Gangsterzy doskonale wiedzą, jak przechytrzyć wymiar sprawiedliwości.

Przewlekanie procedur sądowych to temat rzeka. Przestępcy potrafią grać na czas – wiedzą, że jeśli się postarają, miną lata, zanim z oskarżonych zamienią się w skazanych. Wystarczy odrobina pomysłowości oraz finansowe i logistyczne wsparcie, a okazji do utrudnienia pracy Temidzie pojawi się mnóstwo.


Ci, którzy odpowiadają z wolnej stopy, w nieskończoność przysyłają zwolnienia lekarskie (jeśli nie swoje, to adwokata). Stają też na ślubnym kobiercu akurat wtedy, gdy powinni być na rozprawie – jak to zrobił jeden z oskarżonych w procesie „łódzkiej ośmiornicy”. Za kratami trudniej o skuteczne odwlekanie terminów, jednak i tymczasowo aresztowani potrafią igrać ze sprawiedliwością. W ich przypadku scenariusz gier sądowych jest zazwyczaj podobny: oskarżeni popadają w chorobę psychiczną i trzeba ich skierować na obserwację lub zasypują sąd coraz to nowymi wnioskami dowodowymi, wymagającymi powoływania biegłych. Zdarza się też, że paraliżują procedury za pomocą pewnego paragrafu, z którego jak najbardziej mają prawo skorzystać. Niemożliwe? A jednak.


Zabawa  w kotka i myszkę


Tak zwane choroby gangsterów to istna plaga wymiaru sprawiedliwości. – W żadnym innym kraju nie ma aż tylu „chorujących” członków zorganizowanej przestępczości, co w Polsce – przekonuje dr Jerzy Pobocha, biegły psychiatra. – Zanim lekarze zorientują się, że delikwent symuluje, mija sporo cennego czasu.


Niebywały pokaz zaburzeń psychicznych dał niegdyś Janusz T. ps. Krakowiak, szef śląskiego gangu wykonującego zabójstwa na zlecenie. W sądzie histeryzował, robił dziwaczne miny i paradował bez butów. W celi aresztu śledczego pił wodę z muszli klozetowej i rzekomo słyszał głosy zza ściany, mówiące o planowanych zmianach w rządzie. Kiedy biegli orzekli, że tak naprawdę nic mu nie jest, choroba Krakowiaka przeszła jak ręką odjął.


Z kolei w wymyślaniu przedziwnych wniosków dowodowych, odwlekających moment ogłoszenia wyroku o wiele miesięcy, mistrzem okazał się Jacek Nowak ps. Kato – zawodowy zabójca gangu pruszkowskiego. Kiedy jedna z jego ofiar przeżyła i rozpoznała w nim mordercę, Kato zażyczył sobie m.in. szczegółowych ekspertyz balistycznych opisujących tor wystrzelonych pocisków. Ekspertyzy miały zawierać tysiące szczegółów w rodzaju: temperatura powietrza, szerokość geograficzna czy prędkość wiatru.


Sprawdzoną i najczęściej stosowaną metodą przewlekania procedur sądowych jest składanie wniosku o zmianę obrońcy. Oskarżony nagle twierdzi, że stracił zaufanie do swojego prawnika, i domaga się powołania innego. Nowy obrońca musi mieć czas na zapoznanie się z aktami, a to może trwać kilka tygodni. Zmiany adwokatów zażądał w marcu zeszłego roku Ryszard Bogucki, oskarżony o współudział w morderstwie generała Marka Papały, uniemożliwiając tym samym sądowi przesłuchanie wdowy po byłym szefie polskiej policji. Małgorzata Papała jest w tym procesie kluczowym świadkiem – w śledztwie zeznała, że to Boguckiego widziała przed domem w dniu zabójstwa.


Złote lata  Jana R.


Gdyby pokusić się o ranking najtrudniejszych przypadków sądowych, pierwsze miejsce przypadłoby Kulawemu, od czterech lat sądzonemu m.in. za zabójstwa ze szczególnym okrucieństwem. 57-letni  Jan R. z Kisielic na Mazurach to

barwna postać. Najpierw jako przedstawiciel samorządu lokalnego rządził gminą. Za diety radnego fundował paczki dla biednych dzieci. Potem kierował mafią niczym prawdziwy capo di tutti capi – np. testował lojalność ludzi, z którymi pracował. Swojego kierowcę zaprosił na męską rozmowę i gdy ten unosił kieliszek, Jan R. dał sygnał, by podcięto mu gardło. Wpółżywy kierowca nie odszedł od stołu, lecz owinął szyję ręcznikiem, po czym złożył na dłoni Kulawego pocałunek należny ojcu chrzestnemu i wzniósł toast za jego zdrowie. Zdał test na lojalność – w szpitalu powiedział, że miał wypadek na budowie.


Ale kilka lat później, na sali sądowej, to on zdemaskował prawdziwe oblicze swojego szefa. „Jan lubił torturować ludzi. Widok cierpienia sprawiał mu przyjemność. Chwalił się, że wie, jak sprzątnąć człowieka, żeby nie było śladów, i że ma takie swoje dobre miejsca w bunkrach, pod dębami, do których nikt nie dojdzie” – mówił.


Chociaż Jan R. ma uszkodzony kręgosłup i od trzydziestu lat jest przykuty do wózka inwalidzkiego, to – jak twierdzi prokuratura –  kierował potężną organizacją przestępczą docierającą do Niemiec, Holandii, Danii, Szwecji i Norwegii, znacznie lepiej zorganizowaną niż prężne grupy spod Warszawy. Śledztwo w tej sprawie było jedną z najtrudniejszych operacji przeciwko mafii (m.in. ze względu na zmowę milczenia panującą wokół interesów Kulawego). Generał Adam Rapacki powołał grupę zadaniową złożoną ze spec-policjantów, mającą zdekonspirować przestępcę z Mazur. Jedną z tych osób była policjantka z olsztyńskiego CBŚ. Już po zatrzymaniu Kulawy poprzysiągł, że „wybije ją do dwudziestego pokolenia”.


Proces gangu toczy się przed Sądem Okręgowym w Elblągu. Na ławie oskarżonych zasiada 16 osób. Prokurator Andrzej Litwińczuk z Prokuratury Apelacyjnej w Białymstoku zarzucił im kilkaset przestępstw, których wyliczenie zajęło ponad sto stron.


W akcie oskarżenia mowa jest m.in. o grupie do zadań specjalnych, powołanej przez Jana R. Ludzie, którzy weszli w jej skład, słynęli z okrucieństwa. W półświatku nazywano ich „Kacprami”. Stosowali cztery metody przesłuchań: bicie po piętach, ściskanie palców kombinerkami, wbijanie pod paznokcie ostrych przedmiotów i wreszcie przebijanie stawów wiertłami, których nie wyciągano, lecz zostawiano na pamiątkę. Grupą kierował Marcin K. ps. Kacper z Elbląga – potężnie zbudowany mężczyzna o grubym karku i zimnym spojrzeniu.


Jest on sądzony za zabójstwa ze szczególnym okrucieństwem.


Kulawy i jego kilerzy mieli zabić dwóch mężczyzn ze Szczecina, zamieszanych w przemyt papierosów. Sprawa ma charakter poszlakowy – ciał nie odnaleziono, chociaż CBŚ z Olsztyna wielokrotnie przeszukiwało stare cmentarze, lasy, jeziora i groble. Korzystano nawet z pomocy jasnowidza. Bezskutecznie.


– Jak w ogóle można mówić o zabójstwie ze szczególnym okrucieństwem, skoro nie znaleziono zwłok i nikt nie opisał cierpienia ofiar? – ocenia pracę prokuratora mecenas Ryszard Bafia, broniący z urzędu dwóch domniemanych zabójców.


– Brat trzykrotnie mówił mi, że oni nie żyją. „Zrobiłem porządek z tymi chujami” powiedział – konsekwentnie twierdzi Czesław R., brat Kulawego, który w tym procesie jest jednym z oskarżonych.


Jan nie ułatwia sądowi dochodzenia do prawdy, co rusz z jego powodu rozprawy są przerywane.


Słabe zdrowie szefa mafii


Najpierw Kulawy zmieniał obrońców. Od początku procesu notorycznie uskarża się na bóle stawów, kołatanie serca, nudności i zawroty głowy. Ma pretensje do lekarzy sądowych, że „są w zmowie z lekarzem więziennym” i razem z nim eksperymentują, stopniowo go uśmiercając.


Wielokrotnie rozprawy trzeba było przerywać, bo Jan R. domagał się kolejnego badania, posiłku lub kąpieli. Podczas upałów celowo przykrywał się kocem, żeby zwiększyć temperaturę ciała. Kulawy obraża wszystkich, straszy świadków, że „ich załatwi”, wyzywa sędziego od „łysych pał”. Wciąż mówi o rzekomym spisku prokuratury przeciwko niemu.


Półtora roku temu Kulawy zaskarżył Polskę do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu. Napisał o lekceważeniu jego dolegliwości i nieludzkim traktowaniu w areszcie. Argumenty oskarżonego uwiarygodniła Helsińska Fundacja Praw Człowieka.


– Pomagaliśmy mu w napisaniu skargi – przyznaje dr Piotr Kładoczny w HFPC. – Rozumiemy, że na Janie R. ciążą bardzo poważne zarzuty, ale on sam wciąż pozostaje człowiekiem. Naszym zdaniem opieka medyczna w warunkach więziennych jest nieadekwatna do jego stanu zdrowia. Czy człowiek w takim stanie w ogóle powinien trafić do celi? Ten przypadek jest precedensem w całej Unii Europejskiej.


Przeklęty  paragraf


Wyrok miał zapaść w grudniu ub. roku. Prokurator i adwokaci szykowali się właśnie do wygłoszenia mów końcowych, gdy tymczasem wszystkie plany Temidy pokrzyżował fatalny w skutkach wniosek Jana R. i jego żony (także oskarżonej o kierowanie gangiem). Małżonkowie zażądali odczytania ponad stu tomów protokołów i dokumentów załączonych do aktu oskarżenia.


– Elżbieta R. zna wszystkie dokumenty niemal na pamięć, a jej mąż w ogóle się nimi nie interesuje – wciąż podkreśla, że nie zna nawet aktu oskarżenia. Artykuł 394 paragraf 2 kodeksu postępowania karnego, z którego oboje skorzystali, jest przekleństwem polskiej procedury karnej – mówi prokurator.


Artykuł ten stanowi: „Protokoły i dokumenty podlegające odczytaniu na rozprawie można uznać – bez ich odczytania – za ujawnione w całości lub w części. Należy jednak je odczytać, jeżeli którakolwiek ze stron o to wnosi”.


Sędzia  Dorota Zientara, rzecznik prasowy Sądu Okręgowego w Elblągu, nie potrafi przewidzieć, jak długo potrwa odczytywanie zgromadzonego materiału: – Odczytywane są wszystkie dokumenty, nawet bilingi. Akta sprawy z samego postępowania przygotowawczego liczą 106 tomów, wszystkich jest 240. Sędzia Zientara dodaje, że na rozprawach dochodzi do skandalicznych sytuacji: – Jan R.   ostentacyjnie lekceważy sąd, np. podczas odczytywania akt chrapie – mówi.


Po co więc cała ta mistyfikacja? Przecież gołym okiem widać, że oskarżeni bawią się wymiarem sprawiedliwości. I do tego na koszt państwa. Prawda jest taka, że Temida znalazła się w szachu – gdyby sąd odrzucił wniosek państwa R., pojawiłoby się ryzyko uchylenia wyroku przez sąd drugiej instancji i skierowania sprawy do ponownego rozpatrzenia. To oznaczałoby: po pierwsze – stratę cennego czasu, po drugie – poważne obciążenie dla Skarbu Państwa (nieoficjalnie szacuje się, że do grudnia ub. roku proces w Elblągu kosztował ok. 2 mln zł).


Dzięki sądowym grom Kulawego, w nieskończoność opóźniającym ogłoszenie wyroku, Marcin K. ps. Kacper jest już na wolności. Opuścił areszt pod koniec kwietnia po wpłaceniu 800 tys. zł kaucji. Spędził za kratami sześć i pół roku. Ze względu na poszlakowy charakter sprawy Sąd Apelacyjny w Gdańsku, rozpatrujący kolejne wnioski prokuratora o przedłużenie aresztu, w końcu wyznaczył kaucję.


– Nie jestem szczęśliwy z takiego obrotu sprawy, ale tymczasowe aresztowanie to środek zapobiegawczy, a nie kara, zatem nie może trwać w nieskończoność. Inaczej by to wszystko wyglądało, gdyby w tej sprawie zapadł wyrok – ubolewa prokurator Andrzej Litwińczuk.


Kulawa temida


Na wieść o wypuszczeniu Kacpra rodziny zamordowanych mężczyzn wystąpiły o policyjną ochronę (ale jej nie dostały). Syn jednego z nich, wezwany na rozprawę w charakterze świadka, po prostu się nie stawił. – Boję się tego człowieka: zabił mi ojca, nie wiem, do czego jeszcze jest zdolny – mówi Daniel Biej.


Pozostali, domniemani egzekutorzy gangu: Radosław H. oraz Marcin G. także – po wpłaceniu kaucji – mogą wyjść z aresztu.


– To coś niebywałego, pułapka, w którą wpadł wymiar sprawiedliwości. Niewykluczone, że przepis trzeba będzie zmienić – komentuje prof. Stanisław Waltoś z UJ, jeden z najwybitniejszych polskich karnistów, autor podręczników akademickich dla kilku pokoleń prawników.


Owa pułapka, w którą – świadomie lub nie – zapędził trwający od blisko czterech lat proces obłożnie chory gangster, dowodzi, że tak naprawdę to Temida jest kulawa.


Autorka: Ewa Ornacka - dziennikarka śledcza związana z tygodnikiem „Wprost”, współautorka serialu i filmu „Alfabet mafii”, autorka scenariusza do filmu „świadek” w reż. Andrzeja Kostenki o narkotykowym handlarzu ps. czarny, który złamał zasadę milczenia o poczynaniach mafii.