Pierwszy raz od 30 lat ONZ ogłosił w Afryce klęskę głodu, śmierć grozi bowiem 12 mln ludzi. W takiej sytuacji pierwszym odruchem Zachodu jest wysłanie pomocy humanitarnej. I chociaż chwilowo załagodzi to kryzys, na dłuższą metę nie pomoże. Pomoc humanitarna nigdy nie przyczyniła się do wzrostu gospodarczego w żadnym kraju – wykazał w 1995 roku Międzynarodowy Fundusz Walutowy, zajmujący się stabilizacją ekonomiczną na świecie. Zambijski ekonomista Dambisa Moyo stwierdził: „Pomoc humanitarna nie działa, nie działała i nigdy nie będzie działać. Nie rozwiąże żadnych problemów – to ona stanowi problem”. Podobnie uważa holenderska dziennikarka Linda Polman. Pracując jako korespondentka w Afganistanie, na Haiti i w Afryce, przez lata przyglądała się pracy organizacji pomocowych, a w wydanej niedawno książce „Karawana kryzysu: kulisy przemysłu pomocy humanitarnej” postawiła im poważne zarzuty.

 

Pogoń za pieniędzmi

 

Polman pisze, że karawany organizacji pomocowych podróżują po świecie za strumieniem pieniędzy, konkurując ze sobą o udziały w 6 mld dolarów, jakie na pomoc humanitarną przeznaczają rocznie państwa OECD (na pomoc rozwojową idzie 120 mld). Wśród niosących pomoc nie wszyscy są uczciwi i profesjonalni, wielu nie zdaje sobie sprawy, na co się porywa. Tymczasem udzielanie pomocy humanitarnej to skomplikowana operacja, a bez wiedzy i doświadczenia łatwo popełnić błędy. Nikt nie bierze za nie odpowiedzialności, działa się bezmyślnie, generuje koszty, nie rozlicza się pieniędzy. Oczywiście dobór przykładów jest jednostronny, bo autorka koncentruje się tylko na patologiach, pokazując, jak pomoc humanitarna nie powinna wyglądać.

 

W szponach malarii

 

Co 43 sekundy w Afryce umiera dziecko z powodu malarii, na całym świecie choroba zabija milion osób rocznie. Największymi problemami są: brak szczepionki i leki przeciwmalaryczne, które niszczą wątrobę. „Problemem w diagnozie jest zbyt mała liczba zarodźców we krwi i zbyt niski poziom odpowiedzi immunologicznej (zwłaszcza w przypadku dzieci ze słabym układem odpornościowym). Kiedy już poziom ten jest wykrywalny, z reguły oznacza to zaawansowane stadium choroby” – mówi Jakub Urbański, dr mikrobiologii i podróżnik, który sam zachorował na malarię. Wśród naukowców szukających rozwiązania problemu wybija się Nathan Myhrvold, szef firmy Intellectual Ventures LLC, którego fi nansuje Bill Gates. Zespół Myhrvolda opracował kilka spektakularnych metod leczenia i wykrywania malarii, zaprezentowanych na konferencji TEDex, od przetaczania krwi po lasery zabijające samice komarów. „Myślę, że warto szukać rozwiązań ograniczających populację komarów (np. karmniki z substancjami blokującymi płodność). Ignorowanie samców postulowane przez pana Myhrvolda, nie jest słuszne, bo to samce zapładniają samice i to zapłodnione samice ssą krew.  Dużo większym problemem są szczepionki, które trafiają do Afryki przeterminowane, bo taniej je tam wysłać niż utylizować” – mówi Urbański. 

 

Zmorą są obozy dla uchodźców. „W sytuacjach kryzysowych ich tworzenie jest koniecznością, bo głodującym ludziom trzeba podawać żywność pod kontrolą – inaczej wszystko zjedzą od razu, co może spowodować śmierć. Błędem jest natomiast utrzymywanie obozów przez lata i nierobienie czegoś więcej, aby ci ludzie mogli wrócić do siebie” – mówi Janina Ochojska-Okońska, szefowa Polskiej Akcji Humanitarnej. „Nie powinniśmy dawać pieniędzy ani jedzenia ubogim, z wyjątkiem okoliczności nadzwyczajnych, kiedy to pomoc musi być udzielona natychmiast. W mniej tragicznych sytuacjach może to prowadzić do uzależnienia od pomocy i zniszczyć lokalny rynek” – pisze filozof Peter Singer w książce „Życie, które możesz ocalić”. 

 

Pomoc dla Afryki powinna być skierowana zupełnie gdzie indziej, tak by umożliwiać ludziom zaspokajanie swoich potrzeb własną pracą. Na Półwyspie Somalijskim trzeba zacząć od rzeczy podstawowej: zapewnić dostęp do wody, bez której nie da się ani żyć, ani produkować żywności. Tymczasem liczne organizacje humanitarne wolą utrzymywać obozy takie jak Kakuma w Kenii, gdzie 18 tys. uchodźców z Sudanu i Somalii koczuje od 20 lat! Dlaczego wydaje się majątek na ich karmienie, zamiast zbudować studnie, by mogli wrócić do kraju i przezwyciężyć suszę? 

 

Janina Ochojska tłumaczy, że duże pieniądze trafiają do dużych agend ONZ. Starające się o te fundusze organizacje muszą działać zgodnie z wytycznymi ofiarodawców, a ci nie zawsze mają właściwe rozeznanie w sytuacji. Odgórnie ustalają cel, który nie zawsze jest priorytetem w danym regionie. Tymczasem profesjonalne organizacje najpierw badają potrzeby, a dopiero potem organizują pomoc, a nie odwrotnie! „Pojechałem ostatnio do Somalii sprawdzić, czego tam najpilniej potrzeba. Wszędzie proszono nas o studnie, a nie o jedzenie!” – mówi Rafał Hechmann, koordynator pomocy humanitarnej PAH. Z jego analizy wynika, że w Puntlandzie (autonomicznym regionie Somalii) na 4 mln osób przypada jedynie 45 studni! I właśnie ten fatalny stan infrastruktury, spotęgowany przez największą od  60 lat suszę, doprowadził do poważnego kryzysu żywnościowego. 

 

Stały niedobór wody powoduje chroniczny głód. Miliony kobiet i dzieci nie pracują i się nie uczą, bo wiele godzin dziennie spędzają na zdobywaniu wody. W dodatku często pochodzi ona z zanieczyszczonych ujęć, przez co chorują i umierają głównie dzieci, których organizmy mają mniej siły, by walczyć z zarazkami. Dlatego pracownicy PAH zdecydowali się przeznaczyć zebrane środki na budowę w Somalii studni głębinowych z systemem dystrybucji. Dzięki temu z jednej skorzysta nawet 30 tys. osób, które nie będą musiały szukać pomocy w  obozach dla uchodźców.