Fanga trafiła Anglika prosto w nos. Zaskoczony, niespodziewający się ciosu, przyjął go pokornie. Wszystkimi zmysłami. Osunął się na kolana i tak, na wpół przytomny, klęcząc, dał sobie odebrać torbę ze sprzętem fotograficznym. Niesiona wieloma ramionami, popłynęła zaraz do włazu kierowcy czołgu. Jeszcze przed chwilą na zakorkowanej, zatkanej drodze tank rozpychał się i panoszył, spychając do rowu osobowe zawalidrogi bez benzyny. Spierdalał on, jego załoga i ci, co na pace się zmieścili. Spierdalali wszyscy. Obie armie gruzińskie. Ta od byłego prezydenta Gamsachurdii i ta od obecnie panującego prezydenta Szewardnadzego. Napierali Abchazowie.

Anglikowi poprawiono. Dostał fangę w szczękę. Lżejszą niż po- przednia, ale nie trzymał gardy i to go zgubiło. A przecież boks jako styl walki wymyślili Anglicy. Chwilę wcześniej jechałem z nim, dopiero co poznanym, oraz z naszym kierowcą-przewodnikiem, kiedy Anglik zobaczył, jak czołg spycha samochody do rowu. Byle szybciej uciec, przejechać, wymanewrować się na bezpieczny teren.

Trzecią fangę Anglik dostał w okolice lewego oka. Tego było dla niego za dużo. Na chwilę jakby się rozprostował, ale potem złożył się i padł centralnie na twarz. Niby Anglik, a pada na ryj jak każdy. Niby szef, współzałożyciel agencji fotograficznej Network, a upada na twarz jak każdy. Trochę był pod moją opieką. Nie mówił po rosyjsku. Nieco mu naobiecywałem, a on finansował. Więc po trzeciej trafiającej go fandze ujawniłem się. Chytrze ukryty po tej stronie drogi, po której oni nie spodziewali się nikogo. Mogłem skitrany tam poczekać, aż czołg odjedzie. Bo on, Anglik, nie musiał wychodzić z samochodu i ich fotografować. Nagrodę World Press Photo dostanie za zupełnie inne zdjęcia. Zrobione trochę potem i w miejscu trochę innym. Kilkadziesiąt kilometrów dalej położonym.

Był kwiecień 1993 roku. Znów trafiłem do Gruzji. Przylecieliśmy z dziennikarzem relacjonować wojnę Gruzinów o Abchazję. Nie o zdobycie jej, lecz o utrzymanie w ich państwie. Bo Abchazowie, wciśnięci między Morze Czarne a góry Kaukazu, wzięli przykład z Gruzinów. Zamarzyła im się niepodległość. Wolność od właśnie uwolnionej od Rosjan Gruzji. Własny naród we własnym państwie. I tę wojnę wygrywali. Nie sami, wspomagani trochę przez braci Rosjan, Czeczenów, Inguszów. Wynajętym samochodem pojechaliśmy więc z Tbilisi w kierunku Megrelii, regionu, o który toczono bój. Nie taki jak w grze w szachy. Przeciwników było nie dwóch, tylko trzech.

Abchaska armia kontra armia gruzińska rządzącego prezydenta Eduarda Szewardnadzego i armia obalonego rok wcześniej prezydenta Gamsachurdii. Ale armie gruzińskie, sobie niechętne, też były kontra. Potykały się ze sobą. Niby zjednoczone w obliczu wspólnego wroga, ale tylko tyci, tyci. Kiedy można wetknąć szpilę lokalnemu rywalowi, to ją wetkną. Kiedy można rozbroić żołnierza konkurenta, to rozbroją. A nierzadko też wybatożą, upokorzą, sponiewierają. Więc front gruziński wystawiony przeciwko abchaskim wojskom jednolity nie był. Nie było w nim współpracy, jednolitej taktyki, skutecznych operacji.

Ostatnim dużym miastem przed terenami, na których toczyły się walki, była Oczamczyra. Szukaliśmy z Wojtkiem Jagielskim sztabu Gamsachurdii, który powinien się tu znajdować. I był. Wtedy spot- kałem byłego prezydenta po raz drugi. Stał pochylony nad mapą. Otoczony brodatymi sztabowcami. W wojskowym kamuflującym mundurze, spod którego wystawała pasiasta podkoszulka. Kultowa biało-niebieska koszulka rosyjskiego desantnika. Już nie ignorował dziennikarzy. Roztoczył przed nami scenariusze wojny z Abchazją. Ich perspektywy i możliwości. Nie gdybał. Planował. Miał swoją, trochę kulawą, ale zawsze jednak własną, armię. Wyłuszczał plany kontr- ofensywy, która rozbije w puch wraże formacje zbrojne. A Gruzinom pozwoli pozostać w krainie winoroślami i mandarynkami płynącej. Z której on, Megrel, pochodził. W której jego ród od pokoleń mieszkał. Która od wieków do Gruzji przynależała, przekonywał. Na po- żegnanie dał nam swoje autografy na kawałkach papieru. Glejt dla nas, wojennych dziennikarzy. Że się zgadza. Akceptuje. Pozwala nam pisać i fotografować. Bo mamy jego osobiste poparcie i zaufanie.

Kiedy podszedłem do czołgistów stojących nad powalonym Anglikiem, natychmiast mnie z nim skojarzyli. Nietrudno im było koja- rzyć, bo tak jak on miałem aparaty fotograficzne. Więc fanga. Byłem na to przygotowany. Więc moja wysoka garda. A im głupio, bo z olimpijskim spokojem paruję cios i mimo że mogę kontrować byle jakim szczurzym prostym – tamten jest odsłonięty – opuszczam pięści.

Ignoruję napastnika. Nic mnie niby nie obchodzi, ale jednak zaczynam się bujać. Z prawej nogi na lewą przenoszę ciężar ciała i odwrotnie. To bujanie jest poza mną. Siedzi w mojej krwi. Podobno zmienia się wtedy kolor moich oczu. Z błękitnych robią się stalowe. Pełne nienawiści. Zimne. Takie bujanie w moim ukochanym mieście jest szanowane. Budzi respekt. Bo jak się ktoś w moim mieście tak rozbuja, nic dobrego dla osoby obserwującej z tego nie wyniknie.

 

Wiedziałem, że jeśli trafię go krótkim prostym, to go upokorzę. A jak go upokorzę, upokorzę też całą załogę spierdalającego czołgu wraz z tymi, którzy czmychają na jego pace. Gdy wyprowadzę krótkiego prostego, w walce na pięści bardzo skutecznego. I trafię tam, gdzie chcę. To chrząstka z haczykowatego, ciemnego gruzińskiego nosa podlegnie kinetyce mojej pięści. Zwinie się i skurczy. Stłamsi i wbije w jego twarz, czaszkę, może nawet w mózg. Tam wybuchnie wielkim bólem. Uczyłem się tego na sportach walki podczas studiów na warszawskim AWF-ie. A tamten nawet nie krzyknie. Bo przestanie działać część jego mózgu odpowiedzialna za mowę.

Miałem nad nim przewagę taktyczną, którą mógłbym wykorzystać. O fizycznej nie było mowy. Masę ciała miał z półtora raza większą niż ja. Do tego mundur, hełm, kamizelka kuloodporna. A ja chudzina, chuderlak. Wysoki, ale szczupły. Przez szesnaście lat uprawiania sportu wyczynowego wyżyłowany. Mam jednak wunderwaffe. Najprostszą, jaką człowiek dysponuje od urodzenia. Siłę kinetyczną moich pięści. Ale teraz je opuszczam. Więc ten z niedowierzaniem, lękiem, a może i wstydem – więcej nie próbuje. Bierze mnie do niewoli jak sponiewieranego wcześniej Anglika. Odbiera mi torbę ze sprzętem, która jak poprzednia, niesiona wieloma rękami, ląduje we włazie kierowcy czołgu. Popychają, wpychają, podnoszą nas na pakę. Na pancerz – i w drogę.

Normalnie, gdybym uciekał przed Abchazami, byłbym zadowolony. Szczęśliwy wręcz. Darmowa podwózka, wywózka, ewakuacja. Ale oni zaczynają gadać między sobą, że jesteśmy rosyjskimi szpiegami.

Brednie. Jak Anglik może być rosyjskim szpiegiem? Tym bardziej Po- lak. Żenada. Ale oni dalej, że egzekucja szpiegów! I coraz bardziej na poważnie! Z początku to olewałem, ale im głębiej jesteśmy w Gruzji, im dalej od frontu, im oni czują się bezpieczniejsi, tym dla mnie i Anglika niebezpieczniej.

Kim mogą być? Którą z gruzińskich armii? Mundury mają podobne. Jak wyskoczę z akredytacją podpisaną osobiście przez byłego prezydenta Gamsachurdię, to armia Szewardnadzego na pewno nas zabije. Jeśli jest odwrotnie, a ja pokażę akredytację od Szewardnadzego, to też kaput. Dobrego wyjścia nie ma. Trzeba czekać. Jechać na pace czołgu i czekać.

Dowódca tkwiący we włazie wieżyczki obraca się do mnie i po rosyjsku zagaja. Kto był największym polskim wieszczem? Skoro ty Polak, to wiesz. I patrzy na mnie, a ja myślę. Myślę Mickiewicz, ale milczę. A jeśli to liberał albo co gorzej – konserwa? Może lepiej powiedzieć Słowacki? A jeśli lewak, to może Miłosz? Mówię: „Mickiewicz”, i obserwuję reakcję. Jak nie zdam sprawdzonka, to Anglik i ja mamy przejebane. I życie, i – ewentualnie – nieżycie. Ale dowódca już pęka. Chyba się przekonał, żem Polak z Polski. Bo on w cywilu jest wykładowcą literatury. Więc gadamy. Czekam, aż mu się wymsknie to, na co czekam. „Szewardnadze to faszysta”, mówi. A ja wiem, który papier mam wyciągnąć. Ten z autografem Gamsachurdii. A ten od Szewardnadzego skitrać jak najgłębiej. Więc sięgając do kieszeni, czuję już nad nimi przewagę. Przewagę, bo ich ukochany prezydent osobiście podpisał mi się na skrawku ostemplowanego papieru. Świstku skromnym, ale ratującym życie. O wadze podwójnego życia.

Czując przewagę, robię się spokojniejszy. Bardziej bystry. Mózg uwolniony od obawy zaczyna kombinować: jak wykorzystać tę prze- wagę? Może poproszę, żeby odwieźli nas tam, skąd nas zabrali? Leniwym ruchem wyciągam świstek. Ale nie mówię: „Macie przechlapane”. Ani: „Mój przyjaciel prezydent dobierze wam się do dupy”. Ani: „Zdrajcy. Tchórze. Powiem mu, jak szybko zwiewa jego armia”.

Nie mówię nic. Nie prowokuję, nie zaogniam, znów odpuszczam. Nie eskaluję konfliktu niczym, co w ramach retorsji za sponiewieranie nas przychodzi mi do głowy. Precyzyjniej oceniam sytuację. A on czyta. Czyta i wciąż nie wierzy. Jest nauczycielem literatury, więc czytać na pewno potrafi. Obraca świstek. Dalej nie wierzy, że trzyma w ręku oryginalny autograf ukochanego prezydenta, syna ukochanego wiesz- cza. Tak czy inaczej: Gamsachurdii.

Szczeknięcie dowódcy w głąb włazu powoduje gwałtowne hamowanie czołgu. Ten, który przed chwilą chciał odebrać mi zegarek, twierdząc, że nie będzie mi już potrzebny, głupio się uśmiecha. Teraz jesteśmy przyjaciółmi. Przepraszają i tłumaczą, że nie wiedzieli. Z paki zganiają, torby ze sprzętem oddają. Ale Anglikowi rachunek aparatów się nie zgadza. Były trzy, są dwa. Więc krzyczę do dowódcy, a on krzyczy w głąb czołgu. I oto z włazu wyłania się ręka z trzecim aparatem. Bo Anglik, tłumaczy kierowca, ma aż trzy, a on nie ma żadnego. A tak samo jak my jest pasjonatem fotografii. Ruszają z piskiem gąsienic rwących asfalt. Dowódca macha na pożegnanie. Ten, który chciał mój zegarek, nie macha. Chyba mu się spodobał.