Jeżeli nie wiecie, o czym mowa, spokojnie. To po prostu coś, co powstało nagle, ale swoimi korzeniami sięga blisko dwóch dekad wstecz. „Hoa hoa hoa” to fragment piosenki „Eyes on Fire” duńskiego zespołu Blue Foundation, który dzięki pierwszej części sagi „Zmierzch” został na dobre połączony z mglistymi lasami, szarym niebem i całą estetyką zimnego Pacific Northwest. Jednak potrzeba było wielu lat, by z piosenki zrobiła się nazwa na porę roku.
Najpierw była piosenka, potem „Zmierzch”
Jest w tym wszystkim pewien szczegół, który łatwo przeoczyć. Kiedy przyjrzymy się datom, to zauważymy, że „Eyes on Fire” wcale nie powstało z myślą o „Zmierzchu”. Blue Foundation umieściło utwór na swoim trzecim albumie studyjnym „Life of a Ghost”, wydanym w 2007 roku. Rok później „Eyes on Fire” znalazło się na ścieżce dźwiękowej pierwszego filmu o nastolatce i błyszczącym w słońcu wampirze.
Sam utwór idealnie wpasował się w film. Jest powolny, mroczny i lekko niepokojący. Nic dziwnego, że po latach został opisany jako jeden z charakterystycznych elementów „Zmierzchu”. Muzycy Blue Foundation wspominali jednak, że nie mieli pojęcia, jak ogromne znaczenie dla utworu będzie miało umieszczenie go w filmie. Bo Rande mówił, że sukces „Eyes on Fire” nie był częścią żadnego pięcioletniego planu, a Tobias Wilner wspominał, że czuł w piosence coś wyjątkowego, ale nie spodziewał się, że tak mocno wystrzeli.
Cóż, jeśli już przyglądamy się fenomenom związanym z tym tytułem, to przecież sama książka od początku była czymś takim. Niezależnie od tego, czy ktoś lubi tę powieść czy nie, trzeba przyznać, że „Zmierzch” wygenerował dla współczesnego czytelnictwa fenomen, jakiego rynek książki nie widział od czasów „Harry’ego Pottera”. Historia Belli Swan i Edwarda Cullena zrobiła coś absolutnie precedensowego, bo z dnia na dzień zamieniła literaturę Young Adult z niszowej, traktowanej nieco po macoszemu kategorii w bezapelacyjnego giganta i główny silnik napędowy branży wydawniczej.

Pokolenie, które do tej pory kojarzyło czytanie głównie z przymusem szkolnych lektur, nagle spędzało noce pod kołdrą z latarką w ręku, a księgarnie organizowały nocne premiery kolejnych tomów, przyciągając setki tysięcy nastolatków. Meyer wywołała lawinę, która nie tylko napędziła gigantyczną falę tzw. paranormal romance (nagle każdy wydawca musiał mieć w swoim portfolio historię o miłości do wampira, wilkołaka czy innego upadłego anioła), ale przede wszystkim stworzyła nawyk czytelniczy u milionów młodych ludzi – ze szczególnym uwzględnieniem młodych kobiet, których siła nabywcza została wreszcie dostrzeżona przez popkulturę.
„Zmierzch” udowodnił, że książka młodzieżowa może być globalnym blokbasterem handlowym, przełamując przy tym barierę wstydu wokół czytania literatury czysto rozrywkowej. Właśnie ten masowy boom czytelniczy sprzed niemal dwóch dekad ukształtował dzisiejszą wrażliwość estetyczną czytelników – tych samych, którzy dziś na TikToku z nostalgicznym sentymentem sięgają po klimat Forks, zamieniając jesień w sezon spod znaku melancholijnego hoa hoa hoa.
Kilkanaście lat później pojawiło się „hoa hoa hoa season”
No właśnie. Tu trzeba powiedzieć sobie jasno – o ile samo „Eyes on Fire” jest stare jak sam „Zmierzch”, o tyle „Hoa hoa hoa season” już nie. Popularność określenia jako internetowego memu wyraźnie rozkręciła się dopiero w ostatnich latach. W 2023 roku na TikToku zaczęły pojawiać się materiały żartujące z charakterystycznego fragmentu piosenki, a jesienią 2024 roku „Hoa Hoa Hoa Season” było już rozpoznawalnym memem związanym z filmem, jesienią i zimną pogodą.
Żeby też było jasne, słynne „hoa hoa hoa” nigdy nie padło z ust wokalistki jako konkretny tekst piosenki. To po prostu nostalgiczny wokalny motyw w tle „Eyes on Fire”, który internetowe ucho rozłożyło na czynniki pierwsze i zapisało w formie fonetycznego onomatopeicznego mema. Internauci po prostu lubią zapisywać utwory „ze słuchu”, a tu sprawdziło się to idealnie.
To bardzo ciekawa kontynuacja czytelniczego fenomenu sprzed kilkunastu lat. Bo owszem, filmy na postawie całej sagi były szalenie popularne, ale moda się zmieniła i nawet jeśli ktoś do „Zmierzchu” wracał (czy to do książki, czy ekranizacji), to przez wiele lat było to raczej prywatne guilty pleasure. Dopiero TikTok zrobił z tego nowy trend, napędzany nostalgią i idealnie wpisujący się w tak uwielbiany na całym świecie, jesienny klimat.
Nagle „hoa hoa hoa” zaczęło być używane do filmików pokazujących mgłę, pochmurne niebo, lasy, deszcz czy pierwsze chłodne dni. Ludzie żartują, że czują „hoa hoa w powietrzu”, kiedy pogoda zaczyna przypominać Forks. Inni deklarują, że chcieliby mieszkać tam, gdzie zawsze jest „HOA HOA HOA weather”. Jeszcze inni wracają do „Zmierzchu” we wrześniu, traktując coroczny seans niemal jak jesienny rytuał. Jesień dostała więc coś w rodzaju własnego hasła rozpoznawczego.
Oczywiście, tak na dobrą sprawę to wcale nie musiał być ten film, jednak padło na niego. Dlaczego? Nie chodzi tu w ogóle o fabułę, bo ta raczej służy dzisiaj do żartów. Tu kluczowe było coś zupełnie innego – klimat. Oprawa wizualna tej produkcji stała się dzisiaj wręcz ikoniczna. Catherine Hardwicke postawiła bowiem na niepodrabialny język wizualny, zbudowany na chłodnej, wyblakłej palecie barw, dominacji stalowych szarości, zgniłej zieleni i – przede wszystkim – legendarnego już niebieskiego filtra.
Zamiast słońca mieliśmy wiecznie zachmurzone niebo, deszcz, gęstą mgłę i wilgotne, pełne mchu lasy stanu Waszyngton. Ta niemal dotykalna, surowa i teledyskowa stylistyka nadawała opowieści dziwnie pociągający, gotycko-melancholijny nastrój, nawet jeśli, kiedy człowiek chwilę o tym pomyślał, to fabuła była dość kiepska.
Jednak to właśnie ten specyficzny, chłodny wizualizm sprzed lat stał się po dekadzie matrycą dla jesiennej estetyki w sieci. Dzisiejszy sezon hoa hoa hoa to w gruncie rzeczy nic innego jak próba odtworzenia tamtego specyficznego mikroklimatu, z nostalgiczną tęsknotą za estetyką, w której jesień nie jest złota i słoneczna, lecz mroczna, chłodna, zatopiona w deszczu i otulona mgłą. Po prostu lubimy czasem się podołować jesienią, ale oczywiście w kontrolowanych warunkach i na własnych zasadach.
To czas, by do woli karmić się nostalgią
Fenomen ten sięga jednak znacznie głębiej niż tylko do wspomnienia o małym, deszczowym miasteczku w stanie Waszyngton – „Zmierzch” jest tu zaledwie symbolem i zapalnikiem. Sezon hoa hoa hoa stał się w gruncie rzeczy wielkim, ogólnosieciowym świętem popkulturowej nostalgii, w którym bezstresowo karmimy się tym, co znane, bezpieczne i przewidywalne.
Jesienią nie wracamy przecież wyłącznie do Forks. Na ekranach znowu masowo lądują „Gilmore Girls” ze swoim urokliwym Stars Hollow, maratony „Harry’ego Pottera”, „Sok z żuka”, „Czarownice z Salem” czy estetyka nurtu dark academia. Popkultura doskonale wie, że nostalgia to dzisiaj najbardziej dochodowa waluta na rynku. W świecie pełnym przebodźcowania, niepewności i pędzącej codzienności sięganie po dzieła sprzed kilkunastu lat działa jak emocjonalny kocyk.

Nie szukamy w nich zaskoczeń ani intelektualnych wyzwań – szukamy powtarzalności i poczucia bezpieczeństwa. Nostalgia sprzedaje się tak genialnie, ponieważ nie kupujemy w niej samego produktu, filmu czy muzyki; kupujemy obietnicę powrotu do czasów, kiedy wszystko wydawało się prostsze, a jedynym naszym zmartwieniem był wybór między Drużyną Edwarda a Drużyną Jacoba. Możemy znów „po raz pierwszy” wsiąść do pociągu do Howartu i przez kilka kolejnych godzin uczestniczyć w przygodach młodego czarodzieja.
Dlaczego robimy to jesienią? Długie, ponure wieczory zawsze były idealnym czasem na seanse i książkowe maratony. Tego TikTok nie wymyślił. On tylko nadał temu fajną nazwę i zrobił z tego coś, co można podpiąć pod trend i celebrować z innymi, nawet jeśli tylko online. Lubimy poczucie przynależności, chcemy się z czymś i kimś utożsamiać, więc kiedy za oknem jest coraz mniej słońca, mamy ku temu idealną okazję.
Psychiczny bufor bezpieczeństwa pod śmieszną nazwą
Nie trzeba lubić „Zmierzchu”, ani być jesieniarą (lub jesieniarzem), by dostrzec, że pod tą z pozoru błahą, internetową nazwą kryje się coś znacznie głębszego. Hoa hoa hoa season stał się dla nas sprawnie zakamuflowaną, społeczną przepustką do tego, by wreszcie bez wyrzutów sumienia wrzucić na luz.
Przez całą wiosnę i lato kultura sukcesu wmawia nam, że musimy być ciągle w ruchu – zdobywać szczyty, zaliczać festiwale, dbać o formę i maksymalnie wykorzystywać każdy słoneczny dzień. Kiedy jednak nadchodzi jesień, ten nieustanny pęd zaczyna uwierać dwa razy mocniej. Zmęczenie przestaje być wówczas powodem do wstydu, a staje się stanem skupienia. I właśnie w tym miejscu pojawia się kulturowe przyzwolenie na to, by bezkarnie odłączyć się od prądu.

Memiczne „hoa hoa hoa” działa jak podprogowy sygnał, że przebodźcowany umysł nie potrzebuje kolejnego bodźca, wyzwania ani samorozwojowego podcastu. Potrzebuje przewidywalności. Potrzebuje chłodnej mgły za oknem, zapachu mokrej ziemi i filmu, którego fabułę znamy tak dobrze, że możemy przy nim po prostu zasnąć, a kiedy otworzymy oczy w dowolnym momencie, to i tak będziemy wiedzieć, co się działo.
W ten sposób cały ten trend stał się niczym innym, jak osobistym, psychologicznym buforem bezpieczeństwa. Rozgrzesza nas z lenistwa, zdejmuje z barków presję bycia „idealnie zorganizowanym” i pozwala na kontrolowany powrót do czasów, w których świat wydawał się o wiele prostszy. Nie uciekamy więc od rzeczywistości dlatego, że jest mroczna – uciekamy po to, by na własnych warunkach złapać oddech. I jeśli do tego resetu potrzebujemy niebieskiego filtra z 2008 roku i kilkunastu sekund zapętlonej wokalizy, to niech tak będzie. W końcu za chwilę spadnie pierwszy śnieg, a wtedy internet znajdzie sobie nowy soundtrack. Ale póki co – dopóki za oknem mży i pachnie mokrymi liśćmi – absolutnie nic nie stoi na przeszkodzie, by dać się ponieść tej deszczowej melancholii.
