Boski zegarmistrz

Działo się to jednak w czasach, gdy mecha­nika dopiero raczkowała, a nawet najwięksi fi­zycy nie kwestionowali poglądu, że wszechświat został stworzony z niczego przez Boga, który następnie wprawił go w ruch. Planet krążących po orbitach czy Ziemi wirującej wokół własnej osi nikt nie napędzał, więc kosmos postrzegano jako gigantyczne perpetuum mobile.

Różnice poglądów dotyczyły jedynie trwa­łości tego mechanizmu. Newton uważał, że nic, nawet świat, nie trwa wiecznie, a Bóg co pewien czas ingeruje w swoje dzieło. Porównywał Go do zegarmistrza, który nakręcił zegar i pilnuje, by „chodził” punktualnie.

Leibniz twierdził, że takie podejście de­precjonuje Boga. Wyzłośliwiając się na rywalu, pisał: „Mam nadzieję, iż nie ma w Anglii zbyt wielu osób, które podzielają punkt widzenia pana Newtona twierdzącego, że wszechświat wymaga ciągłej naprawy. W mojej opinii taka filozofia podważa mądrość i wielkość Stwórcy”.

Orffyreusz jako gorliwy katolik podzielał pogląd Leibniza o doskonałości boskiego dzie­ła, które raz puszczone w ruch nie wymaga już żadnej ingerencji. A skoro wszechświat to per­petuum mobile, zadaniem nauki jest odkrycie rządzących nim praw i wykorzystanie ich dla dobra człowieka. Osobiście podjął się tego dzieła i włączył jako praktyk w spór wielkich teorety­ków, co przyniosło mu rozgłos i uznanie auto­rytetów takiej miary jak genialny matematyk Johann Bernoulli czy filozof Christan Wolff.

Tajemnica zabrana do grobu

Dziesięć lat po prezentacji na zamku Weis­senstein doszło do katastrofy. Anne Rosine Mauersbergerin, wieloletnia służąca Besslera, uciekła od niego i oskarżyła go o oszustwo. Zeznała pod przysięgą, że cudowne koło nie napędzało się samo, lecz było potajemnie na­kręcane. Według niej w ścianie komnaty znajdował się niewielki otwór, przez który wsuwano długi żelazny pręt zakończony z jednej strony hakiem dopasowanym do ukrytego przed wi­dzami walca, z drugiej - korbą. „Kręciliśmy nią na zmianę; ja, żona Besslera i jego brat Gottfried” - zaklinała się na wszystkie świętości.

Profesor Gravident oświadczył co prawda, że było to niemożliwe, ale reputacja Orffyreusza legła w gruzach. Zawsze skory do wybuchów gniewu wpadł w szał, roztrzaskał urządzenie, spalił wszystkie rysunki, szkice i dokumenty.; Dlatego nikt nie wie, co naprawdę zbudował i jak to urządzenie wyglądało. Rysunki, które dziś można oglądać w różnych publikacjach, są jedynie hipotetycznym modelem odtworzonym na podstawie relacji osób, które widziały nie­zwykłe koła.

Nie wiadomo, czy Bessler, już w samotności i ukryciu, kontynuował benedyktyńską pracę. Prawdopodobnie tak, gdyż zapowiadał, że zapre­zentuje organy, które same grają, i niezatapialny statek do ratowania rozbitków na morzu.

Po śmierci księcia Karola stracił sponso­ra i musiał szukać innego źródła utrzymania. ; Projektował młyny i wiatraki, nadzorował ich \ budowę. W 1745 roku potknął się, spadł z dużej wysokości. Zginął na miejscu, zabierając swe tajemnice do grobu.


Inne perpetuum mobile

Orffyreusz nie był ani pierwszym, ani ostatnim konstruktorem per­petuum mobile. Starożytni Grecy i Rzymianie kierowali się zdroworozsądkową zasadą „Ex nihilo nihil" - nic nie rodzi się z niczego i tym się nie zajmowali. Ale już u schyłku średniowiecza marzenie o budowie maszyny, która sama z siebie działa­łaby wiecznie, zaczęto pobudzać wyobraźnię rzemieślników, uczonych ¡artystów.

WXIII wieku francuski architekt Villard de Honnecourt naszkicował koło z zawieszonymi na obręczy wahadełkami. Ruch ciężarków miał sprawić, że raz puszczony w ruch mechanizm nigdy nie osiągnie stanu równowagi, więc koło się nie zatrzyma.

Jego pomysł rozwinął wybitny włoski malarz i konstruktor machin wojennych Francesco di Giorgio Martini, projektując „wieczny młyn". Spadająca z góry woda miała uruchamiać koło, które - obracając się - napędzi pompę tłoczącą tę samą wodę do zbiornika umieszczonego nad kołem. Stąd znów spadałaby w dół, wprawiała koło w ruch i tak w nieskończoność. Urządzenie jednak szybko osiągało stan równowagi i stawało.

Lepszy, choć niezamierzony, efekt osiągnął Francuz Pierre Pelerin de Maricourt, który eksperymentował z magnesami. W środku koła z magnetytu kładł na cieniutkiej osi igłę. Miał nadzieję, że kiedy znajdzie właściwe proporcje między długością i ciężarem poszczególnych części urządzenia, igła będzie się obracała bez końca. Okazało się jednak, że zamiast wirować wskazuje wciąż ten sam kierunek. I tak de Maricourt zbudował prototyp kompasu.