Będziesz spała w moim łóżku, obok mnie” - usłyszała w Armenii Ma­rzena Filipczak, podróżniczka, au­torka książek „Między światami” i „Jadę sobie. Azja. Przewodnik dla podróżujących kobiet”. Nie pomogły tłumacze­nia, poznana kilka godzin wcześniej Ormianka nie dała się przekonać. „Nie było w tym żadnych dwuznacznych podtekstów. Oglądałam chaczkary, misternie rzeźbione płyty nagrobne, gdy na pobliskim cmentarzu dostrzegłam żałobników. Zgodnie z tradycją jedli i pili za zmarłego. Podeszłam, zamieniliśmy kilka słów i szybko zostałam zaproszona przez wdowę do jej domu. Wieczorem powiedziała, że nie ma mowy, bym szukała gdzieś noclegu, przygotuje mi posłanie u siebie” Zaprowadziła podróżniczkę do sypial­ni, gdzie stało wielkie małżeńskie łoże, ze świe­żo wykrochmaloną pościelą. „Niepisana zasada każe ofiarować gościowi to, co najlepsze. Ponie­waż bardziej luksusowego miejsca do spania w domu nie było, a nie wypada odmawiać tego, co dostaje się ze szczerego serca, nie miałam wyboru. Spędziłyśmy tę noc w jednym łóżku” - wspomina z uśmiechem Filipczak.

Dam, co mam

Gościnność, która wprawia nas w zakłopo­tanie, w wielu regionach świata jest normą, a pomysłowość wobec gości bywa nieograniczona. Wojciech Jagielski, reporter i korespondent wo­jenny, opowiada, że podczas pobytu w Zimbabwe zaprzyjaźnił się z młodym dziennikarzem.„On miał kontakty z osobami, na których mi zależało, ja doświadczenie, więc pomagałem mu trochę w redagowaniu tekstów. Odwdzięczał się wszyst­kim, co miał. Po powrocie do Polski dostałem od niego list z przeprosinami. Okazało się, że wspól­nie z żoną postanowili nadać swemu synowi moje imię. Niestety, na świat przyszła dziewczynka”. Przeprosiny nie były czczą formalnością. Afry­kanin naprawdę czuł się winny, jednak znalazł rozwiązanie. „Zaproponował, że kiedy następ­nym razem przyjadę do Zimbabwe, zabierze mnie do swojej rodzinnej wioski i załatwi mi żonę. Gdy się ponownie spotkaliśmy, powtórzył propozycję. Tłumaczenia, że żonę już mam, nie trafiały do niego. Co z tego, będziesz miał drugą - odpowiadał, a dla podkreślenia wartości daru wielokrotnie powtarzał, że dziewczyna będzie dziewicą”. By uniknąć kłopotliwej sytuacji i nie popełnić bigamii, Jagielski udał tak zapracowa­nego, że zabrakło mu czasu na wypad na wieś.

Sam podczas swoich podróży też wielo­krotnie spotykałem się z przejawami niezwykłej życzliwości. W Tybecie, jeszcze w czasach, gdy nie docierały tam pociągi i nie było asfaltowych dróg, nocowałem w wiejskiej zagrodzie. Gospo­dyni, widząc, że dygocę z zimna, oddała mi całą swoją pościel. Spałem na stercie poduszek, pod trzema pierzynami. Ona i jej małżonek okryli się starą skórą. Następnego dnia dali mi na drogę to, co mieli najlepszego - kilka jajek, które w tak trudnym do życia miejscu są prawdziwym raryta­sem, i kostki twardego jak kamień „ sera do żucia”

Obdarowywanie gości to też tradycja. „Na Papui, wysoko w górach, na terenach plemienia Yali, głód jest czymś na porządku dziennym, z drobnymi przerwami towarzyszy większości ludzi, przez całe (wprawdzie na ogół krótkie) życie. Jednak wyrazem najwyższego uhonoro­wania gości jest dzielenie się z nimi najlepszymi kęsami, na przykład kawałkiem mięsa wyszar­panym zębami z niedopieczonego udźca świni i ociekającym jeszcze śliną” - opowiada biolog i podróżnik Jakub Urbański. Marzena Filipczak opowiada, że w Kazachstanie zaopiekowała się nią uboga staruszka: „Babcia Donia była tak biedna, że nie miała praktycznie nic. Ale i tak oddała to, co dla niej było najcenniejsze: rolkę papieru toaletowego i pół butelki Sprite’a”.

W Turkmenistanie, gdzie została zaproszona na wesele, nie pozwolono jej wyjść bez haftowanej sukni i butów. „W tym kraju wystarczy powie­dzieć, że jest się z Polski, a zawsze nieopodal znaj­dzie się ktoś, kto u nas stacjonował jako żołnierz Armii Czerwonej” - mówi Robert Maciąg, po­dróżnik i autor książek, który rowerem przejechał Jedwabny Szlak, Indie i Chiny. „Mieszkam w oko­licach Legnicy, więc było zabawnie, gdy tysiące kilometrów od domu pytano mnie, czy wiem, gdzie jest Jawor albo Legnica. Na stole pojawiał się arbuz i zdjęcia dzieci oraz żony. Obcy ludzie siedzą na tapczanie i rozmawiają ze sobą jak starzy znajomi. Na koniec wszystko było zapłacone, ana drogę ktoś wciskał nam chleb, wodę i arbuza”.

PODRÓŻUJ BEZPIECZNIE!

 

Witaj, wrogu

Zasady gościnności kształtowały się w cza­sach, gdy nie było telewizji, sieci, telefonów i każ­da wizyta stanowiła miłą odmianę w codzien­nym życiu. W regionach, których cywilizacja nie zniszczyła, tak jest do dziś. „My, ludzie Za­chodu, cieszymy się, że ktoś nas, obcych, przyjął pod dach, zupełnie nas nie znając. Oni, ludzie Wschodu, cieszą się, że ktoś obcy zagościł pod ich dachem, zupełnie ich nie znając” - mówi Maciąg.

Ciekawość świata i pragnienie kontaktu z przybywającym z niego człowiekiem okazy­wały się silniejsze niż lęk przed wpuszczeniem obcego pod swój dach. A ryzyko istniało. Jacques Derrida, filozof analizujący fenomen gościnności, pisał: „Ten, kogo przyjmuję, może być gwałcicie­lem, mordercą, może wprowadzić nieporządek do mojego domu: taka ewentualność też nie może być wykluczona. A jednak możliwość, że inny przyjdzie, by zrobić rewolucję, a nawet jeszcze gorszą nieprzewidywalną rzecz i że zostaniemy zdeprawowani, w gościnności czystej powinna zostać zaakceptowana”.

I przez wieki była akceptowana, a z relacji wielu osób docierających do najodleglejszych zakątków świata wynika, że ciągle jest. „Pasztuni w Afganistanie wciąż przestrzegają zasad swojego kodeksu honorowego, który zobowią­zuje do opieki nad gościem. Dotyczy to nawet wroga. Podanie wody, czegoś do jedzenia czy zaproszenie go do domu oznacza, że odtąd nie może mu spaść włos z głowy. Gospodarz będzie go chronił nawet za cenę swojego życia” - mówi Wojciech Jagielski.

Trwająca od dziesięcioleci wojna zbrutalizowała obyczaje, lecz ich nie zniszczyła. Nie­którzy wojownicy wykoncypowali jedynie, że kodeks Pasztunwali obowiązuje wyłącznie tych, którzy go znają. O tym, jak ważne jest to rozróżnienie, reporter przekonał się na własnej skórze.

„Byłem w Afganistanie z żoną, jechali­śmy konno przez góry z grupą dezerterów” - wspomina. „Po kilku dniach spostrzegłem, że chłopaki coś kombinują. Może zamierzali nas jedynie okraść, może planowali coś gor­szego”. Był tylko jeden sposób wyjścia z opresji - odwołanie się do zasad honoru i gościnności. „Powiedziałem, że znam ich prawa, bardzo je szanuję i jestem zaszczycony, mogąc korzystać z ich opieki. W miarę jak tłumacz przekładał moje słowa, chłopakom rzedły miny. Oświad­czając, że wiem, czym jest kodeks Pasztunwali, stawałem się pełnoprawnym gościem. Dotar­liśmy bezpiecznie do celu, pożegnaliśmy się w pełnej zgodzie i przyjaźni”

Posłańcy Boga

Podobne reguły obowiązują w całym świecie islamu. Nasze, dziś już trochę zapomniane, powiedzenie: „Gość w dom, Bóg w dom” ma mnóstwo muzułmańskich odpowiedników. Odwołanie do Boga nie jest przypadkowe, gdyż nakaz gościnności wspierała religia. Hadisy, czyli opowieści o czynach i słowach proroka Mahometa, stwierdzają jednoznacznie, że kto wierzy w Allaha, powinien być uprzejmy dla sąsiadów i gości.

Nie inaczej działo się także w chrześcijań­skiej Europie. Jak to lapidarnie ujął Cyprian Kamil Norwid: „w każdym nędzarzu i tułaczu podejrzewało się naprzód, czyli nie jest on z Boga”. By uzasadnić to podejrzenie, wystar­czyło sięgnąć do biblijnej opowieści o trzech wędrowcach, których Abraham zaprosił do sie­bie i ugościł, czym chata bogata. Jak się okazało, w tej ludzkiej postaci patriarchę odwiedził sam Bóg w towarzystwie dwóch aniołów. Sara, żona Abrahama, była w podeszłym wieku i - jak in­formuje Biblia - „nie miewała już przypadłości właściwej kobietom”. Mimo to w nagrodę za go­ścinność zaszła w ciążę i sędziwi małżonkowie doczekali się upragnionego syna.

Pobożny chrześcijanin, muzułmanin czy żyd nigdy więc nie miał pewności, czy nieznajomy proszący o gościnę nie jest kimś więcej niż zwykłym wędrowcem. Dlatego chętnie wpusz­czał go za próg i podejmował, czym mógł.

Bardzo wdzięcznie genezę legendarnej wręcz gościnności Gruzinów tłumaczy po­pularna wśród nich legenda. Po stworzeniu świata Bóg wezwał wszystkie narody, by po­dzielić między nie Ziemię. Zebrał się wielki tłum, każdy chciał dostać najlepszy skrawek planety, więc ludzie przepychali się, kłócili, a w końcu ustawili w długiej kolejce. Widząc to, Gruzini uznali, że zamiast tracić czas, le­piej przysiąść w cieniu drzew, napić się wina, pośpiewać i pogawędzić. Było im tak dobrze, że w końcu zapomnieli, po co przyszli. Bóg usłyszał jednak dobiegający z oddali śpiew, spojrzał w stronę rozbawionych ludzi i zapy­tał, co ich tak cieszy, skoro rozdał już całą zie­mię, a oni nie dostali nawet skrawka. Gruzini posmutnieli, ale po chwili zaśpiewali jeszcze piękniej, na jego cześć. Bóg zamyślił się i rzekł, że skoro są tak radośni, odda im najpiękniejszy kawałek świata, który zamierzał zachować dla siebie. Po pewnym czasie postanowił jednak sprawdzić, czy pod wpływem wspaniałego daru nie zmienili się. Przybrał postać żebra­ka i odwiedził kilka domów. Wszędzie go przyjęto i ugoszczono. Wówczas ujawnił, kim jest, i obiecał, że jeśli nadal będą się tak hojnie dzielili z innymi, nigdy nie zaznają biedy, a to, co stracą, zwróci się im z nawiązką.

 

Pieniądz się nie liczy

Legenda legendą, lecz każdy, kto dotarł do Gruzji, potwierdza, że gościnność jej miesz­kańców bywa wręcz obezwładniająca. Nie tylko zaproszą do stołu i przenocują, ale starają się wyręczyć cudzoziemca we wszystkim: kupią bilet na dalszą podróż, zaniosą bagaż na przy­stanek, wcisną jedzenie na drogę.

Z takimi przejawami życzliwości i bezgra­nicznego zaufania nie spotkają się oczywiście turyści podróżujący w zorganizowanych gru­pach. Wystarczy jednak zejść z zatłoczonych szlaków, wybrać się gdzieś samodzielnie, by przekonać się, że na gościnność można liczyć w każdym zakątku świata. To najlepszy sposób na uwolnienie się od narodowych stereotypów, zwłaszcza negatywnych.

Przykładem choćby Iran, który od lat pełni w mediach rolę „czarnego luda” Podróżowanie po tym kraju całkowicie zmienia punkt widze­nia. Z tyloma przejawami sympatii nie zetkną­łem się nigdzie. Nawet w wielkich miastach - Teheranie, Isfahanie - nieustannie zapraszano mnie choćby na herbatę i dopytywano, czy nie potrzebuję pomocy. Początkowo myślałem, że to efekt ta’arof, czyli powszechnie poważanego, wywodzącego się jeszcze ze starożytno­ści nakazu okazywania uprzejmości. To perski odpowiednik chińskiej lub japońskiej etykiety, która pod maską formalnej grzeczności pozwa­la ukrywać prawdziwe intencje. Zgodnie z nią fryzjer, taksówkarz czy mechanik samocho­dowy na pytanie, ile się należy za wykonaną usługę, odpowiada: „nic”. Kto potraktuje to do­słownie i spróbuje odejść, natychmiast usłyszy za plecami wołanie, by jednak wrócić i zapłacić.

Sprawdzenie, czy ma się do czynienia z bez­interesowną życzliwością, czy sztuczną etykietą, jest na szczęście bardzo proste. Po nawiązaniu rozmowy należy rzucić od niechcenia „Tylko bez ta’arof proszę”. Robiłem to wielokrotnie i... nic się nie zmieniało, ludzie uśmiechali się i wciąż zapraszali do siebie.

Strzeż się tych miejsc!

Podróżując po świecie, nie wolno zapominać, że gościem zostaje się dopiero po otrzymaniu zaproszenia. W anonimowym tłumie miast jest się obcym, którego los nikogo nie interesuje, a nierzadko także potencjalną ofiarą. Równie prawdziwe jak opowieści o życzliwości przypadkowo poznanych ludzi są niestety informacje o cudzoziemcach okradzionych, porwanych, pobitych.

Szczególną ostrożność należy zachować we wszystkich metropoliach Ameryki Łacińskiej - można stać się tam ofiarą ataku o każdej porze i w każdym miejscu, nawet w reprezentacyjnym centrum. W „złych dzielni­cach” Rio de Janeiro, Meksyku, Bogoty, Caracas, Limy jakakolwiek próba oporu może skończyć się tragicznie. Życzliwi mieszkańcy z reguły informują cudzoziemców, jakich miejsc powinni unikać, i tych rad należy bezwzględnie przestrzegać.

Równie niebezpieczne są wielkie miasta Afryki, do których z całego kon­tynentu ściągają tłumy młodych mężczyzn szukających pracy. Gdy jej nie znaj­dują, całe dnie spędzają na ulicach, czekając na jakąkolwiek szansę zarobku. Równie dobrze jak potencjalny pracodawca może nią być obwieszony aparatami turysta.

Ortodoksyjni muzułmanie nie skrzywdzą człowieka, którego zaprosili do swego domu, lecz zasad gościnności nie stosują wobec osób przebywających w przestrzeni niczyjej. Dlatego nawet w ortodoksyjnie religijnym Jemenie plagą są porwania cudzoziemców dla okupu.

Trudno ocenić, czy bezpieczniejsze jest podróżowanie w niewielkiej grupie, czy samotne. Grupa skuteczniej odstrasza napastników, z drugiej jednak strony może być postrzegana jako potencjalne źródło większego łupu czy okupu.

Samotnie podróżujące kobiety nie powinny szukać pomocy u młodych mężczyzn, gdyż nie sposób przewidzieć, jak się zachowają i co zrobią. Po założeniu rodziny panowie - zwłaszcza w krajach arabskich - poważnieją i stają się bardzo opiekuńczy. Im można już zaufać.

 

Jedzcie, pijcie, uważajcie!

Zajrzenie pod maskę osłaniającą prawdzi­we życie Chińczyków i Japończyków wymaga większego wysiłku. Na Dalekim Wschodzie ety­kieta działa w obie strony, obowiązuje również cudzoziemców, którzy nieopatrznym gestem lub słowem mogą urazić tubylca. Japończycy nie potrafią śmiać się z samych siebie, więc nie wolno z nich żartować. Chińczycy nie tolerują niczego, co odbierają jako lekceważenie, nawet takich drobiazgów jak wsunięcie wręczonej wi­zytówki do tylnej kieszeni spodni czy odmowa przyjęcia drobnego poczęstunku.

Gdy jednak uda się przełamać barierę nie­ufności, okazują się równie gościnni i troskliwi jak inni Azjaci. W Japonii szczególne wrażenie wywiera dyskrecja, z jaką gospodarze czuwa­ją nad gośćmi. Przed wejściem do domu czy mieszkania należy zdjąć buty, ale jeszcze trwa wymiana powitalnych ukłonów, gdy obuwie znika, a w jego miejsce pojawiają się klapki. Gdy kierowałem się do łazienki, nie wiadomo w jaki sposób przed drzwiami stawał inny kom­plet obuwia, a na wieszaku czekał szlafrok.

Podstawową formą gościnności jest, nieza­leżnie od kraju i lokalnych tradycji, zaproszenie do stołu. Na Dalekim Wschodzie to sama przy­jemność, chociaż warto pamiętać, że Chińczycy nie lubią, gdy odmawia się degustacji serwowanych potraw, także tych wzbudzających miesza­ne uczucia. Znacznie poważniejszym wyzwa­niem jest kuchnia niezwykle gościnnych ludów środkowej Azji. Tradycja nakazuje, by gościowi oddawać najlepsze kąski. Dobrze, gdy będzie to kawałek mięsa, gorzej gdy - na przykład w Mon­golii - na talerzu pojawią się ugotowane w rosole baranie oczy. Można oczywiście odmówić, ale trzeba mieć świadomość, że wyrządza się w ten sposób przykrość gospodarzom. I to tak wielką, że w ich oczach mogą pojawić się łzy.

Przyjmując zaproszenie do stołu u Ara­bów, należy zawczasu skorygować plany na dalszą część dnia. Nie ma mowy, by biesiada skończyła się szybko. Potraw będzie mnóstwo, a gospodarze zadbają, żeby gość spróbował każ­dej. Podczas rozmowy można się spodziewać wielu pytań. Także sprzecznych z obowiązu­jącą u nas poprawnością polityczną. Jeszcze mi się nie zdarzyło, by muzułmanin, z którym wdałem się w dłuższą dyskusję, w pewnym mo­mencie nie zapytał, czy jestem chrześcijaninem. Krótkie potwierdzenie w pełni satysfakcjonuje rozmówcę, przyjazna konwersacja trwa dalej. Zadeklarowanie się jako ateista wywołuje kon­sternację i bardzo schładza atmosferę.

W Azji i w Afryce nie powinny też dziwić pytania o stan cywilny, liczbę dzieci, zdrowie rodziców. Przyznanie się do bezdzietności lub bycia singlem wywołuje podobną reakcję jak do ateizmu w krajach muzułmańskich. Czasem więc lepiej trochę pofantazjować albo nie wyznać całej prawdy, niż nadmiarem szczerości zepsuć atmosferę. Warto mieć te rzeczy na uwadze, gdy planujemy wakacyjną podróż, zwłaszcza przy niewielkim budżecie. „Wśród podróżujących powoli, autostopowiczów czy rowerzystów, Turcja, Iran i Syria »biły się« od zawsze o palmę pierwszeństwa we wspaniałej, ujmującej gościn­ności.

To takie kraje, w których trzeba zostać u kogoś na dzień lub dwa i z ciężkim sercem jechać dalej. Zdarzało się, że gospodarze przeko­nywali nas, że dziś jest już za gorąco na wyjazd i spędzaliśmy kolejny dzień, siedząc w cieniu drzewa, zajadając daktyle, pistacje i popijając herbatę. Najtrudniej za to wszystko im się jakoś odwdzięczyć, bo niczego, poza naszym czasem i historiami, nie chcieli” - opowiada Robert Ma­ciąg. „Gdyby nie niespodziewane wizyty u ob­cych ludzi, nie chciałoby mi się ruszać w świat. Wszystko inne można zobaczyć w telewizji, ale gościnności trzeba doświadczyć. To coś bardzo osobistego, co wspomina się latami”.