„Gwiezdne wojny” należą do absolutnej klasyki gatunku fantastyki naukowej. To drugie słowo musi szczególnie zobowiązywać: w końcu science fiction od lat zajmuje się przewidywaniem, a często nawet stymulowaniem rozwoju nowych technologii.

Naukowcy od lat próbują odpowiedzieć na pytanie, czy prawa fizyki są wszędzie takie same. Współcześnie wciąż powszechnie uznawana jest tzw. zasada kopernikańska. Zgodnie z nią Ziemia i jej otoczenie nie są w żaden sposób w kosmosie wyróżnione, a w każdym zakątku Wszech- świata panują te same prawa fizyki. Na wizualizacji: odkryta w 2011 roku planeta Kepler 16-b, orbitująca wokół gwiazdy podwójnej. 

Seria, która narodziła się blisko 40 lat temu, zdążyła od premiery „Nowej nadziei” znacząco się zmienić. Pierwsze trzy filmy wyznaczyły jednak nienaruszalne wzorce, którymi do dziś kierują się twórcy kolejnych opowieści – przede wszystkim filmowych, ale też tych, które do fanów sagi trafiają w postaci książek, gier i komiksów. „Gwiezdne wojny” nie są opowieścią o przyszłości ludzkości. „Dawno, dawno temu, w odległej galaktyce...”, czyli początek charakterystycznej czołówki pokazuje, że historia dotyczy innego miejsca i innego niż ludzie gatunku.

Ten wygodny zabieg sprawia, że malkontenci próbujący się czepiać naukowej wiarygodności sagi od razu mogą zrezygnować z krytyki: to nie nasza technologia, nie nasze wynalazki i nie nasza ścieżka rozwoju. Jednak pewne zasady obowiązują. Jak możemy przypuszczać, w całym Wszechświecie obowiązują te same prawa fizyki i opowiadana historia – jeśli ma być nie tylko fantastyką, ale też fantastyką naukową – musi je respektować. Przyjrzyjmy się zatem, jak z tym fantem poradzili sobie scenarzyści kosmicznej serii. Czy takie pomysły jak Gwiazda Śmierci, miecze świetlne czy, oczywiście, Moc mają coś wspólnego z naszą nauką?