Był 23 lipca 1920 r. Tego dnia polscy komuniści-renegaci (z Marchlewskim, Dzierżyńskim i Konem na czele) powołali w Smoleńsku Tymczasowy Komitet Rewolucyjny Polski, który miał przejąć władzę nad chylącym się ku klęsce krajem. Polska armia znajdowała się bowiem w odwrocie, zaś bolszewickie wojska przybliżały się coraz bardziej do Warszawy. Włodzimierz Lenin był przekonany o nieuchronnym zwycięstwie i myślał już o dalszych zdobyczach. „Trzeba natychmiast rozpalić rewolucję we Włoszech, a w tym celu zsowietyzować Węgry, Czechosłowację i Rumunię” – pisał właśnie 23 lipca do Józefa Stalina, wówczas komisarza frontu południowego, odpowiedzialnego m.in. za atak na Lwów. 

I właśnie tego samego dnia w Białymstoku por. Józef Siła-Nowicki zaczął tworzyć Ochotniczy Dywizjon Jazdy, który zasłynął jako „huzarzy śmierci”. Wcześniej ten operatywny porucznik służył w armii carskiej, a w wolnej Polsce w wołyńskim Dywizjonie Jazdy Kresowej mjr. Feliksa Jaworskiego. Nowa formacja, jaką był ODJ, miała zabezpieczyć tyły polskiego frontu północnego przed atakami bolszewickiej kawalerii. Przydać się w tym miała zaciętość i umiejętność walki partyzanckiej, które Siła-Nowicki poznał w jednostce Jaworskiego. Tę zawziętość kawalerzystów z dywizjonu huzarów śmierci miały symbolizować: proporczyk z trupią czaszką oraz odznaka – biało-czarny krzyż równoramienny ze skrzyżowanymi mieczami, trupią czaszką i piszczelami.

Przeglądając dziś fora internetowe, a nawet oglądając telewizję (np. serial „1920. Wojna i miłość”), możemy nabrać przekonania, że jednostka ta: po pierwsze była elitarna i odgrywała istotną rolę na froncie, po drugie sama walczyła do ostatniej kropli krwi i nie brała jeńców, po trzecie budziła grozę wśród bolszewików. Więcej w tym jednak legendy niż prawdy. Na dodatek mity te rozrastają się. Można nawet spotkać się z absurdalnymi opiniami, że polscy huzarzy śmierci odpowiadali za śmierć tysięcy bolszewickich jeńców, dokonując na nich masowych egzekucji. A to już sprawa wkraczająca na pole minowe stosunków polsko-rosyjskich...

Ochotnicy i dezerterzy

Marek Gajewski z Muzeum Wojska w Białymstoku jest autorem książki „Huzarzy śmierci wojny 1920 roku”. Źródła niestety często ignorowanego przez internautów. Jeszcze niedawno jednostka ta była zupełnie zapomniana. „Kolega, z którym kończyłem studia, przyniósł mi kiedyś nieznaną odznakę do Muzeum Wojska. »Zobacz, co to«, poprosił. Sprawdziłem w książce Krzysztofa Filipowa, gdzie znalazłem informację, że to odznaka pułku »huzarów śmierci«. Kiedy zacząłem szperać, okazało się, że to nie żaden pułk tylko dywizjon” – opowiada Gajewski „Focusowi Historia” o tym, jak zaczął się interesować niezwykłą zapomnianą jednostką. 

Poznanie dziejów Ochotniczego Dywizjonu Jazdy nie było łatwe, ponieważ przetrwało niewiele dotyczących go dokumentów. Kluczem do zrozumienia charakteru ODJ jest sytuacja na froncie w lipcu 1920 r. „To była jednostka ochotnicza, sformowana w zwariowanym tempie, kiedy ponosimy klęskę za klęską – opowiada Gajewski. – Po kolei tracimy Wilno, Grodno, Białystok, Łomżę. I nagle w bardzo szybkim tempie udało się zebrać około 500 jeźdźców. Potem dołączył jeszcze ponadstuosobowy szwadron policji z Łodzi. Część ochotników w Ochotniczym Dywizjonie Jazdy to byli zawodowi żołnierze, którzy służyli wcześniej w armii rosyjskiej, austriackiej czy pruskiej. Większość pochodziła z wojska carskiego, mieli doświadczenie z I wojny światowej”. 

Co ciekawe, pewną grupę w ODJ stanowili nie pełni zapału patrioci, lecz... dezerterzy. „Dowódca por. Siła-Nowicki nie liczył się z niczym. Brał do swojego oddziału wyłapanych dezerterów i mówił: »Albo wykonujecie to, co każę, albo kula w łeb!«”. A dezerterów było pełno. To, co działo się w lipcu 1920 r., przechodzi ludzkie pojęcie. Całe oddziały uciekały” – opowiada Gajewski.

W skład nowo tworzonego ODJ weszli oprócz ochotników i dezerterów także inni żołnierze od mjr. Jaworskiego oraz z pułku jazdy tatarskiej. 2 sierpnia doszło do zaprzysiężenia dywizjonu w Prostyni pod Małkinią. Jednostka liczyła wówczas 511 szabel i 20 karabinów maszynowych. Chrzest bojowy przeszła jeszcze przed zaprzysiężeniem – 30 lipca stoczyła potyczkę pod wsią Dzierzby. Tak zaczęła się droga bojowa dywizjonu, który obrósł w legendę. A zadbał o to sam jego twórca.

W propagandzie siła

To por. Siła-Nowicki nadał jednostce groźną symbolikę huzarów śmierci, z czaszkami i piszczelami. Podobne formacje z „totenkopfem” funkcjonowały już od XVIII w., najpierw w armii pruskiej, potem w wojskach francuskich, rosyjskich i innych. Miały być zawzięte, nieprzejednane, samobójczo odważne, ale i nieznające litości. W 1918 r. niemieccy huzarzy śmierci zaatakowali Międzyrzec Podlaski, zabijając kilkadziesiąt osób: żołnierzy POW i cywilów. 

W obliczu zagrożenia bolszewickiego podobne jednostki zaczęły pojawiać się i wśród Polaków (pamiętających zapewne o – nieco innych w charakterze, ale też nieustępliwych – żuawach śmierci Rochebrune’a z czasów powstania styczniowego). I tak w 1919 r. powstał Poznański Ochotniczy Batalion Śmierci. W 1920 r. trupią czaszką posługiwał się lwowski II Szwadron Śmierci. Taką symbolikę uznał za słuszną i por. Siła-Nowicki, tworząc ODJ. „Nazwa »huzarzy śmierci« była pomysłem dowódcy. To był rodzaj takiego »dopalacza«, mającego dodać żołnierzom animuszu. Przekonać, że są elitarną jednostką i się z wrogiem nie patyczkują” – opowiada „Focusowi Historia” Marek Gajewski.

Ta rzekoma elitarność w niczym innym – poza ideologią i tym, co pokażą na polu walki – przejawiać się nie mogła. Polscy huzarzy śmierci mieli amerykańskie mundury z demobilu (na furażerkach dorobili się trupich główek, a także na kołnierzach kurtek) i angielskie karabiny, które w ogóle dla kawalerii się nie nadawały. Nie porażali też hurrapatriotyzmem. Tak o nich pisał pewien oficer w połowie sierpnia 1920 r.: „Nastrój huzarów śmierci był znacznie gorszy, tym bardziej że byli to wyłącznie młodzi chłopcy, niewyszkoleni, łatwo ulegający popłochowi”. Najlepiej wśród nich prezentowali się pełni werwy i humoru policjanci, bo „byli to starzy kawalerzyści, przeważnie z armii rosyjskiej”. 

Straceńcza szarża

Chociaż powołani na chybcika i w skrajnie ciężkiej sytuacji, huzarzy śmierci z pewnością nie dali powodów do wstydu swojemu dowódcy na polu bitwy. Pod Warszawą ODJ był oddziałem łącznikowym. Brał udział w odparciu bolszewickiego ataku na Nieporęt. Potem rozpoczął oczyszczanie okolic z niedobitków wojsk sowieckich, uciekających spod Warszawy. Stoczył m.in. liczne potyczki w Puszczy Kurpiowskiej. 

Tymczasem w okolicy przebijała się w stronę Prus Wschodnich częściowo rozbita bolszewicka 4. armia oraz III korpus kawalerii Gaj-chana Bżyskiana. Znano go z umiejętności, ale i okrucieństwa – m.in. wyciął w pień batalion polskiej Brygady Syberyjskiej. Uciekające wojska bolszewickie kierowały się na Myszyniec i Kolno. W stronę Myszyńca ruszyli też huzarzy śmierci. 24 sierpnia pod Wykrotnem walczyli z przeważającym przeciwnikiem – i to pieszo, mając dwa zdobyczne działa, którymi jednak za bardzo nie potrafili się posługiwać. 

Potem, bezpośrednio pod Myszyńcem, huzarzy śmierci napotkali kolumnę bolszewickiej piechoty z artylerią i wozami taborowymi. Choć siły przeciwnika były przeważające, Siła-Nowicki nakazał przypuścić szarżę. Atak polskich kawalerzystów był tak piorunujący, a bolszewicy tak zaskoczeni, że nie zdążyli oddać nawet jednego armatniego strzału. W panice rzucili się do ucieczki. W wyniku tego udanego ataku i kilku mniejszych starć huzarzy śmierci wzięli w sumie 15 dział, 15 karabinów maszynowych, 200 koni i kilka kilometrów wozów taborowych. A także mnóstwo jeńców. 

Sprawa jeńców

I tu dochodzimy do czarnej legendy huzarów śmierci. Czy dopuszczali się oni zbrodni wojennych, jak można dziś wyczytać na internetowych forach?

Bolszewicy Gaj-chana Bżyszkiana nie brali jeńców. Obraz masakry, jaką sprawili Polakom z Brygady Syberyjskiej pod Chorzelami, tak opisał gen. Lucjan Żeligowski: „Widok pola walki robił przykre wrażenie. Leżała na nim wielka ilość trupów. Byli to w ogromnej większości nasi żołnierze, ale nie tyle ranni i zabici w czasie walk, ile pozabijani po walce. Całe długie szeregi trupów w bieliźnie tylko i bez butów, leżały wzdłuż płotów i w pobliskich krzakach. Byli pokłuci szablami i bagnetami, mieli zmasakrowane twarze i powykłuwane oczy”.

Na odwet nie trzeba było długo czekać. „Kiedy kozacy Gaj-chana Bżyszkiana zmasakrowali jeden oddział piechoty, wtedy niektórzy polscy dowódcy dali wytyczne, żeby ich ścigać i nie brać jeńców” – mówi Marek Gajewski. Wieczorem 25 sierpnia 1920 r. pod Lemanem doszło do bitwy kawaleryjskiej huzarów śmierci z trzema szwadronami kozaków. Jak podkreśla Gajewski, walczono wyjątkowo zażarcie, bo obie strony były zdesperowane i zawzięte. Huzarzy śmierci wycięli w boju kozaków – poza stu jeńcami. Nie jest więc prawdą, aby byli zamieszani w samosądy czy egzekucje. I na pewno nie mieli nic wspólnego z domniemanymi zbrodniami wojennymi, zarzucanymi stronie polskiej przez historyków rosyjskich. Zresztą Rosjanie nie wspominają o huzarach śmierci, być może nie są nawet świadomi istnienia tej formacji.

Faktem jest, że np. po bitwie pod Mławą wojska polskie rozstrzelały 211 żołnierzy z korpusu Gaj-chana w odwecie za mordowanie polskich jeńców. Historyk Ryszard Juszkiewicz w opracowaniu „Rok 1920 na ziemi mławskiej” tak to skomentował: „Oddział kozaków kubańskich, który dokonał mordu na jeńcach polskich, został rozstrzelany na mocy rozkazu dowódcy polskiego. Dziś, po wielu latach, trudno ten rozkaz rozgrzeszyć i dać mu pełne moralne alibi. (...) Wówczas było to twarde prawo wojny, mieszczące się jednak w kanonie narodów cywilizowanych. Nieszczęsnym kozakom powiedziano, że są skazani na śmierć i dlaczego”.
Na huzarach śmierci nie ciąży zarzut łamania praw wojny. Splamili się czymś innym, nieco później.

Dramatyczny koniec

Do końca sierpnia 1920 r. huzarzy śmierci ścigali niedobitków wroga w pobliskich lasach. We wrześniu ich szeregi opuścili policjanci, przeniesieni do Warszawy, a potem do rodzinnej Łodzi. Pozostałych około pięciuset huzarów śmierci wzięło udział w bitwie nad Niemnem, ale głównie w odwodzie sił polskich. 

Październikowe zawieszenie broni zastało ODJ w okolicach Lidy. W tym samym miesiącu jednostka została wykorzystana po tzw. buncie Żeligowskiego – czyli po zajęciu przez Polaków Wilna i powołaniu Litwy Środkowej (włączonej do Polski w roku 1922). Formację wcielono do I Korpusu Wojsk Litwy Środkowej i już oficjalnie funkcjonowała tam jako Dywizjon Huzarów Śmierci. Patrolowała pas neutralny miedzy Litwą Środkową a Kowieńską, gdzie dochodziło do wielu starć.

Nie one stanowiły jednak główny problem. Żołnierze byli zmęczeni wojną i niewdzięczną służbą. Mnożyły się dezercje. Spadała dyscyplina. Dochodziło też do burd z żołnierzami innych jednostek. „Na Litwie dywizjon stacjonował przez dłuższy czas, pilnował granicy i... łupił miejscową ludność” – opisuje Marek Gajewski. Po prostu z braku dostatecznego wyżywienia huzarzy śmierci rabowali co bogatsze wioski, natomiast chłopi pisali później skargi. 

Po jakimś czasie dywizjon został podzielony, co wywołało niepokój dowódcy. Siła-Nowicki pojechał w tej sprawie do Warszawy. Po powrocie ze stolicy stwierdził, że jego dywizjon jako samodzielna jednostka już praktycznie nie istnieje. Wywołało to gniew Siły-Nowickiego, który porucznik wyładował w rozmowie z dowódcą brygady Jazdy Wojsk Litwy Środkowej, odpowiedzialnym za „reformy”. Wymiana zdań była tak ostra, że porucznik trafił ponoć do więzienia na Antokolu w Wilnie. 

Tymczasem po kolejnych reorganizacjach w 1922 r. wcielono huzarów śmierci do 3. Pułku Strzelców Konnych w Wołkowysku. Tak ich historia się skończyła. A Siła-Nowicki, ich twórca? „Znalazłem w archiwum m.st. Warszawy informację, że w latach 30. był widziany w stolicy w stanie wskazującym na duże spożycie alkoholu. Wygląda na to, że (po tym, jak odsiedział swoje) Siła-Nowicki zaczął pić i to zdrowo. Zasługi wojenne miał niemałe; to nie było w porządku, że rozbito mu oddział. Tak nie powinno się robić. Ale to działo się w warunkach Litwy Środkowej, a tam wszystko było możliwe” – mówi Marek Gajewski.

Fakty zapomniane

Dziś po huzarach śmierci zostały coraz bujniejsze legendy i tylko nieliczne –  niestety – dokumenty. Wnuk Ignacego Kraśnickiego, jednego z huzarów, zachował i przekazał historykom znaczek i legitymację dziadka. Siła-Nowicki wydawał je nielegalnie, praktyka ta nie była bowiem poparta rozporządzeniem ministra spraw wojskowych. Jednak to właśnie te „nielegalne” dokumenty pomogły przetrwać pamięci o huzarach śmierci. Tym bardziej że wspomnień swoich żołnierze z Ochotniczego Dywizjonu Jazdy nie utrwalili.
„Dziadek był kapralem. Trochę wspominał, ale to było dawno temu, prawie nic już nie pamiętam” – mówi „Focusowi Historia” Wojciech Kraśnicki. Jak jednak zaznacza, dziadek nigdy nie chwalił się tym, aby huzarzy śmierci byli jakąś jednostką szczególną. Za to na pewno z czasów wojny polsko-bolszewickiej pozostała mu niechęć do komunizmu, bo za Polski Ludowej nigdy nie słuchał Polskiego Radia, tylko Wolnej Europy...

Artykuł z archiwum „Focusa Historia”. Wraz z licznymi zdjęciami i dodatkowymi ciekawostkami ukazał się w numerze 11 z 2011 roku. 

Magazyn „Focus Historia” jest partnerem medialnym portalu 1920.gov.pl, poświęconego Bitwie Warszawskiej i wojnie polsko-bolszewickiej. Więcej o portalu tutaj