Z kolei kiedy żołnierze cesarza Wilhelma wyruszali na front, ich dzienna racja żywnościowa wynosiła: 750 g chleba, herbatników lub 500 g sucharów, lub 400 g biszkoptów; 375 g świeżego lub mrożonego mięsa lub 200 g konserw. Półtora kilograma ziemniaków, do 250 g warzyw, 20 g cukru, 25 g kawy, herbaty, a także 2 cygara i 2 papierosy. Jeśli dowódca miał gest, to jeszcze kieliszek brandy (0,08 l), wina (0,2 l ) i piwo (0,4 l). Całkiem sporo, ale tak było tylko na początku. Kiedy wojna dobiegała końca, racje zmniejszano. Doprowadzając je w końcu do żelaznych: 250 g herbatników, 200 g konserwy mięsnej lub 170 g boczku, 150 g warzyw w puszkach, 25 g kawy i 25 g soli.

Nie było mowy, żeby nawet z tych ograniczonych środków przyrządzić coś ciepłego. Na pierwszej linii istniał bowiem zakaz rozpalania jakiegokolwiek ognia - dym mógłby nakierować na cel nieprzyjacielskich artylerzystów.

Gotowano więc na tyłach, a do okopów jedzenie docierało już zimne i przez to pozbawione jakiegokolwiek smaku.

Równie palącym problemem było zachowanie higieny. Jesienią, zimą i wczesną wiosną sytuacja stawała się tragiczna. Potrzeby fizjologiczne załatwiano w prowizorycznych latrynach. Najczęściej był to dół wykopany w ziemi, zabezpieczony deską. Kiedy wraz z opadami podnosiły się wody gruntowe, fekalia zalewały okopy. Żołnierze brodzili w nich po pas. Godziny spędzone w takich warunkach sprzyjały powstawaniu różnych chorób. Jedną z nich była tzw. stopa okopowa, diagnozowana kiedy noga puchła i zaczynała gnić. Dowódcy za wszelką cenę kazali liniowym oficerom radzić sobie z tym problemem. Ci często z własnych pieniędzy fundowali żołnierzom skarpety, które w połączeniu z onucami chroniły przed szybkim przemakaniem. Ponadto to właśnie na oficerów spadł obowiązek pilnowania, by żołnierze suszyli nogi, bieliznę i obuwie. Jeśli żołnierz zaniedbał ten obowiązek, istniało tylko jedno rozwiązanie. Lekarze, którzy nie mieli możliwości leczenia obrażeń kończyn, w obawie przed rozprzestrzenieniem się zakażenia po prostu amputowali stopy. To wszystko w okopach lub prowizorycznych szpitalach. O sterylnych warunkach nie było mowy, dlatego też nawet niegroźne rany mogły skończyć się śmiercią. Na „stopę okopową” tylko pierwszej zimy wojny zachorowało 20 tysięcy brytyjskich żołnierzy.

Innym koszmarem dręczącym żołnierzy były wszy i szczury. W codziennej okopowej egzystencji walka z nimi miała swoje stałe miejsce. Wszy próbowano usuwać ręcznie, ale - jak można się domyślać - nie przynosiło to pożądanych efektów. Dopiero powrót na tyły dawał możliwość odwszenia. Także walka ze szczurami skazana była na niepowodzenie. Gryzonie, zwane trupimi, odznaczały się taką zuchwałością, że nie obawiały się chodzić po twarzach drzemiących ludzi. W tej sytuacji sen stawał się niemożliwy, chyba że ktoś wykazywał się wielką obojętnością na gryzonie. Lepiej było jednak nie zapadać w sen, bo szczury podkradały żołnierzom i tak już niewielkie porcje jedzenia. I z tego też powodu nienawidzono tych zwierząt. Żołnierze urządzali im jatkę, zabijając je czym popadnie - saperskimi łopatami, a nawet deskami. W miejsce zabitych pojawiały się jednak nowe.

PANIKA, STRES I NIEWIEDZA

Pomiędzy żołnierzami ukrytymi w rowach wyrytych w glinie, błocie i piachu pole bitwy było zasłane stosami trupów. Nie zawsze bowiem udawało się zabrać je z ziemi niczyjej. „Jeśli ktoś mówił, że się nie bał, to łgał jak pies" - to zdanie, które jest mottem każdego weterana tej wojny „Dla nikogo ziemia nie znaczy tyle, co dla żołnierza. Kiedy tuli się do niej długo i mocno, kiedy w śmiertelnym lęku przed ogniem wciska się w nią głęboko, twarzą i kończynami, ona to staje się jedynym przyjacielem, bratem, matką, w jej milczenie i w jej zacisze wyjękuje swój strach i swoje krzyki, a ona je przyjmuje" - dodaje Remarque. Tylko w pierwszym półroczu 1916 roku, kiedy jeszcze nie doszło do żadnej poważnej bit- i wy, armia brytyjska straciła nad Sommą pos nad 100 tysięcy żołnierzy. Niemcy niewielu mniej. Nic dziwnego, że psycholodzy właśnie wtedy po raz pierwszy zdiagnozowali znane z „cywilnego" życia: panikę i stres (piszemy o tym na s. 24). „Podczas natarcia ogarniał nas wściekły gniew. Przepotężna żądza zabijania uskrzydlała mój krok. Wściekłość wyciskała gorzkie łzy. Niesamowita wola zniszczenia ciążąca nad polem bitwy zagęściła się w mózgach i zanurzyła je w czerwone opary. Krzyczeliśmy do siebie urywanymi bełkotliwymi zdaniami, a jakiś postronny widz mógłby sądzić że doznaliśmy nadmiaru szczęścia (...)” - opisywał to, co działo się w umysłach żołnierzy, Ernst Junger.