
Najmocniejszy haczyk brzmi prosto: to nie ma być kolejny szybki EV, tylko projekt mający udowodnić, że w świecie elektryków można wyskoczyć znikąd i od razu celować w najwyższą półkę. A w tej lidze wygrywa się nie tylko mocą, ale też opowieścią o technologii, ambicjach i tym, jak szybko potrafisz przejść od konceptu do fabryki.
Liczby, które brzmią jak deklaracja wojny
Deklarowana moc robi wrażenie nawet na tle dzisiejszego wyścigu zbrojeń: mowa o układzie czterech silników elektrycznych i wartości 1 399 kW, czyli około 1,9 tys. KM. Do tego dochodzi obietnica sprintu do setki w ok. 1,8 s.
Ważne jest jedno: to są parametry na nagłówki, ale też jasny sygnał, w kogo celuje ta konstrukcja. Gdy producent komunikuje 1,8 s i cztery silniki, mówi wprost: chcemy być porównywani z najszybszymi, a nie z grzecznymi sedanami do miasta. I nawet jeśli dziś to tylko koncept, to taka komunikacja od razu ustawia percepcję marki na przyszłość.

Wygląd jak z plakatu i aerodynamika w roli głównej
Z zewnątrz auto gra językiem hipersamochodów: bardzo niska sylwetka, mocno zarysowana linia nadwozia, duże skrzydło z tyłu i rozbudowany dyfuzor. Pojawiają się też detale typu brak klasycznych klamek, wszystko schowane i wygładzone, co pasuje do idei czystej aerodynamiki.
Ciekawostką jest to, jak mocno podkreśla się temat oporu powietrza: w przekazach o aucie przewija się współczynnik Cd na poziomie 0,185 oraz lekka struktura łącząca stal i włókno węglowe. To nie są ozdobniki, w elektrykach aerodynamika jest jednym z najszybszych sposobów na realny zysk w zasięgu i stabilności przy dużych prędkościach, więc taka liczba ma budować wiarygodność projektu.
Najważniejsze dzieje się poza halą targową
Prawdziwy test dla tej historii nie dotyczy tego, jak auto wygląda pod reflektorami, tylko czy za tym pójdzie infrastruktura. Właśnie dlatego tak mocno wybrzmiewa wątek planów budowy zakładu produkcyjnego w okolicach Berlina, we współpracy z BNP Paribas, w sąsiedztwie gigafabryki Tesli.
W tle przewija się też data 2027 jako cel dla pierwszego rynkowego wejścia. Jeśli to się wydarzy, będziemy patrzeć na klasyczny scenariusz tech wchodzi w motoryzację – tylko że w wersji ekstremalnie ambitnej, bo zaczynającej od auta, które ma robić efekt wow, a nie od spokojnego modelu na próbę.

To ma sens, ale ryzyko jest wpisane w projekt
W tej układance najbardziej intrygujące jest to, że hipersamochód pełni tu rolę billboardu dla kompetencji: pokazujemy, że umiemy robić napędy, sterowanie, elektronikę mocy, a przy okazji budujemy markę, która brzmi premium jeszcze zanim sprzeda pierwszy egzemplarz. Problem w tym, że motoryzacja nie wybacza półśrodków. Targi można wygrać parametrami, ale rynek wygrywa się niezawodnością, serwisem, homologacją i konsekwencją w dowożeniu obietnic.
Jeśli 2027 ma być realne, kluczowe będzie to, co dziś jeszcze pozostaje w cieniu: bateria, masa, chłodzenie, powtarzalność osiągów i bezpieczeństwo przy takich wartościach mocy. W hipersamochodach elektrycznych papier lubi wyglądać spektakularnie, ale dopiero powtarzalny sprint, stabilność termiczna i sensowna produkcja pokazują, czy to projekt do galerii, czy do garaży klientów.