Cudowne dziecko pokonało ojca już przy pierwszym spotkaniu. Uderzyło z niespotykaną siłą, wywołało paniczny strach przed śmiercią i sprawiło, że „ojciec” przeżył horror. „Zawładnął mną demon, który wziął w posiadanie moje ciało, umysł i duszę. Substancja, z którą chciałem poeksperymentować, zwyciężyła mnie” – zanotował 73 lata temu w swoim dzienniku laboratoryjnym dr Albert Hofmann. Nie spodziewał się tak silnego ataku. Długo nie mógł dojść do siebie. Podczas kolejnych prób zmniejszał dawkę. Wtedy poczuł, że zgłębia tajemnice bytu, zmienia życie. Nazwał LSD cudownym dzieckiem i również na emeryturze się z nim nie rozstawał. Nie zmienił zdania nawet, gdy LSD zaczęło funkcjonować na czarnym rynku.
 

PRZY TYGRYSIE

Albert Hofmann młodość spędził w szwajcarskim Baden. Ukończył chemię na uniwersytecie w Zurychu, z wyróżnieniem obronił pracę doktorską. Pracował w laboratorium naukowym zakładów farmaceutyczno-chemicznych Sandoz w Bazylei. Pod okiem prof. Arthura Stolla szukał aktywnych czynników w popularnych roślinach leczniczych. W reakcjach chemicznych uzyskiwał próbki substancji, stosowane później jako składnik preparatów medycznych. Najpierw badał cebulę morską. W połowie lat 30. zainteresował go sporysz, grzyb pasożytujący na zbożu. Właściwości chemiczne sporyszu wykorzystywano w medycynie ludowej już w średniowieczu. Na początku XX w. potwierdzono, że alkaloidy sporyszu mogą przyśpieszać poród, i zaczęto je stosować w położnictwie. W latach 20. i 30. badacze z USA i Anglii wyizolowali i opisali szkielet wszystkich alkaloidów sporyszu – nazwali go kwasem lizerginowym. Hofmann starał się wyprodukować na bazie kwasu związki o właściwościach leczniczych, stymulujące układ oddechowy i krążenia.

W 1938 r. zsyntetyzował dwudziestą piątą substancję tej serii – dwuetyloamid kwasu lizerginowego – LSD 25. Do 16 kwietnia 1943 roku w laboratorium nie działo się nic nadzwyczajnego. Po południu Hofmann przystąpił do oczyszczenia kwasu LSD do postaci winianu. Nagle przerwał doświadczenie. Doznał zawrotów głowy, opanował go lęk. Zwolnił się z pracy. W domu zapadł w przyjemny nastrój odurzenia. „W stanie podobnym do snu, z oczami zamkniętymi (blask dziennego światła sprawiał mi przykrość) chłonąłem zmysłami nieprzerwany strumień fantastycznych obrazów i niezwykłych kształtów z mocną, kalejdoskopową grą kolorów”. Stan utrzymywał się około dwóch godzin. Substancja najprawdopodobniej przeniknęła do organizmu przez końcówki palców. By się o tym przekonać, Hofmann przeprowadził na sobie eksperyment.

19 kwietnia o godz. 16.30 zanotował w dzienniku: „0,5 cm3 z promilowego, wodnego roztworu winianu dwuetyloamidu, doustnie 0,25 mg winianu. Zażyte po rozcieńczeniu w 10 cm3 wody. Bez smaku. 17.00. Początek zawrotów głowy, uczucie niepokoju, zaburzenia w widzeniu, oznaki paraliżu, chęć śmiania się”. Dalszych doświadczeń nie był już w stanie zapisać. Miał problemy ze skupieniem uwagi i wysławianiem się. Poprosił laboranta, by eskortował go do domu. Wracali rowerami. Droga ta przejdzie do historii jako pierwsza jazda na LSD. Podczas pedałowania ujawniła się moc substancji. Budynki, ulice, drzewa falowały, jawiły się jak odbite w krzywym zwierciadle. Gdy dojechali na miejsce, poprosił o mleko. Wydawało mu się, że ograniczy działanie kwasu. Kazał wezwać lekarza. Przedmioty w pokoju poruszały się napędzane wewnętrznym niepokojem. Meble odczuwały lęk. Sąsiadka przyniosła mleko, ale Hofmann zobaczył wiedźmę w masce. Ogarnęło go przerażenie. Myślał, że umrze. Przebywał w innym czasie i wymiarze. Ciało było pozbawionym życia i uczuć obcym tworem. Przyszedł lekarz. Hofmann tłumaczył mu, że przez LSD grozi mu śmiertelne niebezpieczeństwo. Doktor nie stwierdził żadnych niepokojących objawów, poza rozszerzonymi źrenicami. Puls, ciśnienie i oddech były w normie.

 

KOLOROWE MASKI

Po jakimś czasie umysł Hofmanna zaczął wracać do normy. Strach i przerażenie ustąpiły szczęściu i wdzięczności. „Fantastyczne obrazy przelewały się przeze mnie, zmieniając, bawiąc, otwierając się w kręgach i spiralach, wybuchając w różnobarwnych fontannach, łącząc i grupując się w ciągłej przemianie. Docierało do mnie ze szczególną wyrazistością, jak doznania akustyczne, takie jak odgłos klamki u drzwi lub odgłos przejeżdżającego samochodu, przekształciły się w doznania wzrokowe. Każdy dźwięk generował żywo zmieniający się obraz, posiadający spójną formę i kolor” – wspominał Hofmann. Po kilku godzinach zmysłowych doznań zasnął. Nazajutrz był już pewny, że LSD jest substancją psychoaktywną o niezwykłej mocy. Nauka nie poznała dotąd związków, które wywoływałyby tak silne doznania psychiczne. Co więcej, podczas działania substancji nie została zakłócona zdolność zapamiętywania. Hofmann cały czas był świadomy i nawet po latach pamiętał tamte doznania.

Pod koniec lat 40. doktor nawiązał kontakt z Ernstem Jüngerem. W książkach niemieckiego pisarza odnalazł opisy bliskie jego doświadczeniom z LSD. Korespondencyjna znajomość zmieniła się w przyjaźń. To, co dziś nazwalibyśmy wspólnym ćpaniem, oni uznali za naukowy eksperyment. Nad jego przebiegiem czuwał prof. Heribert Konzett, lekarz i farmakolog. On także zaaplikował sobie dawkę LSD. „Ernst Jünger podziwiał nasycone kolorami orientalne obrazy, ja podróżowałem pośród plemion berberyjskich w północnej Afryce, obserwując barwne karawany i bujne oazy”. Siła doznań była jednak niewystarczająca. „W porównaniu z tygrysem meskaliny, twoje LSD to tylko domowy kotek” – zauważył Jünger. Gdy chemik zwiększył dawkę, pisarz zmienił zdanie. Tym razem zrobili to przy dźwiękach Mozarta. „Znaleźliśmy się blisko ostatecznych drzwi” – napisał Hofmann. Wrażenia były niezwykle silne. Nie słyszał muzyki, ale szklane laleczki. Na widok książek w bibliotece zapisał: „Jak czerwone złoto, wyciągnięte ze środka na zewnątrz”. Drogą przechodziły dzieci w maskach, przejeżdżały kuligi. Hofmann otworzył okno. Dostrzegł wielobarwne maski w radosnym błękicie.
 

NA CZERWONYCH OBCASACH

Doświadczenia z LSD nie przeszkodziły Hofmannowi w pracy naukowej. W uznaniu zasług został mianowany członkiem Komitetu Noblowskiego. W 1955 roku do laboratorium naukowego firmy Sandoz w Bazylei trafiły nasiona mimozy. Indianie znad Orinoko używali ich jako środka pobudzającego. Zakopywali nasiona i czekali, aż sfermentują. Wtedy mieszali je z popiołem spalonej łuski węża i przez wydrążoną kość ptaka wciągali proszek do nosa. Hofmann chciał się dowiedzieć, jaka substancja wywoływała u Indian agresję, dzięki której pokonywali wrogów.

Niemal dokładnie w tym samym czasie dowiedział się z prasy, że amerykańscy naukowcy odkryli grzyby, wywołujące halucynacje. Zażywali je podczas ceremonii religijnych Indianie w Meksyku. Grzyby, nazywane przez Indian ololiuqui, Hofmann pozyskał dla swojego laboratorium. Próbował wyizolować z nich aktywny składnik. Ku jego zdumieniu okazał się on chemicznie blisko spokrewniony z LSD. Badacz doszedł do wniosku, że LSD, choć jest owocem chemii syntetycznej, należy do grupy świętych meksykańskich narkotyków. Od tego momentu zaczął przypisywać mu znaczenie sakralne. Kolejne eksperymenty postrzegał w kategoriach duchowych, mistycznych. W tym przekonaniu utwierdziła go podróż do Meksyku i udział w rytualnych obrzędach religijnych z udziałem magicznych grzybów. Po powrocie do Bazylei podjął badania nad teonanacatl, meksykańskimi grzybami halucynogennymi. Chciał ustalić, czy działanie narkotyczne roślin może być użyteczne w medycynie. Efektem tych prac było wyizolowanie psylocybiny i psylocyny, dwóch niezwykle aktywnych substancji. Rozważaniom teoretycznym towarzyszyły eksperymenty praktyczne. Doświadczeniu z grzybami znów towarzyszył Jünger, który zapisał: „Kobieta wyłoniła się zza zasłony. Widziałem jej buty z czerwonymi obcasami. Podwiązki podtrzymywały grube uda i poruszały nimi. Olbrzymie piersi, mroczna Delta Amazonki, papugi, piranie, wszędzie półszlachetne kamienie. Weszła do kuchni albo może to była piwnica. Błyski, szepty, syki i iskry były nie do odróżnienia. Wyglądało, jakby skupiały się, zawieszone w górze, pełne oczekiwania. Zrobiło się gorąco nie do zniesienia. Odrzuciłem koc. Pokój rozświetlił się nieco”.

 

NA INDEKSIE

Pod koniec lat 50. cudowne dziecko Alberta Hofmanna zaczęło sprawiać trudności. Zamieszczane w prasie opisy doświadczeń naukowców z substancjami psychoaktywnymi rozbudziły zainteresowanie LSD. Ludzie zaczęli się nim odurzać. Mania LSD, zwłaszcza w USA, przybrała rozmiary społecznej epidemii. Hipisi uważali go za święty narkotyk, a Hofmanna za swojego guru. Jego dom w Bottmingen stał się celem pielgrzymek. Doktor sprzeciwiał się nadużywaniu „kwasu” jako narkotyku służącego rozrywce. Do dziś uważa, że ludziom Zachodu brakuje duchowego przygotowania. „Dlatego Indianie mówią: zanim wezmę świętego grzyba, muszę pościć, muszę się modlić, muszę być czysty. Wtedy grzyb zbliży mnie do Boga”.

Niestety, amatorom z LSD brakowało takiej refleksji. W końcu stało się najgorsze. Kilka podróży na „kwasie” zakończyło się tragicznie. Ludzie ginęli, skacząc z dachu, pewni, że potrafią latać. Cudowne dziecko wymknęło się spod kontroli. Zakłady Sandoz zaprzestały produkcji, a CIA wykupiła zapasy LSD. Z substancją eksperymentowała amerykańska armia. Dr. Olsona, naukowca wojskowego, testującego na sobie działanie „kwasu”, znaleziono martwego. Lekarze dowodzili, że – zwłaszcza u osób z zaburzeniami osobowości – LSD powoduje depresje, załamania nerwowe, próby samobójcze. Podobnej argumentacji przeciwnicy LSD używają do dzisiaj. Znane są przypadki, że stan po „kwasie” utrzymywał się przez trzy tygodnie. 15% badanych doświadczyło uczucia tzw. flashbacku – niespodziewanego nawrotu wrażeń halucynogennych – które zdarzało się nawet po kilku tygodniach czy miesiącach. Niektórzy, wskutek częstego zażywania LSD, popadli w schizofrenię. W 1966 roku władze USA zakazały posiadania i produkcji LSD. Kilka miesięcy później podobnie uczyniły rządy Niemiec i Szwajcarii.
 

 

JESIEŃ W RAJU

Hofmann nie przejął się zakazem. Jeszcze w wieku 64 lat, wspólnie z Jüngerem eksperymentował z LSD. Z okazji jubileuszu, w kwietniu tego roku gościł na światowym sympozjum w Bazylei. W auli Muzeum Kultur profesorowie, naukowcy, artyści i terapeuci przekonywali, że LSD nie jest środkiem odurzającym, tylko „cudownym narkotykiem”. Referat wygłosił też sam jubilat. Mimo że prawo Szwajcarii stawia jego narkotyk na równi z heroiną, zebrał rzęsiste oklaski. Hofmann nigdy nie przeczył, że LSD może być niebezpieczne. Mimo wielu lat eksperymentowania z narkotykami – dożył 102 lat. Do końca zachował zadziwiającą sprawność ciała i umysłu. Chwalił się, że w wieku 100 lat nie musiał nawet nosić okularów. „Gdybym musiał żyć w mieście, z całą pewnością już bym umarł. Mam szczęście, że mieszkam w raju, w Rittimatte. Gdy się żyje w raju, to się go nie chce opuszczać” – odpowiadał, pytany o receptę na długowieczność. Twórca LSD nigdy nie poddał się badaniom, które potwierdziłyby wpływ LSD na jego organizm. Dożył swych dni w spokoju.

Zmarł 29 kwietnia 2008 roku.

Redakcja Focus.pl wybierze dla Ciebie najlepsze artykuły tygodnia. Zapisz się na nasz newsletter