już dziś obserwujemy, że średnia wieku laureatów gwałtownie rośnie. Niektórzy twierdzą, że to z powodu coraz bogatszej wiedzy, którą już dysponujemy i którą musimy przyswoić, zanim będziemy mogli dokonać przełomu. Istnieje jednak alternatywne wyjaśnienie i ono mnie przeraża: być może młodsze pokolenie jest po prostu mniej produktywne, mniej konkurencyjne. Dawniej Nobla otrzymywały osoby dużo młodsze i to za bardziej przełomowe odkrycia. Nagradzane dziś dokonania są mniej doniosłe.
Brakuje badaczy, którzy potrafią zaproponować nowe spojrzenie na naukę.

M.M.: A może po prostu nie ma już nic więcej do odkrycia?

M.W.: Zgodnie z teorią nisko zawieszonego owocu sięgnęliśmy już po wszystkie owoce na drzewie nauki, które były łatwo dostępne. Może więc karlejemy intelektualnie i nie jesteśmy w stanie dosięgnąć innych owoców? Właśnie takie spojrzenie jest bardziej spójne z badaniami, które analizowałem.

M.M.: Czyli do naukowego przełomu potrzebni są geniusze? Nie wystarczy wiedza i ciężka praca?

M.W.: Geniusz jest niezbędny. Taki wniosek płynie m.in. z analiz dotychczasowych ważnych odkryć naukowych. Aby opracować coś na miarę ogólnej teorii względności Einsteina, trzeba umieć wyjść z ram, które znamy, i spojrzeć na jakieś zagadnienie z zupełnie nowej perspektywy. Przecież najbardziej znani geniusze dochodzili często do przełomowych wyników badań na polach niezwiązanych z ich głównymi zainteresowaniami i wiedzą – pisał o tym Dean Keith Simonton w magazynie „Nature”. Tak było na przykład z psychologią ewolucyjną, dziedziną, której podwaliny w dużym stopniu stworzyli biolodzy, tacy jak Edward Osborne Wilson. Zachowując cały rygor bardziej ścisłej nauki, jaką jest biologia, Wilson wykroczył poza nią, dokonując odkryć na innym polu. Dziś to się już nie dzieje. Nie ma już zbyt wielu ludzi, którzy odważnie przeszliby z jednej dziedziny do innej. Simonton także dostrzega problem zmniejszania się liczby geniuszy, choć nie zgadza się z moją tezą, że jest to związane z genami.

M.M.: Czy spadek poziomu inteligencji przekłada się jakoś na codzienne życie?

M.W.: Dzisiejsze społeczeństwa wydają się mniej zaangażowane intelektualnie niż poprzednie. Coraz rzadziej czytamy wymagające książki. Poprzednie pokolenia miały większą łatwość rozumienia bardziej subtelnych tekstów i obejmowały umysłem więcej zapisanych informacji. Spadek średniej inteligencji oznacza też koniec dobrej koniunktury gospodarczej i dobrobytu. Bez wielkich odkryć trudno spodziewać się, że utrzyma się wzrost gospodarczy. W końcu staniemy się więc mniej zamożni, pogorszy się jakość życia. Martwię się tym, ale to realna perspektywa.

M.M.: Może powinniśmy więc zachęcić bardziej inteligentnych do posiadania większej liczby dzieci?

M.W.: Mam etyczny problem z mówieniem ludziom, ile dzieci mogą czy nie mogą mieć. Ale już dziś spekulujemy na przykład o inżynierii genetycznej, tworzeniu ludzi zdrowszych, szczęśliwszych i bardziej inteligentnych dzięki odpowiedniej selekcji genów. Jeśli uda się znaleźć gen odpowiedzialny za intelekt, być może za 20 lat będziemy mogli wejść do sklepu i powiedzieć: „Poproszę o 3 dodatkowe punkty IQ dla mojego dziecka”. „Proszę, to będzie 3 tysiące dolarów” – usłyszymy w odpowiedzi. Nie jestem jednak pewny, czy ludzie chcieliby, aby taki rynek powstał. Osobiście pokładam nadzieję w opracowaniu sztucznej inteligencji, maszyn, które myślałyby tak samo jak my i rozwiązywałyby każdy problem, który im zadamy. Dzięki temu możemy osiągnąć znacznie więcej przy znacznie mniejszym wysiłku – jedna maszyna wykona pracę tysięcy geniuszy.

 

M.M.: Tylko czy nie przyspieszymy w ten sposób procesu głupienia?

M.W.: Oczywiście, są i zagrożenia. Któregoś dnia takie urządzenia mogłyby zacząć się zastanawiać, jaki użytek mogą zrobić z ludzi. Być może jednak w tym kierunku zmierza nasza historia – nie chcieliśmy czyścić ulic, więc stworzyliśmy do tego celu maszyny. Podobnie jest z odkurzaniem czy koszeniem trawników. Opracowanie sztucznej inteligencji byłoby zmechanizowaniem kreatywności i myślenia, a więc tego, co na razie jest charakterystyczne wyłącznie dla ludzi. Na razie to science fiction, ale być może kiedyś zlecimy komputerom outsourcing myślenia. Jest na to mała szansa, być może jednak najlepsza, jaką mamy. To mogłoby spowodować ogromny przełom w innowacjach.

M.M.: A może powinniśmy opracować program edukacyjny poprawiający czas reakcji prostej (na bodźce zewnętrzne)?

M.W.: Sęk w tym, że czas reakcji niezwykle trudno poddaje się treningowi, w dodatku nie zmienia się w trakcie życia aż do późnej starości. Poprawia go nieco trening fizyczny. Efekt ten nie jest jednak trwały – mija wraz z zakończeniem regularnego wysiłku. Istnieją teorie, które wyjaśniają to zjawisko. Jedna z nich głosi, że trening poprawia ukrwienie mięśni. Nie zmienia się więc czas przetwarzania bodźca, lecz jedynie szybciej naciskamy przycisk, kiedy ten bodziec dostrzeżemy.

M.M.: Lepiej jednak dbać o formę intelektualną?

M.W.: Zdolności umysłowe zawsze warto trenować choćby dlatego, że ćwiczenia zwiększają prawdopodobieństwo zachowania jasności umysłu do późnych lat. Można się skupić na tych aspektach inteligencji, które poddają się treningowi i wzmocnić pamięć roboczą. Niestety żaden z aspektów inteligencji, które możemy poprawić przez ćwiczenia, nie ma wpływu na inteligencję ogólną. Jeśli nic się nie zmieni, nadal będziemy głupieć.

Warto wiedzieć:

dr Michael Anthony Woodley

Na Umeå Universitet w Szwecji bada ewolucję i rozwój inteligencji, osobowość oraz związki między doświadczeniami życiowymi a poglądami politycznymi. Wyniki badań, dowodzących że stajemy się coraz głupsi, które Woodley prowadził wspólnie z Janen te Nijenhuisem i Raeganem Murphym, opublikował ostatnio magazyn „Intelligence”.

Cisi odkrywcy ery komputerów

Współcześni genialni naukowcy są praktycznie nieznani. Najwyraźniej to nie ten kaliber, co Albert Einstein czy Maria Skłodowska-Curie. Właśnie ta dwójka, jak wynika z informacji na oficjalnej stronie fundacji przyznającej Nagrodę Nobla, znajduje się wśród 10 najbardziej popularnych noblistów w historii tego wyróżnienia. Pozostali to pisarze i politycy. W ciągu ostatnich trzech lat nie było też fizyka, który zasłużyłby na nagrodę indywidualnie. W tym czasie Nobla z fizyki otrzymało łącznie 7 naukowców. Czy słyszeliście kiedykolwiek ich nazwiska?

  • Serge Haroche, David J. Wineland (2012): nagroda za to, że badacze zdołali zmierzyć i podtrzymywać stany kwantowe, które wcześniej wymykały się bezpośredniej obserwacji.
  • Saul Perlmutter, Brian P. Schmidt, Adam G. Riess (2011): Nobel za odkrycie przyspieszającej ekspansji wszechświata przez obserwacje odległych supernowych.
  • Andre Geim, Konstantin Novoselov (2010): nagroda za przełomowe prace eksperymentalne dotyczące grafenu.

Dla głodnych wiedzy:

  • Karl Albrecht „Inteligencja praktyczna. Sztuka i nauka zdrowego rozsądku”
  • Robert B. Dilts „Strategie geniuszy. Myśl jak Albert Einstein”
  • Tim Hurson „Genialny umysł. Jak myśleć i działać kreatywnie”