A, i jeszcze bardzo ważna rzecz. Ja naprawdę wierzę w to, że kilka prostych nawyków potrafi zrobić w tym temacie większą różnicę, niż mogłoby się wydawać. Więc czemu miałabym nie spróbować?

Zacznijmy od początku
W ciągu dnia u mnie pierwszy w grę wchodzi smartfon, na którym sprawdzam wiadomości i powiadomienia. Później musi przyjść czas na komputer, bez którego trudno wyobrazić sobie moją pracę. Ale pomiędzy jednym a drugim pojawia się dodatkowo tablet.
Aha. No i telewizor. On jest w moim domu włączony praktycznie non stop, bo lubię, kiedy świeci w tle, i jestem do tego przyzwyczajona od dzieciństwa. Ale dziś nie o nim.
Muszę coś uściślić: gdzie właściwie widzę problem? Zacznijmy od tego: nie spędzamy kilku godzin przed jednym ekranem. Przenosimy wzrok z jednego na drugi, a po zakończeniu pracy często odpoczywamy dokładnie w ten sam sposób, w jaki pracowaliśmy: patrząc na świecący prostokąt znajdujący się kilkadziesiąt centymetrów od twarzy. I chociaż o określeniu „cyfrowe zmęczenie wzroku” słyszy się od lat, to tak – to bardzo konkretne zjawisko i temat do obserwacji.
American Optometric Association opisuje digital eye strain, nazywany również computer vision syndrome, jako grupę dolegliwości dotyczących oczu i widzenia, które pojawiają się w związku z długotrwałym korzystaniem z komputerów, tabletów, czytników i telefonów. Co ważne, nasilenie dyskomfortu może rosnąć wraz z czasem spędzanym przed ekranem.
Polskie dane pokazują przy tym, że ekranowa codzienność nie kończy się na komputerze. W badaniu Huawei z czerwca 2026 roku tylko 13 proc. badanych deklarowało korzystanie ze smartfona krócej niż godzinę dziennie. Po około 21 proc. spędzało z nim od jednej do dwóch oraz od dwóch do trzech godzin, 16 proc. od trzech do czterech godzin, a kolejne grupy jeszcze dłużej.


Moje oczy czasami mają dość. Jak o tym informują?
Z oczami jest trochę jak ze snem albo kręgosłupem. Dopóki wszystko jest w porządku, rzadko zastanawiamy się nad tym, jak bardzo obciążamy je każdego dnia. Dopiero kiedy zaczynają piec, wysychać albo po kilku godzinach patrzenia w ekran czujemy po prostu zmęczenie, przypominamy sobie, że wzrok też potrzebuje odrobiny uwagi. I wcale nie chodzi mi tutaj o radykalne odcinanie się od technologii, tylko o kilka codziennych nawyków, które mogą sprawić, że z ekranów będzie nam się korzystało zwyczajnie wygodniej, a przy okazji damy naszym oczom trochę tak potrzebnego w świecie pełnym bodźców zaopiekowania.
Kiedy przez dłuższy czas pracuję przed ekranem, pierwszym sygnałem ostrzegawczym nie jest dla mnie ból głowy. Częściej zaczynam odczuwać po prostu narastający, ale delikatny dyskomfort. Oczy wydają się bardziej suche, muszę częściej i intensywniej mrugać. Trudniej mi utrzymać koncentrację i zaczynam zmieniać pozycję. I gwarantuję Wam – po kilku godzinach mam ochotę odsunąć od siebie wszystko, co świeci.
Nie jestem pod tym względem wyjątkiem. W badaniu SW Research 32 proc. ankietowanych deklarowało, że w ciągu ostatnich 12 miesięcy doświadczyło uczucia suchości oczu, 31 proc. pieczenia, szczypania lub kłucia, a 28 proc. bólu głowy, szczególnie w okolicach czoła, oczodołów lub skroni. Niemal jedna czwarta badanych wskazała przejściowe niewyraźne, zamglone lub podwójne widzenie.
Do tego dochodzi coś, o czym łatwo zapomnieć. Aż 36 proc. badanych wskazało ból karku, szyi lub pleców związany z pochylaniem się nad ekranem. To dobra wskazówka, że higiena korzystania z urządzeń nie powinna sprowadzać się do szukania jednego magicznego ustawienia wyświetlacza. Znaczenie mają również pozycja ciała, odległość od ekranu, oświetlenie i przede wszystkim przerwy.

Zasada 20-20-20 jest banalna. O co chodzi?
Jedna z najczęściej powtarzanych porad dotyczących cyfrowego zmęczenia wzroku nie wymaga żadnej dodatkowej inwestycji. To zasada 20-20-20. O co dokładnie chodzi? Co około 20 minut należy oderwać wzrok od ekranu na przynajmniej 20 sekund i spojrzeć na coś znajdującego się mniej więcej 20 stóp, czyli około 6 metrów od nas. Zalecenie takie podaje między innymi American Optometric Association.
Znaczenie ma też mruganie. Podczas pracy z ekranem możemy mrugać rzadziej lub mniej dokładnie, dlatego eksperci AOA zalecają świadome mruganie jako jeden ze sposobów ograniczania objawów suchości oczu.
Co ciekawe, Polacy całkiem nieźle zdają sobie sprawę z potrzeby robienia przerw, ale nie wszyscy przekładają tę wiedzę na praktykę. W badaniu SW Research 36 proc. użytkowników smartfonów deklarowało regularne przerwy jako sposób ochrony wzroku. 37 proc. starało się trzymać ekran dalej od oczu, a 40 proc. zmieniało jasność lub korzystało z jej automatycznej regulacji. Jednocześnie niemal 16 proc. nie podejmowało żadnego z wymienionych działań.
Dobry ekran to już dla mnie podstawa
I właśnie tutaj dochodzę do pierwszych wniosków: mogę pilnować tego, żeby nie spędzać kilku godzin z twarzą kilkanaście centymetrów od smartfona.
To jest dla mnie szczególnie istotne, bo smartfon jest dla mnie urządzeniem, na którym próbuję robić absolutnie wszystko. Tak już mam, bo jestem z nim zaprzyjaźniona i znam na wylot wszystkie jego funkcje. Czytam na nim wiadomości, odpowiadam na maile, przeglądam media społecznościowe, oglądam filmy, sprawdzam dokumenty, ale też załatwiam ważne codzienne sprawy. Jest zawsze pod ręką, więc często siłą rzeczy sięgam po niego, nawet jeśli do danego zadania nie jest, cóż… najwygodniejszym wyborem.
W badaniu SW Research zaledwie 17,7 proc. użytkowników smartfonów deklaruje, że kiedy ma taką możliwość, przechodzi na większy ekran jako jeden ze sposobów dbania o wzrok. Sama coraz częściej staram się robić właśnie to. Nie chcę absolutnie, żeby tablet zastąpił mi ani telefon, ani komputer. Nie ma sensu moim zdaniem w ten sposób podchodzić do tego tematu.


Wypracowałam sobie fajny system: na HUAWEI MatePad Air często oglądam filmy i seriale, na przykład podczas gotowania albo sprzątania. Uwielbiam to, że mogę postawić go w każdym miejscu w domu, włączyć na nim coś fajnego… Uwierzcie mi, sprzątanie najnudniejszego pokoju w domu robi się wtedy dużo bardziej przystępne. Sprawdza mi się także fantastycznie w pracy kreatywnej, np. przy rysowaniu albo montażu. Zabieram go ze sobą w podróż samochodem, pociągiem czy autobusem i jeśli będę miała okazję w najbliższym czasie gdzieś polecieć, na pewno zabiorę go ze sobą na pokład.
Jego 12-calowy ekran OLED wykorzystuje technologię PaperMatte, czyli zamiast klasycznej, mocno błyszczącej powierzchni dostaję piękne, matowe wykończenie ograniczające refleksy. Sam wyświetlacz ma rozdzielczość 2800 × 1840 pikseli, adaptacyjne odświeżanie do 144 Hz i maksymalną jasność 1200 nitów, ale szczerze mówiąc, w codziennym użytkowaniu nie te parametry robią na mnie największe wrażenie.
Najważniejsze jest dla mnie to, że nie czuję, jakbym w imię matowego ekranu musiała godzić się na wyraźnie gorszy obraz. Oj, absolutnie nie. To wciąż OLED, więc czerń wygląda bardzo dobrze, kolory są przyjemne dla oka, a tekst jest ostry. Filmy i seriale też ogląda się bardzo przyjemnie. Jednocześnie powierzchnia PaperMatte radzi sobie z – uwaga – odbiciami.

I tu nie chodzi o to, że zacznę teraz gołosłownie narzekać. W badaniu SW Research zapytano Polaków o tak zwany „efekt lustra”. 37 proc. respondentów odpowiedziało, że sporadycznie zdarza im się sytuacja, w której światło odbija się od ekranu na tyle mocno, że utrudnia korzystanie z urządzenia. 14 proc. doświadcza tego dość często, a niemal 10 proc. bardzo często i uważa to za niezwykle irytujące.
A poza domem zrozumiałam naprawdę, po co mi matowy ekran
Sama najbardziej doceniłam to nie na mojej kanapie, tylko w sytuacjach, w których światło przestaje być pod kontrolą. Przy oknie, w kawiarni, w autobusie czy podczas korzystania z tabletu na zewnątrz nie mogę przecież za każdym razem ruszać całym ciałem tak, żeby żadne źródło światła nie odbijało się od wyświetlacza.
I tutaj wyniki badania są także wyjątkowo ciekawe. Wśród osób, którym przeszkadzają refleksy, 31 proc. wskazuje, że utrudniają lub wręcz uniemożliwiają korzystanie z urządzenia na świeżym powietrzu. 30 proc. zwraca uwagę na problemy podczas oglądania treści wieczorem przy zapalonej lampce albo w ciągu dnia, 28 proc. narzeka na odblaski podczas podróży, a niemal 30 proc. przyznaje, że problem zmusza ich do przyjmowania nienaturalnej pozycji.
W PaperMatte miałam faktycznie efekt wow, ale nie tylko przez pierwszych pięć minut. Słuchajcie, dla mnie to rozwiązanie wygląda naprawdę bardzo czysto, estetycznie i zwyczajnie ładnie. Na tym też mi niezwykle zależy. Poza wyglądem podoba mi się też to, że mogę usiąść z tabletem przy oknie albo zabrać go ze sobą na zewnątrz i widzieć treść znacznie wyraźniej, z dużo mniejszą liczbą refleksów.
Co ciekawe, podobnie myśli spora część Polaków. Gdy uczestnicy badania SW Research mieli wyobrazić sobie zakup nowego tabletu i wybrać pomiędzy ekranem błyszczącym a matowym, prawie 57 proc. wskazało właśnie ten drugi. Klasyczny błyszczący wyświetlacz wybrało niespełna 10 proc. badanych, a dla około jednej trzeciej rodzaj ekranu nie miał znaczenia.

Co więcej oferuje nowy tablet Huawei?
HUAWEI MatePad Air oferuje też Tryb Ochrony Wzroku oraz tryb e-książki, które można wykorzystać podczas dłuższego czytania i pracy. Sam ekran otrzymał również certyfikaty TÜV Rheinland Full Care Display 3.0 oraz SGS Low Visual Fatigue A+ 3.0 Premium Performance, dotyczące komfortu wzrokowego podczas korzystania z wyświetlacza. Ale tutaj stawiam gwiazdkę: nie traktuję żadnego z tych rozwiązań jako zamiennika regularnych przerw czy odpowiedniego oświetlenia.
Dla mnie największą zaletą jest po prostu to, że sprzęt nie dokłada mi kolejnych zmartwień na co dzień. Nie chcę ciągle zwiększać jasności albo szukać innego kąta. Jeśli tekst jest dobrze widoczny na dużym, 12-calowym ekranie, nie mam potrzeby przysuwać urządzenia do twarzy. A kiedy chcę przeczytać dłuższy artykuł czy dokument, zdecydowanie wolę zrobić to właśnie tutaj niż na znacznie mniejszym smartfonie.

Telefon nie musi robić wszystkiego
To nie jest tablet tylko do konsumowania treści. Kiedy podłączam HUAWEI Smart Magnetic Keyboard, mogę wygodniej ustawić go na biurku i zacząć pisać. I to jest dla mnie naprawdę tak wygodne, jak brzmi, że jest. Kiedy sięgam po HUAWEI M-Pencil Pro, tablet zmienia się w notatnik, na którym mogę nanosić uwagi, pisać odręcznie czy szkicować. Uwielbiam korzystać z rysika. Jest bardzo intuicyjny, prosty w obsłudze, a do tego wygląda bardzo estetycznie. Klawiatura jest elementem oferowanych zestawów, natomiast HUAWEI M-Pencil Pro, zależnie od wybranej oferty, może znajdować się w zestawie lub być sprzedawany osobno.

Na tablecie mogę też śmiało korzystać z popularnych aplikacji – od YouTube’a, przez Instagram i TikToka, po CapCut. I to jest dla mnie ważne, bo nie chcę, żeby tablet funkcjonował jako zupełnie osobny cyfrowy świat. Ma uzupełniać urządzenia, których i tak używam na co dzień.
W tych sytuacjach na pewno chcę mieć go przy sobie
Wspominałam już, że zabieram HUAWEI MatePad Air do samochodu, pociągu czy autobusu, ale ta jego przydatność w podróży nie sprowadza się tylko do matowego ekranu. Tablet ma około 5,3 mm grubości i waży około 509 gramów. Jest bardzo lekki i cienki, więc wrzucam go do torebki praktycznie codziennie.

I wiecie co? Właśnie tego oczekuję od takiego urządzenia. Laptop nadal będzie moim podstawowym narzędziem do wielogodzinnej pracy, ale mam dość dźwigania go. Otwieranie go na kolanie w pociągu często kończyło się u mnie tylko frustracją. A czasami otwierałam laptopa jedynie po to, żeby wykonać dosłownie kilka kliknięć. Dla mnie tablet jest więc tu naprawdę naturalnym i logicznym wyborem.
No ale oczywiście – ważna jest też dla mnie bateria. W końcu cenię go za jego mobilność i nie uśmiecha mi się szukać gniazdka w autobusie miejskim. MatePad Air ma akumulator o pojemności 10 100 mAh i obsługuje ładowanie z mocą do 66 W.
Sama zdecydowanie bardziej wolę jednak patrzeć na to przez pryzmat codziennego komfortu: chcę rano wrzucić tablet do torby i nie zamartwiać się tym, że za chwilę będę musiała go podłączyć. I słuchajcie, ten model naprawdę dobrze mi się pod tym względem sprawdza.

Tablet nie musi być osobistym smartfonem
Jest jeszcze jedna cecha tabletu, o której stosunkowo rzadko myślę przy innych urządzeniach: bardzo łatwo się nim dzielić. Smartfon jest dzisiaj sprzętem niezwykle osobistym. To oczywiste, bo mamy w nim wiadomości, zdjęcia, aplikacje bankowe, bilety, dokumenty i właściwie pół swojego życia. Tablet znacznie łatwiej może natomiast funkcjonować jako dodatkowy ekran używany przez różnych domowników.
Jedna osoba może obejrzeć na nim film, druga przeczytać artykuł, ktoś może wykorzystać M-Pencil Pro do rysowania, a jeszcze ktoś inny podłączyć klawiaturę i napisać dłuższy tekst.



Ekranów z mojego życia nie będzie mniej. Mogę za to korzystać z nich lepiej
Nie zamierzam i nie chcę deklarować tego, że od jutra ograniczam czas przed ekranami o połowę. Sama wiem, że byłoby to mało realistyczne. Mogę natomiast częściej robić przerwy, pamiętać o spojrzeniu w dal, nie siedzieć godzinami w jednej pozycji i wybierać urządzenie odpowiednie do tego, co akurat robię.
HUAWEI MatePad Air spodobał mi się właśnie dlatego, że dobrze wpisuje się w takie podejście. Ekran PaperMatte skradł moje serce nie tylko pod względem technicznym, ale też wizualnym. Sprawia, że mniej przeszkadzają mi refleksy, mogę wygodniej korzystać z tabletu w różnych warunkach oświetleniowych, a większy ekran pozwala mi część rzeczy przenieść ze smartfona, żeby było nieco wygodniej. Do tego dochodzą niewielka masa, smukła konstrukcja, dobra bateria oraz możliwość korzystania z klawiatury i rysika.
Jeśli ktoś akurat myśli o wymianie starszego tabletu albo po prostu szuka urządzenia, które łatwo wpasuje się w codzienny rytm, warto też pamiętać o trwającej ofercie premierowej. Do 4 października HUAWEI MatePad Air można kupić z rabatem 500 zł, niezależnie od wybranego zestawu i koloru.





