Narodził się na przełomie XVIII i XIX w. Początkowo miał niewielu „wyznawców”, dopiero ponad pół wieku po uruchomieniu masowej produkcji stał się nieodłącznym towarzyszem artystów, symbolem przynależności do paryskiej cyganerii. Bywał nazywany Zieloną Wróżką, co zawdzięczał głównemu składnikowi – piołunowi (Artemisia absinthium). Jest to bylica występująca powszechnie w całej Europie, Azji Mniejszej i Środkowej oraz w Ameryce Północnej. Daje absyntowi charakterystyczny smak i głęboki zielony kolor.

Gorzki smak piołunu

Smak piołunu był doskonale znany już w starożytności, o czym świadczą zapiski w Starym Testamencie. Spożywanie piołunu miało być karą za grzechy. Jahwe oznajmia bogaczom, że w walce o dobra doczesne „prawość w piołun obracają”, a zatem poniosą taką samą karę jak zdeprawowany lud Judy, o którym mówił: „Będę żywił ten lud piołunem i będę ich poił wodą zepsutą” (Jr 9, 14). W podobnym duchu wspomina o piołunie apostoł Jan w Apokalipsie.

Egipcjanie traktowali piołun jako roślinę leczniczą i uprawiali w ogrodach. Wspomina o tym odnaleziony w Tebach przez profesora Georga Ebersa papirus. Wynika z niego, że półtora tysiąca lat przed naszą erą Egipcjanie stosowali piołun do „wypędzania glist z żołądka”. Był też składnikiem maści, którą – według zapisków na papirusie – miała stosować na bóle głowy sama bogini Izyda. Pierwszy człon nazwy – Artemisia – jest hołdem złożonym bogini Artemidzie, strażniczce zielarskiego ogrodu należącego do Hekate. Zarówno Grecy, jak i Rzymianie zaliczali piołun do najważniejszych ziół leczniczych. Stosowali go zewnętrznie do leczenia ran, znamion, oparzeń oraz wewnętrznie na dolegliwości trawienne, ale także na zaburzenia menstruacyjne i okołoporodowe.

Takie zastosowania piołunu przejęły później zakony chrześcijańskie. Jego sadzenie w przyklasztornych ogródkach zalecał w IX wieku Walafridus Strabus, opat klasztoru Benedyktynów na wyspie Reichenau (Jezioro Bodeńskie). Gdy z krajów arabskich dotarła do Europy wiedza o metodach destylacji alkoholu, w klasztorach rozpoczęto eksperymenty nad uzyskiwaniem nalewek. Otrzymywano je, macerując – czyli mocząc – liście w spirytusie o różnym stężeniu. Rzadko jednak wykorzystywano do leczenia nalewki na pojedynczych ziołach, znacznie częściej używano do tego mieszanek. Tak jest też w przypadku absyntu.

Absynt - lek na wszystkie dolegliwości

Większość historycznych źródeł podaje, że nazwy absynt po raz pierwszy użyły w reklamie szwajcarskie siostry Henriod w roku 1769. Ich „Bon Exrait d’Absinthe” miał być lekarstwem na wszelkie dolegliwości. Siostry nie wymyśliły jednak samego trunku, lecz tylko nadały mu nazwę. Na pograniczu włosko-szwajcarskim od setek lat produkowano ziołowe nalewki, których głównym składnikiem był suszony piołun. Jednak siostry Henriod postanowiły sprzedawać spirytusowy ekstrakt piołunu świeżego – z dodatkiem anyżu, kopru włoskiego i melisy cytrynowej – jako mocną nalewkę, ułatwiającą trawienie po sutych posiłkach. Zawarty w liściach chlorofil nadaje nastawowi głęboki zielony kolor, a olejki eteryczne – gorzki smak. Powstały napój jest zawiesiną, bo nie wszystkie jego składniki rozpuszczają się w alkoholu. Stąd efekt mętnienia, które obserwuje się po dodaniu wody. W takiej postaci poznali absynt dwaj Francuzi – Henri Dubied i jego zięć Henri-Louis Pernod.

Odkupili od Szwajcarek recepturę i w 1805 roku otworzyli własną wytwórnię w leżącym w pobliżu szwajcarsko- -francuskiej granicy Pontarlier. Przez kolejnych 60 lat absynt stanowił margines ich produkcji. W ciągu pierwszych lat produkowali zaledwie kilkaset butelek rocznie. Sytuację zmieniła wojna z Algierią, która wybuchła w 1864 roku. Wówczas to generałowie armii francuskiej postanowili dodać absynt do codziennych racji żywnościowych żołnierzy. Według jednych miał zapobiegać zatruciom pokarmowym i leczyć choroby skórne, według innych – chodziło o skryte upijanie wojaków. Do dziś nie wiadomo, który powód był prawdziwy. Nie ulega jednak wątpliwości, że ostatecznie zwyciężyła firma Pernod.

Pod koniec wojny Pernod produkował już 20 tysięcy litrów absyntu rocznie i choć sprzedawał go armii za niską cenę – „wychodził na swoje”. Kiedy w 1871 roku wojna się skończyła, ceny zielonego trunku poszły w górę, ale to nie powstrzymywało jego zwolenników powracających z wojska. Wkrótce w większości francuskich knajpek byli żołnierze pytali o absynt. Trunek zyskał taką popularność, że przerwę na drugie śniadanie zaczęto nazywać „zieloną godziną”. Początkowo podawano go w małych szklaneczkach z dodatkiem lodu. Później zaczęto dolewać jeszcze zimnej wody, a gdy po trunek sięgnęły także panie, kolejnym składnikiem stał się syrop z trzciny cukrowej. Z czasem, także w Polsce, rozpowszechniła się rytualna metoda picia: na małą łyżeczkę należało nabrać cukru, potem zaś zanurzyć ją w absyncie, by wsiąkł w cukier. Następnie podpalano zawartość łyżeczki, a gdy ogrzany cukier stopił się i spłynął do szklanki, należało szybko wymieszać trunek i wypić. Niektórzy, m.in. Witkacy, mieli specjalne łyżeczki z kilkoma otworami, ułatwiającymi moczenie cukru w absyncie.